Inwestycja ręcznie pisana

Autograf Napoleona za 
185 tys. euro, setki tysięcy złotych za Mickiewicza czy Słowackiego. Wzorem zachodnich kolekcjonerów Polacy wyszukują podpisy sławnych i wielkich. Moda? tak, ale przede wszystkim pewna inwestycja.

Moda przyszła do Polski przede wszystkim z Londynu, Paryża i Nowego Jorku – trzech głównych ośrodków handlu dokumentami odręcznie napisanymi przez wielkich ludzi.

– Jeszcze 15 lat temu manuskrypty stanowiły nie więcej niż 10 proc. sprzedaży naszego departamentu piśmiennictwa. Reszta to były książki, plakaty, zdjęcia. 
Dziś to już 30–40 proc. Postęp jest ogromny – mówi „Sukcesowi" Christophe Auvernam z londyńskiego Christie's, największego domu aukcyjnego globu.

Tą tendencję zauważa także na krajowym podwórku Juliusz Kłosiński, właściciel warszawskiego antykwariatu Atticus. – Na poważnie autografy kolekcjonuje w Polsce kilkaset, może tysiąc osób. Ale o wiele więcej jest takich, którzy kupują pojedyncze sztuki dla ozdoby, aby oprawiony dokument powiesić na ścianie – wskazuje.

Kto interesuje się autografami? – To są przede wszystkim pasjonaci z Europy i Ameryki. Wśród naszych klientów właściwie nie ma Japończyków, szejków z Zatoki Perskiej, rosyjskich oligarchów. Tylko ci, którzy są zakorzenieni w klimacie kultury Starego Kontynentu, wiedzą, o co chodzi – tłumaczy nam Julie Feraud z paryskiego antykwariatu Signatures.

Rekordy w klaserze

W Polsce autografami zainteresowała się elita finansowa. Janusz Palikot od lat kupuje autografy Gombrowicza i Witkacego. A Leszek Czarnecki zbiera stare obligacje, najlepiej z podpisami właścicieli. Ale największą kolekcję w naszym kraju zgromadził zmarły trzy lata temu Tomasz Niewodniczański, współwłaściciel poprzez małżeństwo niemieckiego browaru Bitburger.

Jednak tylko najbardziej wyrobiony klient jest w stanie wyłożyć za białego kruka naprawdę dużo. Po prostu wie, na czym polega unikalność danego dokumentu.

U Christie's niedawno za list, w którym Francis Crick informował swojego 12-letniego syna o wynalezieniu DNA, zapłacono na aukcji w Nowym Jorku ponad 5 mln dol.
Wcześniej za list George'a Washingtona jeden z amerykańskich kolekcjonerów nie zawahał się wyłożyć 3 mln dol. Rekord (32 mln dol.) należał jednak do o wiele starszego dokumentu napisanego ręką Leonarda da Vinci.

– To są unikaty z różnych powodów. Amerykanie mają obsesję własnej historii, a szczególnie prezydentów, więc list napisany przez pierwszego z nich ma w ich oczach wyjątkową wartość. Z kolei wynalazków na miarę DNA i artystów na miarę da Vinci jest niezwykle mało. To determinuje cenę – tłumaczy Christophe Auvernam.

Tej klasy autografów nie kupimy już jednak w antykwariatach. Wyłącznym kanałem sprzedaży są w takim przypadku międzynarodowe aukcje, w których poza wybranymi kolekcjonerami biorą udział instytucje publiczne. Konkurencja jest więc ogromna.

Do światowej ekstraklasy należą przede wszystkim autografy artystów. Szczególnie cenieni są Mozart, Chopin i Beethoven, francuscy impresjoniści, Picasso, a także m.in. James Joyce, Karol Dickens, Joseph Conrad. Za autograf twórcy V symfonii, nawet niekoniecznie list, trzeba zapłacić przynajmniej 100 tys. euro. Listy Mozarta zaczynają się od kilkuset tysięcy.

