Imperium jogi atakuje

Joga dla nudystów, miłośników psów, fanów doznań ekstremalnych. To gigantyczny biznes, przynoszący co roku wielomiliardowe zyski. Świetnie sprzedają się nie tylko lekcje i kursy instruktorskie, ale również maty, skarpetki antypoślizgowe, bransoletki z drzewa sandałowego, płyty DVD z zestawem asan czy oczyszczające herbaty. Joga przekształciła się z niszowego fenomenu z pogranicza ćwiczeń duchowych i fizycznych w mainstreamowy fitness. Dziś Amer

W pomieszczeniu panował upał. Okna i drzwi były szczelnie pozamykane. Termostaty ustawione na 40 stopni Celsjusza. A dokładnie 40 i pół stopnia. Guru był przekonany, że właśnie taka temperatura jest optymalna dla odmiany jogi, której był założycielem. Rozgrzewa ciało, rozluźnia mięśnie i – co równie istotne – symuluje klimat Indii, skąd wywodzi się filozoficzny system jogi, traktujący o związkach między ciałem a umysłem. O tych powiązaniach guru mawiał: – Tak naprawdę w życiu musisz odbyć jedną, jedyną podróż. To te dwadzieścia kilka centymetrów, które dzielą mózg od serca.

W dusznej sali dziesiątki spoconych ciał wykonywały 26 przepisanych im pozycji. – Asany to jedyne ćwiczenia fizyczne, które dają energię zamiast ją zabierać – zapewniał. Tysiące Amerykanów słuchały każdego jego słowa z wypiekami na twarzy i śledziły każdy jego ruch z wytężoną uwagą. Wśród oddanych klientów, którzy dali się uwieść urokowi jogina, znajdowały się największe gwiazdy showbiznesu. Niektóre z nich, jak: Lady Gaga, George Clooney, Jim Carrey, Goldie Hawn, Diana Ross czy Quincy Jones szybko wkradli się w łaski charyzmatycznego nauczyciela. Inni, Madonna czy Britney Spears, spotkali się z bezlitosną krytyką twórcy „gorącej jogi". Bikram Choudhury uczył, ale i wymagał. A żądał bezwzględnego posłuszeństwa oraz pokaźnego konta.

Buty z wężowej skóry

Jak na siedemdziesięciolatka Bikram prezentował się świetnie. Sprężyste ruchy, wysportowana sylwetka, na ciemnych włosach sportowa opaska, przykrywająca łysinę na czubku głowy. Na podeście, skąd prowadził zajęcia, pojawiał się tylko w obcisłych slipkach. Asceza stroju ograniczała się jednak jedynie do studia. Poza nim Choudhury uwielbiał paradować w kowbojskich kapeluszach oraz szytych na miarę butach z wężowej skóry. W garażu przylegającym do olbrzymiej rezydencji w Beverly Hills stały Rolls–Royce'e i Bentleye. Każdy mógł zobaczyć, że joga nie tylko wzmacnia ciało i uzdrawia duszę, ale też porządnie nabija kabzę.

Bikram był wyjątkowo przedsiębiorczym joginem. Przyjechał do Stanów Zjednoczonych w latach 70. i od razu zaczął uczyć własnej sekwencji asan. W nowootwartym studiu w Los Angeles zaroiło się od uczniów. Trzy dekady później sieć szkół „jogi Bikrama" oplotła cały kraj. Jego studia mieściły się w ponad 600 miejscach Ameryki Północnej, ale wciąż otwierano kolejne. Od Buenos Aires po Szanghaj. Ekspansja trwała. – Mam jaja jak bomby atomowe. Dwie bomby. Każda po sto mega ton. Nikt nie odważy się ze mną zadrzeć – podkreślał buńczucznie Choudhury. Szybko poczuł się panem stworzenia. Wówczas nie był w stanie przewidzieć, że – niedługo później – będzie zmuszony mocno spuścić z tonu.

– Jestem niewinny – zapewniał w ubiegłorocznym wywiadzie dla CNN. – Kocham kobiety i one kochają mnie. Nie muszę posuwać się do przemocy, by mieć którąkolwiek z nich.

W 2014 r. sześć byłych adeptek „gorącej jogi" odważyła się jednak zadrzeć ze swoim guru. Oskarżyło go o molestowanie seksualne i gwałt. Z ich opowieści wyłaniał się portret seksoholika manipulującego swoją pozycją. – Dziś, podczas zajęć, w studiu było wiele ciał, ale tylko twoje mnie słuchało – cytowała jogina jedna z oskarżających. – Możesz być sławniejsza niż Matka Teresa. Musisz tylko mnie słuchać i wykonywać wszystko, co ci każę. Jestem twoim Guru i twoim bogiem. Beze mnie jesteś nikim. Złotym samorodkiem leżącym w błocie, nieodkrytym przez nikogo. Nie zapominaj o tym.

