Jazzu nie oszukasz

W dźwiękach chodzi o emocje, a nie technikę. Ale ten, kto zapomina o klasyce, odcina się od korzeni. Muzycy, którzy przekonani o własnej wielkości chcą grać tylko solówki, są zgubieni – przekonuje Branford Marsalis, amerykański saksofonista i muzyk jazzowy.

Swoją solową płytę „In My Solitude" nagrałeś w Grace Cathedral w San Francisco. Podczas jednej z ostatnich wizyt w Polsce materiał z tej płyty wykonałeś w krakowskim kościele św. Katarzyny. Jak to jest grać w tego typu wnętrzach?

Katedra św. Katarzyny spełniała wymogi. Fantastyczne brzmienie, jak z górskiej jaskini, 7 s pogłosu. To była wielka przyjemność. Zresztą polska publiczność jest znakomita. Pamiętam, jak przyjechałem tu po raz pierwszy w 1983 r. Spotkałem wielu znakomitych muzyków. Wtedy większość z nich chciała ze mną rozmawiać o technicznym aspekcie grania jazzu. Teraz, gdy się z nimi spotykam, rozmawiamy o brzmieniu, odczuwaniu i emocjach. Wychowałem się w Nowym Orleanie. Tam właśnie nauczyłem się grać, w emocjonalny, a nie techniczny sposób.

Jesteś perfekcjonistą?

Nie sądzę. Wszystko rozbija się o brzmienie. Słucham muzyki klasycznej od dziecka i wydaje mi się, że wiem, jak powinna brzmieć. Kiedy brałem lekcje, nie potrzebowałem, aby nauczyciel uczył mnie, jak to zrobić, żeby brzmieć klasycznie. Zamiast tego mówił mi: „Masz talent, ale jesteś zbyt poprawny. Musisz się oderwać i pozwolić swoim palcom grać. Jedyne, na czym powinieneś się skupić, to brzmienie i kreatywność". Ale mimo wszystko jestem nowicjuszem w tym świecie. Dlatego to, co robią moje palce, czasem przeszkadza.

Zawsze myślałem, że jazzmanom łatwiej grać klasykę niż odwrotnie.

Nie. Większość jazzmanów nie potrafi grać klasyki, bo my robimy wszystko „po swojemu". W jazzie inaczej gra się wysokie dźwięki, muzycy dociskają brzmienie i dźwięk wychodzi warczący, a to w klasyce niedopuszczalne. Tam musisz uderzyć w dźwięk, on musi brzmieć, śpiewać. Tego trzeba się po prostu nauczyć. Ale myślę, że to działa w obie strony. W większości klasyczni muzycy słuchają tylko muzyki klasycznej. Teraz w młodszych pokoleniach to się trochę zmienia. A jazzmani, którzy słuchają tylko jazzu, mają dodatkowy problem, bo nie znają oryginalnych brzmień. Cóż, zdarzają się tacy, którzy nie słuchają nawet jazzu! Mogę to rozpoznać po nutach, jakie grają.

Ostatnią płytą, jaką wydałeś, była reedycja albumu „Branford Marsalis Quartet playin Coltranes »Love Supreme« live 
in Amsterdam". „Love Supreme" Coltrane'a uważana jest 
za jedną z najważniejszych płyt w historii jazzu. Czym 
jest muzyka Johna Coltrane'a dla Branforda Marsalisa?

Ujmę to tak: nie wiesz, jaka muzyka jest naprawdę, dopóki nie spróbujesz jej zagrać.

Ale początkowo nie byłeś wielkim fanem muzyki Coltrane'a?

