Inteligent z warzywniaka

Mają dyplomy najlepszych polskich uczelni. Są wśród nich absolwenci politologii, socjologii, prawa, Akademii Sztuk Pięknych. I wszyscy, na własne życzenie, wylądowali w warzywniaku. Miejscu, gdzie obok ekologicznych warzyw i owoców prosto od rolników sprzedawane są też idee. Ta najcenniejsza to wspólna praca dla dobra ogółu. Utopia? Nie – kooperatywa.

Mały sklep przy ul. Wilczej w Warszawie. Ziemniaki, buraki, cebula, marchewka, jabłka. Leżą poukładane w skrzynkach. Tuż obok orzechów, ziaren zbóż, słojów z miodami, jogurtów i innych przetworów. Mają jedną wspólną cechę: pochodzą bezpośrednio od polskich rolników. W piwnicy magazyn, na antresoli biuro. Widać z niego cały sklep. Każdy może zrobić tu zakupy.

Nina Józefina Bąk, skończyła socjologię i politykę międzynarodową, a potem... założyła Kooperatywę „Dobrze". Czyli „oddolny sklep spółdzielczy" – jak mówią jedni, „warzywniak dla intelektualistów" – dodają drudzy. – Dotychczas większość kooperatyw działała na zasadzie zakupów raz w tygodniu. A to oznacza, że mniejsza liczba osób może się zaangażować, mniej można też zamawiać. Dlatego my jesteśmy otwarci sześć dni w tygodniu – mówi.

Wtóruje jej Kasia, która niedawno skończyła Akademię Sztuk Pięknych. – W kooperatywach nieformalnych biorą udział tylko ich członkowie. Dzięki sklepowi dajemy dostęp do żywności osobom spoza kooperatywy – mówi. I przekonuje, że w Śródmieściu sklep odgrywa już ważną społeczną rolę: ludzie mają stałą trasę dnia, przychodzą, rozmawiają, czasem coś kupią, a czasem nie. Są tacy, którzy przyjeżdżają z drugiego końca miasta.

Pomysł kooperatywy pochłonął również Dominikę Potkańską, absolwentkę prawa i stosunków międzynarodowych. – Kiedy otworzyliśmy nasz „warzywniak", staliśmy się alternatywą dla drogich sklepów ekologicznych, na które wiele osób nie może sobie po prostu pozwolić – przekonuje. Po kilku miesiącach funkcjonowania na zasadzie grupy nieformalnej przekształcili się w stowarzyszenie. Tworzą je ludzie z całego miasta. Dotychczas spotykali się w centrum, bo tu po prostu najłatwiej było wszystkim dojechać z pracy. Stąd również pomysł na otwarcie sklepu w tej okolicy. – Na szczęście Warszawa udostępnia miejsca dla organizacji pozarządowych na preferencyjnych warunkach, a w Śródmieściu nie brakuje atrakcyjnych lokalizacji – dodaje.

Ekonomiczna alternatywa

Są jednak zasady, których trzeba się trzymać. Podstawowa? W takim lokalu nie można prowadzić typowej działalności gospodarczej, bo wtedy traci się prawo do preferencyjnych zasad. Kooperatywa jest zatem działalnością non profit, dochód idzie na utrzymanie sklepu i bieżącą działalność stowarzyszenia. Każdy ze 150 członków musi płacić miesięczną składkę w wysokości 25 zł i odpracować dla organizacji trzy godziny w miesiącu. Można więc nosić towar, 
kiedy przychodzi dostawa, rozkładać go na półkach, można umyć podłogi i sprzątać. Można robić wszystko, co sprawi, że działalność kooperatywy oraz sklepu będzie przebiegać bez zakłóceń i dla dobra ogółu. – Tak, to jest dość stary pomysł. Opiera się na idei spółdzielczej. Społeczność organizuje się i tworzy coś wspólnie po to, by realizować swoje cele (ponieważ rynek nie jest w stanie ich zaspokoić). A to znaczy, że dominujący model ekonomii, w której ważna jest efektywność finansowa, nie stworzył dotąd miejsca, które opierałoby się na wspólnym działaniu oraz sprawiedliwym handlu – opisuje Nina. I przekonuje, że im właśnie o tę wolność i sprawiedliwość chodzi.