Uczniowie byli zszokowani i wściekli. Sale zaczęły się wyludniać. W kuluarach mówiło się o tym, że guru już od wielu lat zachowywał się nieodpowiednio wobec swoich uczennic. Dwa lata po wybuchu skandalu również sąd uznał Bikrama Choudhury winnym zarzucanych mu czynów i zasądził prawie 7,5 mln dol. odszkodowania na rzecz szóstki pozywających. Królestwo charyzmatycznego Hindusa zaczęło chwiać się w posadach.

Władza uderza do głowy

– Założenia jogi są tak szlachetne, że chciałoby się patrzeć na wszystko, co się wokół niej dzieje, przez pryzmat tych ideałów. Patologie mogą jednak wkraść się wszędzie – mówi Beata Skrzypacz, jedna z najbardziej znanych i cenionych nauczycielek Ashtanga Jogi w Bay Area, obszarze położonym na południowy wschód od San Francisco. – Joga jest w stanie poruszyć nie tylko zastałe, nieużywane mięśnie, ale też zastałe, skrywane emocje. Na macie, podczas medytacji, w czasie wykonywania poszczególnych asan, bywa się czasami bezbronnym wobec swoich słabości czy uczuć. Stąd relacja instruktor–uczeń jest relacją szczególną. I bardzo trzeba uważać, żeby – nawet niechcący – nie przekroczyć pewnych granic intymności i zażyłości.

Beata, m.in. prowadząca zajęcia dla studentów na prestiżowym Uniwersytecie Stanforda oraz dla sportowców, trenujących na ściankach wspinaczkowych sieci Planet Granite, opowiada o niełatwych dla niej sytuacjach, kiedy uczniowie prosili ją o rady. – Spodziewali się, że doradzę im nie tylko w kwestii ćwiczeń czy diety, ale również podpowiem, jak pokierować życiem. A przecież jestem instruktorką jogi, a nie dietetyczką czy psychoterapeutką – opowiada. Uważa, że przy rozbuchanym ego niektórzy nauczyciele mogą uwierzyć, że są nieomylnymi autorytetami. Władza, jaką mają nad uczniami, zaczyna uderzać im do głowy.

Sekretne życie nowych celebrytów

Bikram Choudhury nie jest jedynym upadłym amerykańskim guru. Zaledwie dwa lata wcześniej Ameryka żyła skandalem, jaki wywołał założyciel szkoły Anusary. John Friend, przyjaciel wielkich tego świata, celebryta wśród wyznawców jogi, człowiek podkreślający w swoich naukach znaczenie skromnej, moralnej egzystencji, okazał się zwykłym oszustem zręcznie sterującym ludźmi dla swoich celów. Jego uczniowie wspominali, że miał w sobie coś z magika i cudotwórcy, ale widzieli też, że kierowała nim nienasycona ambicja. – Już jako ośmioletni dzieciak wiedziałam, że chcę być jak Batman i Superman razem wzięci – mówił w wywiadzie dla „Elephant Magazine". – Wiedziałem, że chcę być superbohaterem, mieć zdolności dematerializowania się i pojawiania się w różnych miejscach naraz. Chciałem poznać wszystkie tajemnice życia. I udało się! To dała mi joga.

Kiedy na jaw wyszły jego machlojki finansowe, seksualne ekscesy oraz zmuszanie podopiecznych do kupna narkotyków i uczestnictwa w rozebranych „ucztach miłości", Friend – prowadzący wcześniej ostentacyjny tryb życia w świetle jupiterów – zniknął. Po roku wrócił cicho, już nie jako założyciel słynnej Anusary, ale twórca niewielkiej szkółki, oferującej „tradycyjne" sesje jogiczne.

Skandale przechodzą w środowisku jogi jak trzęsienia ziemi. Czasem zostawiają po sobie ruiny, czasem odzywają się jeszcze wstrząsami wtórnymi. Zawsze natomiast w jakiś sposób zmieniają jogiczny krajobraz Ameryki.

