Gorące kompakty

Hot hatche, czyli usportowione wersje popularnych kompaktów, to tania i praktyczna alternatywa dla aut stricte sportowych. Warto przyjrzeć się rynkowej ofercie, bo w cenie dużego auta rodzinnego można zafundować sobie osiągi zarezerwowane niegdyś dla marek takich jak Ferrari, Lamborghini czy Porsche.

Na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku mali chłopcy wzdychali do przywiezionych zza zachodniej granicy plakatów Ferrari 308. Być może na plakacie była też skąpo odziana kobieta, ale miała znaczenie drugorzędne, bo liczył się czerwony, sportowy samochód. Centralnie umieszczony silnik V8 o pojemności 2,9 litra wypluwał mrożące krew w żyłach 255 KM.

Dziś więcej osiąga Peugeot 308 GTi, pod którego maską pręży muskuły zaledwie 4–cylindrowy motorek 1.6. Francuski hot hatch ma 272 KM. Za niecałe 133 tys. zł można kupić sobie czas od zera do setki na poziomie 6 s. Do tego niewiarygodnie twarde zawieszenie, które jazdę po mieście uczyni piekłem, szczególnie dla pasażerów, którzy nie mają się czego trzymać. Ale na równej, krętej drodze dyferencjał Torsena robi cuda, bo mimo wysokiej mocy przesyłanej na przednie koła 308 GTi pokonuje zakręty jak po szynach. Mała kierownica, która w normalnej 308–ce daje gokartowe wrażenia z jazdy, tu sprawdza się jeszcze lepiej.

Ale 308 GTi jest za twardy, żeby korzystać z niego na co dzień. Przynajmniej na polskich drogach. Tu do gry wchodzi Volkswagen Golf R. To Golf GTi na sterydach. Ma 300 KM, 5,1 s do setki, dwulitrowy silnik i napęd na wszystkie koła. Volkswagen w magiczny sposób łączy codzienny komfort z możliwością przejścia w tryb „zabiję cię!". Wystarczy nacisnąć odpowiedni przycisk. Dźwięk generowany wtedy z wydechu jest strasznie sztuczny, ale to nie szkodzi, bo i tak człowiek cieszy się jak dziecko. Golf to zdecydowanie najwygodniejszy, najpraktyczniejszy i – mimo strzałów z wydechu – najdyskretniejszy z opisywanych tu hot hatchy. Co istotne, można go wybrać w wersji 3– i 5–drzwiowej, również jako kombi. Cena od 153 tys. zł.

Jeśli zaś ktoś chce mieć wszystko naj, musi mieć Forda Focusa RS. Napęd na wszystkie koła, 2,3 litra, 350 KM, 0–100 km/h w 4,7 sekundy. A do tego tryb „drift", w którym 70 proc. momentu obrotowego przekazywanego jest na tylną oś. Pozwala to – w kontrolowanych warunkach – wykonywać szeroki, czterokołowy ślizg. Jasne, nie ma to nic wspólnego z driftem w aucie tylnonapędowym, ale nie trzeba kupować Mustanga czy MX–5 tylko po to, żeby jeździć bokiem. Za to ma się najszybszy seryjny kompakt na świecie z podwójnym wydechem, do którego mogą zmieścić się dwa spore króliki. Cena od 152 tys. zł.

Największą niespodzianką w tym sezonie jest jednak Honda Civic Type R. Za skromne 147 tys. zł dostaje się wprawdzie auto przednionapędowe, ale za to o mocy 310 KM. I z tak koszmarnie przerysowanym ospoilerowaniem, że wszyscy wezmą posiadacza tej maszyny albo za kompletnego dresa, albo zrozumieją, że to tak tylko autoironicznie. Nowy Civic Typer R ma turbodoładowany silnik, co przyprawia miłośników marki o torsje, ale kręcący się jak w motocyklu silnik wolnossący przegrał z normami emisji. Z nowym silnikiem też nie ma wstydu, bo turbina syczy przy odpuszczaniu gazu jak w rajdowym Subaru. A przy tym Civic Typer R daje w całym tym towarzystwie najwięcej przyjemności z jazdy przy relatywnie najniższej prędkości, jest najbardziej oldskulowy. Poza tym ma największy bagażnik, mnóstwo miejsca z tyłu. I można powiedzieć znajomym, że taka Honda okrąża Nurburg- ring szybciej niż BMW M2.

Tak że tego...