Ile warte są oczy psa

„WIN: WIN”, charytatywna wystawa psich portretów autorstwa Michała Torzeckiego nie mogła się nie udać. Adoptujesz psa – dostajesz w prezencie obraz. Kupujesz obraz – pieniądze zasilają budżet schroniska. Tak czy inaczej, psy wygrywają. „To nie jest zaproszenie na wernisaż. To zaproszenie do naprawiania świata. To nie jest aukcja. To jest idea”, mówił o wystawie Paweł Potoroczyn, do niedawna Dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza. Nam Michał Torzeck

1. Moje najwcześniejsze wspomnienia dotyczą zoo. Miałem trzy lata, gdy rodzice przeprowadzili się do Stanów. Na początku zamieszkaliśmy w Chicago, bardzo lubiłem chodzić do tamtejszego ogrodu zoologicznego. Szczególnie wyraźnie pamiętam niedźwiedzia polarnego, który znany był z tego, że lubił podpływać do szyby i opierać się o nią łapami, dzięki czemu jego odbicie było widoczne na szkle. Moja pierwsza wystawa podyplomowa dotyczyła właśnie zoo. To dość kontrowersyjny temat, ogrody zoologiczne mają wielu zwolenników i wielu przeciwników. Ja należę raczej do zwolenników, choć rozumiem przeciwników. Zoo w społeczeństwie odgrywa bardzo ważną rolę edukacyjną, nie można o tym zapominać. Niby w szkole wszyscy mają biologię, ale nie wszyscy na nią chodzą. W domu nie każdy ogląda Animal Planet, a na podróże po świecie wielu ludzi nie stać. Przygotowując wystawę, chodziłem często do warszawskiego zoo, słuchałem rozmów odwiedzających je rodzin i byłem przerażony poziomem wiedzy o zwierzętach – odróżnienie tygrysa od lwa było często problemem. I dlatego zrobiłem tę wystawę. Do portretów wybrałem różne zwierzęta, zależało mi, żeby pokazać, jak różnie to uwięzienie znoszą.

2. Skończyłem Europejską Akademię Sztuk, dyplom zrobiłem u Franciszka Starowieyskiego, później byłem jego asystentem. Portret to dla mnie najciekawsza forma malarska, zawsze interesowało mnie bardzo realistyczne podejście, a profesor jako mistrz anatomicznego rysunku był dla mnie nauczycielem idealnym. Od ludzi zawsze wolałem jednak malować zwierzęta. To duże wyzwanie techniczne, bo niełatwo jest dobrze oddać umaszczenie, uzyskać na płótnie tę puszystość, odtworzyć tak różne faktury. Każde zwierzę malowane po raz pierwszy jest wyzwaniem, bo każde jest inne. Dlatego bawi mnie, gdy ludzie pytają, czy jeszcze nie znudziło mi się malowanie zwierząt. To jest temat nie do wyczerpania. Człowiek ma z grubsza jedną postać, zwierzęta to nieskończoność kształtów. I charakterów! Przez to, że są mi bliskie, malowanie ich było czymś więcej niż wyzwaniem technicznym. Poza tym jednym z powodów, dla których wolę portretować zwierzęta, jest to, że ludzie na swoim własnym punkcie są bardzo przewrażliwieni.

3. Na moją kolejną wystawę, „DIY dla WWF", składały się portrety przedstawicieli zagrożonych gatunków. Był wśród prac m.in. M'Tonge – goryl z warszawskiego zoo, który wygrał międzynarodowy konkurs na najprzystojniejszego goryla świata. Niestety najprzystojniejszy goryl świata nie mieszka już w Polsce, dwa lata temu został przeniesiony do zoo w Bazylei, żeby tam założyć rodzinę. Na tę wystawę namalowałem też dwumetrowy obraz nosorożca. W przypadku dużych, pełnych detali prac potrzeba mnóstwo cierpliwości. Często więc skupiam się tylko na twarzy zwierzaka – tak, używam tego słowa świadomie, na twarzach zwierząt maluje się tyle emocji, że nie mogę tego nazwać inaczej – a na reszcie jego ciała robię tzw. fade, czyli rozmycie. Inaczej wielu prac pewnie nigdy bym nie skończył. Doszedłem do tego przez lenistwo, a okazało się, że ta technika świetnie się sprawdza.

