Fortuna w nalepkach

Prawie każdy z nas ma coś z dziecka. Nie lubimy się jednak do tego przyznawać. Historia firmy Panini, założonej ponad pół wieku temu przez dwóch braci z Modeny, dowodzi jednak, że warto.

Utalentowany, młody inżynier Umberto Panini jak co dzień przerzucał stos listów, które przyszły z poranną pocztą. Wszystkie zazwyczaj lądowały w koszu. Tym razem jednak jeden otworzył. Znaczek wskazywał, że przyszedł z Włoch – kraju, który Panini opuścił kilka lat wcześniej, żeby szukać szczęścia i pieniędzy w Ameryce Południowej. Umberto, dobrze zapowiadający się inżynier, w 1957 r. został zwolniony z fabryki Maserati w Modenie. Szef przyłapał go, jak rozmawiał z jego kochanką. Zapewne było to coś znacznie więcej niż zwykła rozmowa, skoro inżynier został natychmiast zwolniony i musiał się ratować ucieczką na drugi koniec świata, czyli do Wenezueli. Młody Włoch szybko zapomniał o bolesnej porażce miłosnej – przeżywający naftowy boom kraj chłonął ludzi z jakimkolwiek doświadczeniem i wykształceniem. Inżynierów, takich jak Panini, było natomiast jak na lekarstwo. Umberto nie mógł zatem narzekać na zarobki ani na nadmiar wolnego czasu. Ten, który mu zostawał po pracy, spędzał na przyjęciach w domach patrycjuszy z Caracas, gdzie był mile widziany. Słodkie życie zakłócił list z Włoch. Panini, pełen najgorszych przeczuć, drżącymi rękami rozerwał kopertę. Poznał pismo brata Giuseppe. Na szczęście, wbrew przeczuciu, wiadomości nie były złe. „Wracaj do Włoch. Potrzebujemy cię. Ameryka jest teraz tutaj" – pisał. Nie była to bynajmniej przesada. Lata 50. i 60. ub.w. były czasem rozkwitu. Na Półwyspie Apenińskim trwał boom gospodarczy, rósł poziom życia, panowały znakomite warunki do prowadzenia interesów. Nie była to jednak żadna atrakcja dla kogoś mieszkającego w Caracas. Umberto – mimo wygodnego i dostatniego życia – najzwyczajniej w świecie tęsknił za Włochami. Po przeczytaniu listu zdał sobie sprawę, że od dawna czekał jedynie na pretekst, by wrócić.

Obudzić dziecko w dorosłych

Giuseppe Panini, gdy pisał do Umberta, nie kierował się jednak tylko braterskimi uczuciami. Potrzebował inżyniera w interesie, który właśnie z innym bratem, Benito, zaczynał rozkręcać. Rodzina Paninich od 1945 r. miała namiot z gazetami i czasopismami na modeńskiej ulicy Corso Duomo. To właśnie tam Giuseppe i Benito wpadli na pewien pomysł. Ich klienci byli w większości zagorzałymi kibicami piłkarskimi: od deski do deski czytali różowe (czyli te poświęcone piłce nożnej) strony „La Gazzetta dello Sport". Właściwie rozmawiali wyłącznie o futbolu. W okolicznych barach słuchali transmisji radiowych z meczów. Dlaczego nie spróbować zarobić na ich pasji? – takie pytanie zadali sobie któregoś dnia bracia Panini. Giuseppe i Benito postanowili wydać coś w rodzaju klaseru. Z tą różnicą, że zamiast znaczków pocztowych kolekcjonerzy zbieraliby zdjęcia zawodników piłkarskich. Które – rzecz jasna – również wydawaliby dwaj bracia, ale byłyby one sprzedawane osobno. Prototyp „Calciatori" („Piłkarze") powstał w sezonie 1960/1961. Nigdy jednak nie trafił do szerszej publiczności. Dopiero w następnym sezonie ruszyła produkcja z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy oficjalny kolekcjonerski album miał na okładce ilustrację główkującego Nilsa Liedholma. Pomysł z miejsca okazał się strzałem w dziesiątkę. Sprzedaż była fenomenalna. Albumy zniknęły ze sklepów, a ludzie ustawiali się w kolejkach po „le figu" – naklejki. To, że niektóre zdjęcia były rzadkie, jeszcze nakręcało interes – kolekcjonowanie miało w sobie coś z polowania i hazardu. Skompletowanie całego albumu było przecież wyczynem. „To był czas, żeby nauczyć się imion rezerwowych z Pizy. Tej egzotycznej drużyny noszącej wspaniałe barwy" – pisał Beppe Severgnini, dziennikarz „Corriere della Sera".