Na dobre joga zaczęła zadomawiać się w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Grunt był wyjątkowo podatny. Przez Amerykę przetaczały się ruchy kontrkulturowe, rosło zainteresowanie filozofiami Wschodu, a w San Francisco w 1967 r. prawie 100 tys. pacyfistycznie nastawionych hippisów urządziło „Lato Miłości" („Summer of Love"), paląc trawkę i medytując na chodnikach ulic Haight i Ashbury. Z Indii, gdzie ponad 5 tys. lat temu narodziła się joga, przyjeżdżali do USA rozmaici guru. Powstawały pierwsze miejsca, gdzie można było pod okiem instruktora wykonywać ćwiczenia o dziwnie brzmiących, sanskryckich nazwach: ardha chandrasana, padahastasana, siddhasana czy gomukhasana. – To były czasy, kiedy Amerykanie nie odróżniali „jogi" od „jogurtu" – wspomina późne lata 60. Sat Jivan Singh Khalsa. – Oba pojęcia były dla nich zupełnie nowe.

Kiedy Khalsa otwierał podwoje swojego niewielkiego lokum na nowojorskim Brooklynie dla zainteresowanych Kundalini (uważaną za jedną z bardziej ezoterycznych odmian jogi), był pierwszy w całej dzielnicy. Teraz, tylko w promieniu jednego kilometra, reklamuje się ponad tuzin jogicznych szkółek.

Dwie ostatnie dekady przyniosły dynamiczny rozwój jogi, która przekształciła się z niszowego fenomenu z pogranicza ćwiczeń duchowych i fizycznych w mainstreamowy fitness. – Tę erupcję odmian i gatunków jogicznych obserwuję od kilkunastu lat z perspektywy Kalifornii – Beata Skrzypacz uśmiecha się. – I mogę powiedzieć z pełną świadomością: tu jest wszystko.

Przyznaje, że kiedy przyjechała do USA, nie była nowicjuszką. Pierwsze kroki stawiała w Warszawie, pod niezwykle czujnym i wymagającym okiem Sławomira Bubicza, pioniera jogi w Polsce, ucznia B.K.S. Iyengara (uznanego za jednego z ojców współczesnej hatha–jogi). Po przeprowadzce do Doliny Krzemowej szukała więc najpierw kogoś, kto uczyłby według tej samej metody. – To się udało. Trafiłam na fenomenalnego instruktora. Potem jednak odkryłam, że joga niejedno ma imię i zaczęłam eksperymentować – opowiada instruktorka. – To nie były jednak eksperymenty, wynikające z poczucia, iż jest tu taka obfitość stylów, że muszę wszystkiego popróbować. Szłam bardziej za głosem serca. Ten głos doprowadził mnie ostatecznie do Ashtangi czyli dynamicznej odmiany jogi. Tej, która wyciska z ludzi siódme poty. I chociaż wówczas o tym nie wiedziałam, był to dopiero początek drogi, która wydawała się prowadzić w bardzo konkretnym kierunku.

Macdonaldyzacja indyjskich aszramów

Kiedy Beata odkrywała kolejne stopnie jogicznego wtajemniczenia, wraz z nią podobnych odkryć dokonywały miliony Amerykanów. Na początku tego roku firma sondażowa Ipsos Public Affairs opublikowała zaskakujące dane dotyczące jogi w USA. Okazało się, że aż 37 mln, czyli 15 proc. mieszkańców Stanów Zjednoczonych regularnie uprawia jogę. To potężny wzrost od czasu ostatnich badań ankieterskich z 2012 r., w których do regularnych ćwiczeń jogi przyznawało się 28 mln osób. Jeszcze parę lat wstecz na sesje asan zapisywały się głównie kobiety. Proporcje się jednak zmieniają i w studiach pojawia się coraz więcej mężczyzn. Wraz z rosnącą popularnością zmienia się też charakter hatha–jogi, która przestaje być traktowana jako dziwaczna namiastka fitnessu, ale też ulega coraz większej komercjalizacji. Już w tej chwili jest to gigantyczny biznes, przynoszący co roku wielomiliardowe dolarowe zyski. Świetnie sprzedają się nie tylko lekcje, seminaria i kursy instruktorskie, ale również maty, torby, skarpetki antypoślizgowe, bransoletki z drzewa sandałowego, płyty DVD z zestawem asan czy oczyszczające herbaty ziołowe. Niezwykle intratna jest produkcja odzieży jogicznej. Elastyczne, przylegające do ciała, ale niekrępujące ruchów ubrania okazały się hitem nie tylko wśród miłośników jogi. Z czasem w joga–spodniach, panie zaczęły pojawiać się również w pracy. Cienkie legginsy zostały entuzjastycznie przyjęte również... na planach filmów „dla dorosłych". Gwiazdy porno z upodobaniem prezentowały swoje wdzięki, odziane w dopasowane spodnie do jogi. Szczególną popularnością cieszył się ukochany prz