4. Pomiędzy wystawami moje główne zajęcie to malowanie portretów zwierząt na zamówienie. Dzięki pracy didżejskiej, która jest moim drugim głównym zajęciem, mam spory krąg bliższych i dalszych znajomych. Jest wśród nich wiele osób, które nie tylko mogą sobie pozwolić na kupowanie sztuki, ale też takich, dla których ich zwierzak jest na tyle ważny, że chcą mieć jego portret. Ludzie z mojego pokolenia najpierw mają psy, potem ewentualnie dzieci. I to nie jest zły pomysł, bo daje bardzo dobry trening. Jest wiele błędów, które popełniłem ze swoim psem, a których będę się wystrzegał, mając dzieci. Wiem na przykład, że krzyk i złość – o karach cielesnych nie wspominając – są złym pomysłem, że najlepszą metodą jest konsekwencja. Że wynagradzanie jest skuteczniejsze od karania. W teorii – proste, ale gdy przychodzą emocje, łatwo o tym zapomnieć.

5. Psy w schroniskach są świadome faktu, że ludzie, którzy przychodzą, mogą je ze sobą zabrać, dać im dom. Podchodziły do mnie z ogromnym entuzjazmem, patrzyły z nadzieją w oczach. Próbowały same siebie sprzedać najlepiej jak potrafią. Łapałem te emocje najpierw na zdjęciach, a potem starałem się je oddać na obrazach. Przygotowując wystawę „Win win" zrobiłem tysiące zdjęć. Ostatecznie sportretowałem 11 psów. Wybór był trudny. Panie ze schroniska przyprowadzały mi psy dość wiekowe, bo zależało im, żeby choć pod koniec życia znalazły dom i zaznały miłości. Było to ujmujące, ale też trudne dla mnie, bo musiałem podejść do tego bardziej praktycznie i wybrać psy młodsze, mające większą szansę na adopcję. To była moja pierwsza w pełni charytatywna akcja, wymagała ogromnej pracy i bardzo mi zależało, żeby jej efekty były wyraźne, żeby podczas wernisażu psy zostały zaadoptowane, obrazy sprzedane. Tylko sukces pozwoliłby mi w przyszłości powtórzyć takie działanie i znaleźć sponsora, który pomoże działać jeszcze skuteczniej.

6. Nie wszystkie te obrazy są smutne. Jest np. Hrabia, który był entuzjastycznie nastawiony do ludzi, ale miał w sobie też dużo godności i niezależności i na uchwyceniu tego majestatu bardzo mi zależało. Była Bardzia, widoczna na plakacie wystawy. Ujęła mnie swoim dociekliwym spojrzeniem – jest psem niesłyszącym, więc cały świat ogarnia poprzez wzrok, w jej oczach jest ogromna niepewność i wielka czujność zarazem. Z kolei Omar, wesoły, dobrze do ludzi nastawiony roczny pies, został adoptowany podczas wernisażu jako pierwszy.

7. Udało się zebrać ponad 15 tys. zł i znaleźć dom dla kilku psów. Jeżeli kogoś nie było stać na obraz, a chciał mieć pamiątkę albo wesprzeć schronisko, mógł sobie kupić sitodruk – przygotowaliśmy limitowaną edycję 60 sztuk po 100 zł. Sprzedały się wszystkie. Ale głównym moim celem było zainspirowanie innych ludzi do podejmowania najróżniejszych działań charytatywnych, a nie tylko biernego wrzucania paru złotych do puszki od czasu do czasu. Chciałem zarazić entuzjazmem do pracy społecznej. Chodziłem do szkoły w Stanach i właśnie tam się tego nauczyłem. Dzieciom wpaja się, że świat jest fajny, jak się samemu go takim tworzy. Społeczność lokalna razem buduje świat wokół siebie. Jako poprawę jakości życia rozumiem nie to, żeby lepiej mi się żyło materialnie, tylko to, żeby świat wokół mnie był lepszy.

8. Podstawowy błąd, jaki popełniają organizatorzy akcji charytatywnych, to założenie, że na pewno się uda. Bo przecież nie mam w tym żadnego interesu, bo przecież sprawa jest słuszna, bo przecież ludzie są z natury dobrzy, więc na pewno wesprą. To podejście mnie frustruje, bo robi imprezom charytatywnym złą sławę. Byłem już na wielu takich źle zorganizowanych akcjach, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Sprawią, że osoby, które się na nie wybrały, na kolejną akcję charytatywną już nie pójdą, bo zapamiętają tego typu wydarzenia jako po prostu słabe. Ważną sprawą, często zupełnie zaniedbywaną, jest promocja takich wydarzeń. Nawet niewielki budżet to już dużo. Stacja Mercedes, w której odbył się wernisaż, dobrze to rozumie. Ta akcja przyniosła korzyść wszystkim. Psy mają dom, schronisko pieniądze, Stacja Mercedes dobry PR, a ja ogromną satysfakcję i poczucie dobrej karmy.