Maszyna do legend

Paradoksalnie popularność okazała się dla braci problemem – po prostu nie mogli nadążyć z zaspokojeniem popytu. Właśnie wtedy, w 1964 r., Giuseppe przypomniał sobie o bracie w Wenezueli. Jak miał im pomóc? Benito zajmował się dystrybucją. Franco – trzeci z czterech braci – administracją. Ale żaden z nich nie był inżynierem i nie umiał usprawnić produkcji. Umberto po powrocie do Modeny zabrał się z zapałem do pracy. Skonstruował maszynę, która cięła, tasowała i pakowała zdjęcia przeznaczone do wklejania. Panini mogli teraz zaspokoić każdy popyt i byli poza wszelką konkurencją. Efekt był taki, że widok dzieci i dorosłych z garściami pełnymi kart Panini wymieniających się nimi na placach miejskich stał się wizytówką Włoch. Niemal jak Koloseum czy krzywa wieża w Pizie. „Ce l'ho!" – Mam to! „Ce lo manca!" – Tego nie mam! Powtarzają do dziś kolejne pokolenia.

Właśnie dzięki Panini niektórzy sportowcy stali się legendarni. Środkowy i kapitan Interu Bruno Bolchi jest dziś pamiętany przede wszystkim dlatego, że jego wizerunek znalazł się na pierwszej naklejce Panini, jaka została wyprodukowana w sezonie 1961/1962. A nie dlatego, że w kolejnym sezonie zdobył mistrzostwo Włoch. Siłą rzeczy kluczem do stania się legendą nie były umiejętności sportowe, lecz rzadkość kart. Na te, które było najtrudniej zdobyć, mówiło się „Le introvabili" – czyli„nieznajdywalne". Tak było w przypadku wizerunku Giovanniego Udovicicha – obrońcy z Novary, czy piłkarza Juventusu – Ernesta Castano. Najsłynniejszy ze wszystkich „introvabili" był jednak bramkarz Atalanty Pierluigi Pizzaballa. Przed sezonem 1963/1964 doznał kontuzji i nie był obecny na sesji fotograficznej ze specjalnie wysłanym do Bergamo fotografem Paninich. W albumie co prawda było miejsce z jego nazwiskiem, ale nie było naklejek. Trafiły one do sprzedaży dopiero kilka miesięcy później.

Z kolei Carlo Parola stał się legendą nie ze względu na „rzadkość". Podczas gdy twarze na naklejkach zmieniają się z sezonu na sezon, on był obecny w albumach od 1965 r. Powód? Wcale nie to, że dwukrotnie wygrał Scudetto (mistrzostwo Włoch) z Juventusem. Jest znany z wykonania perfekcyjnego strzału „nożycami" w meczu przeciwko Fiorentinie 15 stycznia 1950 r. Co prawda nie strzelił bramki – wybijał piłkę z własnego pola karnego w 80. minucie przy bezbramkowym remisie, ale pod względem estetycznym było to doskonałe. Fotograf Corrado Bianchi uchwycił Parolę w locie. Zdjęcie zmodyfikował rysownik Wainera Vaccari, który lata później na zlecenie Paninich miał opracować symbol ich albumów. Nie miał zbyt dużo pracy – po prostu musiał narysować neutralny piłkarski strój. Cała reszta była kopią zdjęcia. W ten sposób Parola trafił na 200 mln egz. albumów na całym świecie, a jego „nożyce" zyskały nieśmiertelność.

