...I nie mam poczucia winy

Kariery mógłby mu pozazdrościć niejeden z listy topowych polskich menedżerów, a wykształcenia – wielu czołowych prawników. Był tłumaczem i asystentem byłego sekretarza stanu USA Henry'ego Kissingera. Jednak Tomek P. Chenczke życie rekina biznesu zamienił na pisanie. To dla niego rozliczenie nie tylko z korporacją, lecz z całym życiem. A przy okazji ma czas, by podziwiać zachód słońca nad oceanem.

To nie jest opowieść o zmęczonym wyścigiem szczurów pracowniku korporacji, który postanowił realizować marzenie o pisarstwie i odnajduje szczęście w ubóstwie. Owszem, Tomek P. Chenczke warszawski dom zamienił na oceaniczną plażę portugalskiego Algarve, ale przed brakiem regularnych dochodów zabezpieczył się finansowo. Nie jest to też historia o dyletancie, którego talent docenia wyłącznie najbliższa rodzina. Debiut Chenczkego, „Browar", krytycy jednogłośnie okrzyknęli odkryciem roku i ucieszyli go porównaniem do Toma Wolfe'a. Zasłużenie, bo podobnie jak Amerykanin do swoich książek podchodzi profesjonalnie. – Narzuciłem sobie dyscyplinę. Chcę pisać każdą powieść najwyżej 18 miesięcy, a moim minimum są dwie strony dziennie – mówi.

Na dnie wirtualnych szuflad

Ten limit czasowy jest ważny, bo jego pierwsza powieść, 476–stronicowy „Browar", powstawała 10 lat. Między negocjacjami a kolacją biznesową, w nieliczne dni wolne, czasem inspirowana sytuacjami z życia zawodowego. „Browar" kilka lat czekał w wirtualnych szufladach komputerów, by Tomek P. Chenczke dokończył go w Portugalii, o 12 kilo szczuplejszy i spokojniejszy niż w czasach podejmowania decyzji kluczowych dla firmy. – Musiałem najpierw zarobić na czas, w którym mógłbym pisać – śmieje się Chenczke.

Ale wpierw musiał też poczuć, że w życiu korporacyjnym nie ma już nic, co stanowiłoby dla niego nową jakość. Że wszystko byłoby powtórzeniem czegoś, co już się wydarzyło. – W dodatku wchodziłem w wiek, w którym mężczyzna zaczyna dialog z wiecznością. Pięćdziesiątka skłania do podsumowań: co po sobie pozostawię, co może mieć znaczenie, kiedy się to wszystko skończy – tłumaczy. A książka pozwala uporządkować dotychczasowe doświadczenia, wpleść w fabułę miejsca i wydarzenia na różnych kontynentach, które odwiedził w czasie studiów i kariery zawodowej. Takie jak mecz futbolu australijskiego na Antypodach, skrzyżowanie rugby z futbolem amerykańskim. I pokazać uwikłanie społeczne dzisiejszych ludzi – powiązanie ich pozornie niezależnych losów.

W bohaterach „Browaru", rozgrywającego się w czasach rodzącego się w Polsce kapitalizmu, odnajdzie się wielu biznesmenów tamtej epoki. Wielomilionowa międzynarodowa transakcja splatająca się ze śmiercią młodej modelki, agresywne działania organizacji feministycznej i seksualny szantaż wymierzony w wysoko postawionych urzędników to prawdopodobne wątki tamtejszej rzeczywistości. I choć fabuła jest fikcją, wiele postaci ma pierwowzory w prawdziwych ludziach. Chenczke opisuje ich barwnie i realistycznie. Zależało mu, żeby czytelnicy odnaleźli się w bohaterach, poczuli z nimi więź emocjonalną.