Na początku kooperatywę tworzyły osoby, które już wcześniej angażowały się w różne ruchy i organizacje pozarządowe. Sklep w centrum stolicy jest wypadkową dotychczasowej działalności i wyborów, których dokonały.

– Do tego dorzuciłabym jeszcze światopogląd i poczucie, że powinniśmy robić coś dla idei – mówi Nina. I nie przejmuje się, że brzmi to zbyt pompatycznie. – Nie oczekujemy, że każdy będzie wielkim aktywistą. Ważne, że wszyscy angażują się w działania. Bo poza czystą alternatywą ekonomiczną i gospodarczą jest tu też masa zasad spółdzielczych.

Ile marchewki w marchewce

Manifest Kooperatywy brzmi:

„– Tworzymy wspólnotę równych wobec siebie ludzi.

– Praktykujemy alternatywę, aby pokazać, że lepszy świat jest możliwy.

– Sprzeciwiamy się podporządkowaniu wszystkich sfer życia logice maksymalizacji zysku, która prowadzi do instrumentalizacji więzi międzyludzkich i środowiska naturalnego.

– Chcemy, aby relacje międzyludzkie opierały się na poszanowaniu godności, zaufaniu, odpowiedzialności i współpracy.

– Odrzucamy system bazujący na rozbudzaniu nieograniczonych potrzeb/pragnień, które w świecie ograniczonych zasobów czynią rywalizację nieuniknioną".

Sklep powstał w sierpniu 2014 r. Gospodarstw, z którymi kooperatywa współpracuje, jest dziś przeszło 200. – Rolnicy zmieniają się w trakcie sezonów – mówi Nina. – Nie możemy mieć zbyt wielu dostawców, bo wtedy zamówienia się rozdrabniają i współpraca przestaje być korzystna dla obu stron.

Pierwszym rolnikiem był Marcin z miejscowości Dalekie obok Ostrowi Mazowieckiej. Kolejnych szukali na bazarach, czasem cynk dali znajomi. Sprawdzała się poczta pantoflowa: ktoś szuka rynku zbytu, czyjeś jabłka są winne i soczyste...

Dziś coraz częściej rolnicy sami zgłaszają się do kooperatywy. – Powoli rozchodzi się fama, że tutaj jest sklep, że można z nami współpracować – mówi Dominika. Przekonuje, że żaden dostawca nie jest przypadkowy. Zanim zamówią coś u rolnika, najpierw długo z nim rozmawiają. Chcą wiedzieć, w jaki sposób uprawia ziemię, jaka jest jego historia, z jakimi problemami boryka się na co dzień. To uczy szacunku dla pracy ludzkich rąk. Dzięki temu zwykłe jabłko czy marchewka nabierają większej wartości.

– Taka bezpośrednia sprzedaż jest dla rolników bardziej korzystna, ponieważ płacimy im więcej niż sieciówki – dodaje Nina. – Obszary rolnicze naszych dostawców są małe (czasem mają mniej niż hektar). Ale za to rośnie na nich nawet kilkanaście gatunków warzyw.

Kooperatywa ma ceny producenckie z 8–proc. narzutem. To, co zarobi, idzie na działalność sklepu i wynagrodzenie dla zatrudnionych osób. Teraz jest ich pięć (plus księgowa). Członkowie stowarzyszenia mogą natomiast uczestniczyć we wszystkich spotkaniach strategicznych i roboczych, czyli decydować o tym, w jakim kierunku idea będzie się rozwijać. Spotkania są otwarte i każdy ma jeden równoważny głos. Przyświeca im myśl: jeśli chcesz mieć na coś wpływ, musisz dołączyć do działania. Innego wyjścia nie ma.

– Na przykład teraz mamy grupę roboczą ds. powstania nowego sklepu – opowiada Kasia. Czy on powstanie? Nie wiadomo. Zobaczymy, co uda się tej grupie osiągnąć.

– Kooperatywa to już spora działalność edukacyjno–społeczna – wtóruje jej Nina. W zeszłym roku z jej inicjatywy odbył się cykl spotkań pt. „Wartości nie tylko odżywcze". Wśród zaproszonych gości byli m.in. rolnicy z Palestyny i wytwórcy soków z Brazylii. – Organizowaliśmy też dwudniowy zjazd kooperatyw, na którym mieliśmy sesje ekonomiczne, warsztaty podnoszące kompetencje osób, które działają w tego typu organizacjach. Robiliśmy też mikołajki, bal spółdzielczy, rozpoczynamy seminarium.

