Jak sięgać po władzę, to z klasą

Jeśli nie widzieliście wcześniej tego serialu, to najwyższa pora. Zwłaszcza że teraz można to zrobić legalnie.

Mówię oczywiście o „House of Cards", fenomenie pochodzącym z amerykańskiej strony Netflix. Wyprodukowany przez nich serial nie tylko podbił amerykański Internet, lecz także zrobił furorę po naszej stronie Atlantyku. Widzieli go wszyscy piraci internetowi w Polsce, którzy chwalili się tym nawet na stronach poważnych gazet. Teraz można go obejrzeć legalnie, kupiwszy na brytyjskim Amazonie.

Bohaterem „House..." jest senator Francis Underwood (Kevin Spacey), który po wygranej swojej partii w wyborach prezydenckich nie dostaje obiecanego stanowiska sekretarza stanu USA. Underwood postanawia więc zemścić się na prezydencie, a do swych wyszukanych intryg wciąga młodą dziennikarkę oraz swoją żonę (Robin Wright w bardzo stylowych ubraniach, które chcą teraz nosić w Warszawie wszystkie panie w średnim wieku).

Od czasu „Prezydenckiego pokera" nie widziałem serialu, który tak dobrze opisywałby mechanizmy rządzące dzisiejszą polityką. Oczywiście „House..." jest dużo mroczniejszy od „Prezydenckiego pokera". Raczej nie ma tu miejsca dla dobrych, są najwyżej ci mniej źli. Być może dlatego, że „House..." opisuje politykę w świecie po 11 września, cynicznym i całkowicie pozbawionym złudzeń.

Jeśli historia senatora Underwooda brzmi znajomo, to dlatego że „House..." jest remakiem znanego brytyjskiego serialu BBC pod tym samym tytułem. Tamten „Domek z kart" opisywał polityka Partii Konserwatywnej po odejściu Margaret Thatcher...

Jednak ludzkie ambicje, żądza sukcesu oraz miłość do władzy są takie same od Potomacu po Wisłę. Różnice dotyczą co najwyżej skali i klasy, z jaką po tę władzę się sięga.