Chenczke–pisarz ujawnia wrażliwość socjologa, choć po szkole średniej wybrał studia filozoficzne na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W „Browarze" widać jednak także rękę finansisty, prawnika, ale i psychologa nawykłego do pracy z ludźmi. On jest po trosze każdym z nich. Kariery mógłby mu pozazdrościć niejeden z listy topowych polskich menedżerów, a wykształcenia – wielu czołowych prawników. Jest doktorem prawa California Western School of Law w San Diego i ma tytuł BA, czyli Bachelor of Arts, w dziedzinie nauk politycznych z University of Michigan w Ann Arbor (a na filozofii ukończył pięć semestrów). Do ojczyzny, z której wyemigrował na początku lat 80., w 1990 r. wracał tylko na chwilę. Jako tłumacz i asystent byłego sekretarza stanu USA Henry'ego Kissingera. Swoje życie wiązał ze Stanami, ale po spotkaniu z Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem i po audiencji u kardynała Józefa Glempa, w których towarzyszył Kissingerowi, postawił na Polskę. – Wszystko, co wówczas zobaczyłem i przeżyłem, było na tyle mocne, fascynujące i historyczne, że gdy następnego roku zaproponowano mi praktykę w Ministerstwie Finansów, kończyłem szkołę z kierunkiem warszawskim – wspomina Tomek P. Chenczke. W ministerstwie pracował przy projekcie ubezpieczenia depozytów, ale kiedy priorytety polityczne się zmieniły, został zmuszony poszukać innej pracy.

Z duszą na ramieniu

Trafił do polskiej filii Baker & McKenzie, w USA kancelarii–symbolu, o której marzy każdy absolwent prawa. Szybko zorientował się jednak, że prawo nie było dla niego najlepszym wyborem i skupił się na praktyce finansowej. Jego klientami były banki i gdy stwierdził, że w jednym z nich – polskim oddziale holenderskiego ING – spędza więcej czasu niż w kancelarii, doszedł do wniosku, że pora na zmianę pracy. Do banku przechodził na stanowisko głównego prawnika, ale z zaznaczeniem, że jego celem jest kariera w finansach. 
– Interesował mnie pieniądz, ale nie w sensie posiadania banknotów, tylko samej koncepcji, pewnej obietnicy przesuniętej w czasie – tłumaczy. Po studiach w USA, które pracy z papierami wartościowymi poświęcały sporo wykładów i zajęć, wiedział, że w Polsce wszystko jest jeszcze do stworzenia. A jako prawnik uczestniczyłby tylko we fragmencie tych przemian. – Prawnik w transakcji pojawia się albo za wcześnie, albo za późno. Woła się go wtedy, gdy trzeba coś przygotować i podpisać. Ja chciałem mieć obraz całości, uczestniczyć w negocjacjach i zamknięciu transakcji – wyjaśnia. Ze stanowiska prawnika przeszedł na szefa departamentu rynków kapitałowych. Z ING, w którym przeżył fuzję z Bankiem Śląskim, odszedł za klientem, Elbrewery. To był jednak tylko roczny epizod, bolesne zderzenie z życiem korporacyjnym. – Rzeczywistość korporacyjna jest inna niż rynków finansowych. Musiałem się nauczyć nowego świata, czego się do końca nie spodziewałem. Nie rozumiałem jeszcze wewnętrznej dynamiki tego typu organizacji, jej struktury 
– wspomina Tomek P. Chenczke. Po tym doświadczeniu postawił na własny biznes – razem z przyjaciółmi zainwestował w projekt internetowy, ale w 2000 r. na takie inwestycje było jeszcze w Polsce za wcześnie. Kolejne 10 lat spędził w firmie Eastbridge, inwestującej w nieruchomości i handel detaliczny.