W kolejce po ideały

Przychodzi dostawa, sklep zapełnia się skrzyniami i workami z towarem. Nie ma jak przejść, w wąskim korytarzu do kasy można utknąć jak w ulicznym korku. Trzy osoby to już tłum.

Ale chociaż ludzie narzekają, to i tak stoją w kolejce, a później wracają. Bo idąc na zakupy, trzeba się uzbroić w cierpliwość. Czas nabiera tu nowego znaczenia, a pośpiech nie jest wskazany. Bo czasem trzeba sobie samemu nałożyć towar, a czasem poczekać, aż zostanie przyniesiony z zaplecza lub magazynu. Istne szaleństwo? Być może. Ale ludzie kooperatywy wolą widzieć w tym ucieleśnienie słów Fausta: trwaj, chwilo, jesteś piękna.

– Wchodząc do nas, ludzie czują się bezpiecznie. Mogą sobie tu postać, porozmawiać i traktują nas jak „swój" warzywniak. Jesteśmy małym, lokalnym sklepem i na tym nam zależało – mówi Dominika. Przekonuje, że sklep jest jednym ze sposobów odzyskiwania Śródmieścia. Podobnych inicjatyw ma być więcej. Wszystko po to, by ta część miasta stała się bardziej ludzka, by rytm życia wyznaczały tu nie tylko biurowce.

Uczyli się na własnych błędach. – Trzeba było rozgryźć, jak funkcjonuje sklep, ponieważ nikt z nas nie miał wcześniej żadnego doświadczenia w tym zakresie – mówi Nina. – Rok temu pierwszy raz szacowaliśmy, ile zamówić towaru. Tuż przed świętami okazało się, że zamówiliśmy za mało. Sklep stał pusty, a nam się chciało płakać. No bo dbamy o sklep i produkty, a tu nagle zabrakło... buraków.

Początki nie były łatwe. Pierwsze podanie o lokal zostało odrzucone. Gdy w końcu się udało, trzeba było zdobyć pieniądze na remont sklepu. W tym celu rozkręcili kampanię crowdfundingową. Udało się uzbierać 15 tys. zł. Przez kilka miesięcy pracowali bez pieniędzy, totalnie ideowo. A potem... było jeszcze trudniej. Bo ludzie wierzą w powodzenie jakiejś akcji dopiero wtedy, gdy widzą jej wymierny efekt. – Na szczęście znalazła się grupa osób, która chciała założyć stowarzyszenie, szukać lokalu, biegać za formalnościami – wylicza Dominika. – Cały czas wychodzi, co musimy jeszcze poprawić. To jest jak prowadzenie biznesu. Mamy 150 akcjonariuszy, którzy nas kontrolują.

– Proces decyzyjny jest może przez to wydłużony, ale za to bardzo przejrzysty – dodaje zaraz Kasia. W kooperatywie tylko część osób ma wykształcenie związane z prowadzeniem biznesu i każdy musi się dokształcać w różnych dziedzinach. Począwszy od tego, w jaki sposób nosić skrzynki, żeby się kręgosłup nie rozpadł, a kończąc na tym, w jaki sposób przejść na umowę o pracę.

Do tego dochodzi organizacja wewnętrzna i praca sklepu, bieżące pilnowanie, żeby żywność się nie przeterminowała, kontrolowanie dostaw. Dużym wyzwaniem jest też włączanie nowych osób, które przychodzą do kooperatywy, i rozpoznawanie ich potencjału.

W przyszłości chcieliby mieć w Śródmieściu większy sklep. To kwestia dogadania się z miastem. Innymi słowy: tego, czy miasto doceni inicjatywę. – Byłoby to z korzyścią dla naszych rolników – przekonuje Dominika. – Bo na razie nie stać ich na to, żeby sprzedawać swoje produkty tylko nam. Nie jesteśmy dla nich głównym odbiorcą. Szkoda, bo gdyby tak było, moglibyśmy ich w ten sposób bardziej wspierać.