Polska pierwsza liga

W Polsce do tej ligi należą przede wszystkim romantycy. – Pierwsze wydanie „Pana Tadeusza" z dedykacją Adama Mickiewicza albo list napisany przez Juliusza Słowackiego. To są skarby, które pojawiają się na rynku raz na kilka lat. Dlatego bardzo trudno je precyzyjnie wycenić. Ale z pewnością mówimy o setkach tysięcy, o ile nie milionach złotych – mówi Juliusz Kłosiński.

Nie tylko jednak sława decyduje o cenie. Ważne jest także, ile lat tworzył artysta i jaki miał styl życia. Jeśli często pisał listy do wielu przyjaciół, a także sprawiało mu przyjemność dedykowanie swoich utworów, jego autografy nie będą miały dużej wartości. W Polsce tak jest m.in. ze Słonimskim, Wańkowiczem, Miłoszem. O wiele droższe będą za to odręczne pisma Herberta czy Białoszewskiego – na rynku jest ich niewiele.

Za granicą mechanizm wycen jest nieco inny. Tu o cenie decyduje nie tylko to, jak wiele autografów pozostawił po sobie dany człowiek, ale także to, na ile jest rozpoznawalny na świecie. – Albert Camus czy Marcel Proust należą do najbardziej popularnych francuskich pisarzy. Ich autografy często kupują zagraniczni nabywcy – przyznaje Julie Feraud.

Nowością na rynku autografów jest jednak inny typ klienta. To ci, którzy nie tworzą kolekcji, ale chcą cieszyć się widokiem autografu na ścianie i zwracają szczególną uwagę na wygląd dokumentu. – Oferujemy im czasami prawdziwe dzieła sztuki. Salvador Dali każdy autograf traktował na przykład indywidualnie i upodabniał 
go do rodzaju szkicu. To po prostu pięknie wygląda 
– tłumaczy francuska specjalistka.

Signatures to tylko jeden z kilkunastu antykwariatów specjalizujących się w sprzedaży autografów, które znajdują się w paryskiej dzielnicy Saint Germain. W każdym można znaleźć nie tylko autografy niezliczonej liczby sławnych ludzi, ale także taką ich prezentację, która wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów „nowej generacji". Tym, którzy niekoniecznie chcą rozpoczynać wielki zbiór, ale raczej myślą o manuskrypcie nadającym wyjątkowy charakter ich mieszkaniu. Wiele autografów jest więc nie tylko oprawionych w ramy nawiązujące do okresu życia autora, ale także uzupełnionych o zdjęcie bądź grawiurę danej postaci. W ten sposób powstaje równie ozdobny element dekoracji jak na przykład obraz.

Ta moda dociera już do Polski. – Mamy w tej chwili w ofercie piękną pocztówkę z zabawnym tekstem Witolda Gombrowicza. To duża ozdoba dla naszego antykwariatu, dlatego wcale mnie nie martwi, że na razie nie znalazł się na nią klient – przyznaje Juliusz Kłosowski z antykwariatu przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Wycena autografów polityków podlega nieco innym prawom. Przede wszystkim liczy się sympatia. – Autograf Gierka, Gomułki czy Bieruta nie jest wiele wart. Mówimy o kwotach najwyżej kilkuset złotych. Czasy komunizmu są jeszcze zbyt bliskie, aby ludzie nabrali do ich głównych bohaterów pozytywnych uczuć 
– twierdzi właściciel Accesu.

Na aukcjach w naszym kraju królują przede wszystkim politycy II Rzeczypospolitej: Piłsudski, Dmowski, Sikorski. W cenie są także dokumenty z podpisami królów Polski: ich 
ceny zwykle przekraczają kilkanaście tysięcy złotych.

Królewska fałszywka

Ale z monarchami jest pewna pułapka: w ciągu życia podpisali tysiące dokumentów. Tak wiele, że nawet po latach i mimo pożogi II wojny światowej wciąż ich podaż na rynku jest duża. Podobnie jest na Zachodzie. – Za Ludwika XIV bardzo często podpisywali się wyznaczeni do tego arystokraci. Takie dokumenty nie są wiele warte, góra 200–300 euro – mówi Julie Feraud.