O odejściu z biznesu zaczął myśleć dwa lata przed wygaśnięciem kontraktu. Pierwszy szkic „Browaru" od kilku lat czekał w szufladzie, a 20 lat pracy na pełnych obrotach dawało się we znaki coraz mocniej. Organizm, wycieńczony permanentnym niewyspaniem, stresem i nieregularnym odżywianiem, pracował coraz gorzej. W jego życiu jedynym pewnikiem było zaskoczenie. – Trudno było mówić o jakimkolwiek planowaniu czy wolnym czasie. Czasem jadło się jeden posiłek dziennie, i to w trakcie kolacji biznesowej, a noc spędzało na negocjacjach. Kiedy w zimie o czwartej nad ranem wstawałem na poranny lot do Wrocławia, gdzie mieliśmy dużą budowę, uświadomiłem sobie, że taki tryb życia może skończyć się na przedwczesnej śmierci – wspomina. Jego żona zawsze mówiła, że pracować zaczyna dopiero wtedy, gdy kładzie się do łóżka. Zamiast zasnąć, analizował miniony dzień i planował kolejny, czasem do bladego świtu. – Ta nocna gonitwa myśli towarzyszyła mi przez dwie dekady – przyznaje.

Wakacji nie miał, a jeśli, to wyszarpane w ramach długiego świątecznego weekendu. Ale i wtedy jechał z duszą na ramieniu. 
– Nie ma nic bardziej przerażającego niż niespodziewane wydarzenie w firmie, na które nie można natychmiast zareagować, kiedy jest się 1,5 tys. km dalej. Często wakacje bywały koszmarem z powodu jakiegoś e–maila, rozmowy czy nawet minikryzysu, który powstawał na miejscu – wspomina.

Wielkie czyszczenie... głowy

Z firmą pożegnał się w 2012 r., ale życie korporacyjne prowadził jeszcze przez osiem miesięcy. – Tyle czasu potrzebowałem na wyczyszczenie głowy, pozbycie się tego dziwnego poczucia winy, że człowiek nigdzie się nie spieszy i nie musi pilnie odpowiadać na tysiąc e–maili. To jak objawy odstawienne przy wychodzenia z nałogu – wspomina.

Na Algarve w południowej Portugalii najpierw osiedlił się znajomy i zaprosił go dokładnie w momencie, kiedy potrzebował czegoś nowego. – Nie wyobrażałem sobie, że po takiej zmianie będę siedział w Warszawie. Kontekst nie pasował do tego wszystkiego, co sobie postanowiłem. Nie mógłbym tu skupić się na pisaniu – tłumaczy. Podoba mu się, że tu nikt nie pyta go, czym się zajmuje się: – W Warszawie każda rozmowa zaczynała się od pytania: „Co pan robi?". Byłem tym tak zmęczony, że czasem odpowiadałem: „Ja już wszystko zrobiłem".

Dziś więcej czasu spędza w Portugalii. Jego dzień nie kręci się jednak wokół pisania, a przynajmniej nie wyłącznie. Rytm wyznaczają ćwiczenia – bieganie, siłownia, dbanie o zdrowie. Startuje w półmaratonach, ale nie podchodzi do tego zawodniczo. Nie chce już się napinać, zwłaszcza że jego świat długo się prostował. Notowania giełdowe będzie sprawdzał pewnie do końca życia, ale nie musi już gorączkowo otwierać poczty i potrafi cieszyć się chwilą. Nawet tak absurdalną z korporacyjnego punktu widzenia jak podziwianie zachodu słońca nad oceanem.

To pozwala mu skupić się na nowej książce, intrydze kryminalnej z czasów stanu wojennego, którego bohaterem jest sierżant policji kryminalnej z pałacu Mostowskich. Głównym „złym" jest sama państwowość, a bohater stara się skupić na przestępstwach pospolitych, a nie politycznych. – Od lat potrzebowałem rozliczenia ze stanem wojennym w kontekście emocji ludzkich i relacji społecznych. Dużo się mówi o faktach i wydarzeniach, ale nikt chyba jeszcze nie próbował podejść do tego, jaki miał on wpływ na ludzi – mówi Tomek P. Chenczke. Tak, teraz ma na to czas. Będzie pisał i nikt mu w tym nie przeszkodzi. Chyba że słońce będzie zachodziło zbyt pięknie i żal mu będzie przegapić ten widok.