Kwestią czasu było jedynie wyjście Paninich poza granice Włoch i zajęcie się innymi dyscyplinami sportowymi. W 1970 r. bracia wydali kolekcję poświęconą drużynom biorącym udział w mistrzostwach świata w Meksyku. Była to pierwsza kolekcja wydana po angielsku i poza granicami Włoch. Najbardziej wyróżniało ją jednak to, że kolekcjonerskie nalepki były samoprzylepne – dotychczas kolekcjonerzy musieli sami smarować klejem spody zdjęć.

Na podbój świata

Oczekiwania, że decyzja przyniesie krociowe zyski, zostały potwierdzone. Mało tego: biuro firmy w Modenie zostało dosłownie zalane listami z podziękowaniami od kibiców z całego świata. Nic dziwnego zatem, że w roku 1980 do sklepów trafiły albumy poświęcone mistrzostwom Europy w piłce nożnej, a rok wcześniej – mistrzostwom świata w hokeju na lodzie. Również w latach 80. firma Panini zaczęła regularnie wydawać kolekcje NHL – amerykańskiej zawodowej ligi hokejowej. Dziś trudno znaleźć dyscyplinę czy wydarzenie, którego Panini mogłoby nie obsłużyć. Firma wydała kolekcje poświęcone boysbandowi One Direction czy mistrzostwom świata w piłce nożnej kobiet. Każde z nowych przedsięwzięć to sukces finansowy, ale jednak to stare nalepki osiągają zawrotne ceny. Najbardziej znana karta kolekcjonerska Panini to wizerunek bejsbolisty Honusa Wagnera, która jest warta 3 mln dol. Ale pierwszy album Panini można znaleźć w nieco „korzystniejszej" cenie – kolekcja wizerunków piłkarzy grających we włoskiej lidze w sezonie 1961/1962 to wydatek 2,5 tys. euro.

Swoje sukcesy Panini zawdzięcza przede wszystkim wierności pierwszemu pomysłowi: ośmielaniu dorosłych do zachowywania się jak dzieci i zbierania kolorowych naklejek. Fakt, że aż do 1988 r. to właśnie bracia decydowali o najważniejszych dla przedsiębiorstwa sprawach, pozwalał skrupulatnie trzymać się tego kierunku. W 1988 r. firma została sprzedana Maxwell Group, która dokonała szeregu zmian w zarządzie i wprowadziła menedżerów z innych krajów. Odbiło się to natychmiastową czkawką i kilkoma latami trudności finansowych. Panini zostało w 1992 r. kupione przez Bain Gallo Cuneo i De Agostini. Wystarczyły dwa lata skrupulatnego zarządzania, by firma odzyskała swój dawny blask. Panini dołączyło następnie do Marvel Entertainment Group. Kierownictwo, na którego czele stał Aldo H. Sallustro, nie zostało jednak zmienione. Podobnie jak centrala firmy, która pozostała we Włoszech.

8 października 1999 r. Panini zostało kupione przez należącą do Vittorio Merloni firmę Fineldo, włoski konglomerat wytwarzający produkty na rynek masowy i finansujący przedsięwzięcia biznesowe. W tamtym momencie firma Panini wyszła na prostą. Niedawno nabyła ona World Foot Center – dystrybutora towarów związanych z piłką nożną zarówno dla klubów, jak i narodowej reprezentacji Francji. Do Panini należy też większościowy pakiet akcji w Digital Soccer Project, firmie rozwijającej oprogramowanie dla sektora sportowego. Mimo że Panini Group jest światowym liderem na rynku naklejek, czwartym pod względem wielkości wydawcą dla dzieci w Europie, najważniejszym dostawcą komiksów dla księgarń we Włoszech oraz szybko rozwijającym się wydawcą na rynku multimediów, to siedziba przedsiębiorstwa nadal znajduje się w Modenie – rodzinnym mieście braci Paninich. Niektórzy uważają, że niechęć do przeprowadzki to przesąd. Inni wskazują, że to po prostu nauka wyciągnięta z błędów: pamięć o swoich korzeniach nie tylko jest kwestią przyzwoitości, ale po prostu się opłaca.