To prawda. Jako młody człowiek nie przepadałem za muzyką, którą lubili wszyscy. Nie podobała mi się np. płyta „Giant Steps", była zbyt matematyczna. Billie Pierce, wielki saksofonista, który grał z Artem Blakeyem i był członkiem zespołu Tony'ego Williamsa, uczył mnie w Berkeley College w Bostonie. Kiedyś mu powiedziałem: „Billie, nie chcę być osobą, która ma inne zdanie niż większość, ale nie podoba mi się ta muzyka". A on mi na to: „Wiem, jak działa twój mózg. Nie słuchaj płyt Coltrane'a, które nagrał dla Atlantica. Posłuchaj tych, które wydał w Impulse. Te na pewno ci się spodobają". No i w 1979 r. kupiłem pierwszą płytę, jaką Coltrane nagrał dla Impulse. Zakochałem się natychmiast i stwierdziłem, że chcę, by mój zespół brzmiał identycznie. Chcieliśmy używać podejścia do harmonii na wzór Milesa Daviesa, Herbiego Hancocka, Tony'ego Williamsa i Wayne'a Shortera, ale jednocześnie grać z intensywnością Coltrane'a i jego zespołu.

Grasz wielowymiarowo. Od street jazzu i hip–hopu po Branford Marsalis Quartet, od Coltrane'a po Bacha, Ravela i Debussy'ego. Czego szukasz w muzyce?

Muzyki. My, instrumentaliści, stosujemy dźwięk do tworzenia emocji. Nie używamy tanecznych bitów, nie przebieramy się, nie tworzymy świetnych wideoklipów. I dobrze, bo to nie mój świat. Niektórzy jazzmani mówią „Charlie Parker mi wystarczy". W porządku, mają do tego prawo, ale ja chciałem więcej. To dlatego potrzebowałem też Johna Coltrane'a, Sonny'ego Rollinsa i Wayne'a Shortera oraz, oczywiście, Milesa, Colemana Hawkinsa, Lestera Younga i Ornette'a Colemana. Na nich nie poprzestałem, bo okazało się, że potrzebuję również Bacha, Chopina, Góreckiego. Potrzebuję ich muzyki, którą mogę grać i która reprezentuje najwyższy przykład emocjonalnej kreacji w instrumentalnej muzyce klasycznej. Czasami ta muzyka jest bardzo złożona, a czasem prosta, choćby rockowa. Ale efekt, jaki na nas wywiera, jest taki sam.

A czym jazz jest dla ciebie?

Unikalnym językiem. Jak język polski. Gdybym zaczął mówić teraz po polsku, ludzie szybko zauważyliby, że nie mówię naturalnie. Ale mogę się założyć, że gdybym tu pomieszkał przez rok lub dłużej, umiałbym nabrać ludzi. Jest takie słowo: autentyczność. Ktoś mówi, że słucha jazzu. Ja wtedy dopytuję, czego dokładnie. Pada odpowiedź: „No wiesz, takiej muzyki z bitami, z DJ–em". A przecież to nie jazz. Jazz to brzmienie, to dźwięk radości. Nie ma lepszego bitu niż swingowy, to najlepszy groove.

Wszystko się jednak zmienia, muzyka też.

Dlatego myślę, że przyszłość jazzu jest w rękach ludzi, którzy go grają. Jeśli będą utalentowanymi muzykami – jestem spokojny. Bo bycie zdolnym instrumentalistą to za mało. Najgorsza rzecz, jaka się zdarzyła muzyce jazzowej, to dziwne rozróżnienie, gradacja między brzmieniem a solówkami. Partie solowe zawsze były ważną częścią jazzu, ale nie najważniejszą. A teraz wielu muzyków uważa, że liczą się tylko solówki, improwizacje. To wielki błąd. Bo niewielu muzyków jest w stanie unieść melodię i harmonię jednocześnie przez 5–6 min. W Nowym Jorku jest teraz sporo dzieciaków, które chcą grać swing. Ale robiąc to teraz, w 2016 r., muszą zrozumieć muzykę z roku 1927. Inaczej nic z tego nie będzie.

Czego słuchasz dla przyjemności?

Nie słucham muzyki dla relaksu. Przyjemność sprawia mi ciągłe uczenie się jej. Ale na przykład zeszłej nocy, nawet nie wiem czemu, puściłem sobie płytę Marvina Gaye'a „I Want You" z końca lat 70. Weszła mi do głowy. To dziwne, bo z reguły przed snem puszczam Bacha, Wagnera czy Haendla. Albo wczesnego Louisa Armstronga z Hot Five i Hot Seven. Na szczęście dla mnie świat jest pełen znakomitej muzyki.