Napoleon takich praktyk już nie stosował. Podpisy, niejednokrotnie w skróconej wersji jak Nap. czy nawet Np., naprawdę wyszły spod ręki cesarza. Ale takich dokumentów jest bez liku, bo przez kilkanaście lat historii Francji żadna istotna decyzja nie mogła być podjęta bez akceptu Bonapartego. 
– Napoleon rzadko pisał dłuższe teksty. Zdecydowanie bardziej wolał dyktować. Nie tylko miał brzydkie, wręcz niezrozumiałe pismo, ale też myślał tak szybko, że po prostu nie nadążał z pisaniem – tłumaczy Julie Feraud.

Skutek: jakkolwiek to zaskakujące, autografy cesarza Francuzów można bez większego trudu kupić w Paryżu już 
za 1000 euro. Gdy jednak Napoleon zdecydował się na napisanie dłuższego tekstu, cena za dokument szybuje od razu w górę. I to ostro. Niedawno sprzedano na przykład na aukcji list, w którym Napoleon zapowiada rozkaz o spaleniu Moskwy. Na taki rarytas trzeba było wyłożyć 185 tys. euro.

Model wyceny autografów Napoleona ma zastosowanie do innych wielkich polityków historii, takich jak Churchill czy de Gaulle. Inaczej wygląda natomiast sprawa z dyktatorami takimi jak Stalin. W Moskwie liczba dokumentów, które są wypuszczane na rynek, jest starannie cedzona, dlatego są rzadkie i przez to niezwykle drogie.

Rynek autografów po drugiej stronie Atlantyku ma natomiast pewną specyfikę. W Nowym Jorku duże wzięcie mają autografy wielkich aktorów, reżyserów, gwiazd Hollywood. Właśnie dlatego listy Marilyn Monroe czy Johna Wayne'a są często kilkakrotnie wyższe niż w europejskich antykwariatach. Skutek: w Paryżu czy Londynie właściwie są niedostępne, bo po prostu nikomu nie opłaca się ich sprzedawać.

Wielu ekspertów uważa, że moda na autografy kryje coś głębszego. Pędząca w niezwykłym tempie, ale i niepozostawiająca namacalnych śladów kultura elektroniczna tworzy tęsknotę za czasami, gdy pisało się listy. Ich treść i wygląd wiele mówiły o autorze i relacjach międzyludzkich.

Ci, którzy wchodzą w świat kolekcjonowania autografów, zwykle od razu zadają sobie pytanie o autentyczność. Czy aby dokument z podpisem Napoleona lub Churchilla za parę tysięcy złotych może być oryginalny? – To jest dziedzina, w której podróbki zdarzają się niezwykle rzadko – uspokaja od razu Christophe Auvernam.

Powodów jest kilka. Rynek autografów jest ograniczony do liczby antykwariatów zajmujących się sprzedażą bezpośrednią lub organizacją aukcji: w Polsce jest ich kilka, w Londynie, Paryżu i Nowym Jorku – kilkanaście. W tak wąskim gronie łatwo więc porównać podpis i charakter pisma danej osoby.

Dla tych, którym to nie wystarczy, są też wyspecjalizowani eksperci. Tylko w Warszawie można skorzystać z pomocy Muzeum Literatury czy Archiwum Głównego Akt Dawnych. Za granicą własnych specjalistów mają największe domy aukcyjne, jak chociażby właśnie Christie's.

Jest wreszcie powód praktyczny. Sfałszowanie unikalnego listu Mozarta czy Marii Skłodowskiej-Curie wymagałoby niezwykłej wiedzy historycznej o życiu danej osoby, a także wyjątkowych umiejętności kaligraficznych. Sam falsyfikat stałby się prawdziwym dziełem sztuki, gdyby przeszedł niezauważony przez sito ekspertów. – Jeśli korzysta się ze sprawdzonych kanałów sprzedaży, a nie kupuje autografy od przygodnych sprzedawców, ryzyko jest minimalne. Bo czy jest coś gorszego niż moment, gdy okazuje się, że dokument, który od lat zdobił nasz dom, jest zwykłą podróbką? – pyta retorycznie ekspert Christie's.