Firma nie taka krucha

Są w moskiewskim teatrze Bolszoj, katedrze w Buenos Aires, Pałacu Papieskim w Watykanie. Wyroby Villeroy & Boch zachwycają dziś jakością i wzornictwem równie mocno jak 250 lat temu. Jaki jest sekret tej wiekowej firmy? Biznesowy mariaż tego co, niemożliwe: rewolucji z tradycją.

1748 r. niewielkie miasteczko Audunle-Tiche w Lotaryngii, która była wtedy jeszcze niezależnym księstwem, obiegła niewiarygodna plotka. François Boch, miejscowy odlewnik armat pracujący dla dworu, zrezygnował z prestiżowej posady. I założył własny biznes – manufakturę zastawy stołowej. Mieszkańcy miasteczka pukali się w głowę, podając sobie tę wiadomość z ust do ust. A Boch? Uśmiechał się tylko, kiedy krewni, przyjaciele, a nawet sam marszałek książęcego dworu próbowali go odwieść od szalonego pomysłu.

Bombardier du Roi – tak brzmiał jego urzędowy tytuł – doskonale wiedział, co robi. Odkąd w 1708 r. Ehrenfried Walther von Tschirnhaus odkrył technologię produkcji porcelany, stała się ona obiektem powszechnego pożądania. Na „białe złoto" z Drezna i Miśni stać było jednak tylko nielicznych: monarchów, zamożnych arystokratów i niektórych bogatych mieszczan. Nie znaczy to jednak, że nie marzyli o nim nieco gorzej sytuowani mieszkańcy całej Europy. Francois Boch wyciągnął z tego praktyczny biznesowy wniosek: postanowił chociaż częściowo spełnić te marzenia, dając biedniejszej szlachcie i mieszczanom namiastkę królewskiego luksusu. Decyzja odlewnika stała się początkiem nie tylko nowej firmy, ale też zalążkiem czegoś, co dziś nazwalibyśmy kulturą korporacyjną. Cała blisko 266-letnia historia Villeroy & Boch to już „tylko" ciąg logicznych decyzji.

Popyt, ojciec wynalazku

Brak doświadczenia w produkcji ceramiki Boch nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. W efekcie zakład szybko zyskał uznanie wśród mieszkańców Audun-le-Tiche i okolic.Czarne chmury zawisły nad trzema synami Francois, których ojciec od początku zaangażował się w nowy interes, kiedy Lotaryngia została przyłączona do Francji. Oznaczało to wprowadzenie ceł na granicy z Luksemburgiem – rynkiem, gdzie Bochowie zdążyli się zadomowić i zamierzali dokonać dalszej ekspansji. Synowie stanęli przed wyborem – zostać w rodzinnej Lotaryngii i nadal zaopatrywać okoliczne wioski w ceramiczne miski, co zapewniało stały, pewny i przewidywalny grosz, albo sporo zaryzykować bez gwarancji sukcesu.

Decyzja mogła być tylko jedna. Biorąc przykład z ojca, bracia postawili wszystko na jedną kartę. W 1767 r. przenieśli się zatem do Luksemburga, gdzie w Septfontaines założyli nową fabrykę. Kalkulacje okazały się słuszne. Popyt na wyroby Bochów był tak duży, że w 1782 r. musieli oni wynaleźć i zbudować nowy piec przemysłowy, który miał 13-krotnie większą moc od swoich skromnych poprzedników. Dzięki temu mogli produkować jeszcze więcej i taniej. A co za tym idzie – opanowywać dalsze rynki.

Wyroby z Septfontaines wkrótce stały się synonimem dobrej jakości, powstały składy ceramiki w Belgii i we Francji. Sprzedaż motywowała do dalszych wynalazków. W 1789 r. jeden z braci, Pierre-Joseph, opracował przepis, który pozwalał wytwarzać produkty z wapienia. Łudząco przypominały porcelanę, a jednocześnie były nieporównywalnie tańsze.

Rewolucja francuska zmusiła Jeana--Francois Bocha, syna Pierre'a-Josepha, do kolejnej przeprowadzki firmy. Kupił dawne opactwo benedyktynów w Mettlach nad rzeką Saarą (wówczas we Francji, a obecnie w niemieckim landzie – Kraj Saary). Do dziś jest tu główna siedziba Villeroy & Boch. Nie wiadomo, czy Jean-Francois spodziewał się, że kupiony przez niego kompleks budynków stanie się gniazdem firmy na tak długo. Przed laty brał pod uwagę względy biznesowe: Saara była świetnym szlakiem komunikacyjnym, którym dużo wygodniej niż w Septfontaines można było dostarczać surowce i transportować gotowe towary. I znów popyt stał się ojcem kolejnych udoskonaleń i wynalazków. Wykształcony w Ecole de Sciences w Paryżu Jean-Francois wynalazł jeszcze wydajniejszy piec przemysłowy, pirometr (czyli urządzenie służące do bezdotykowego pomiaru temperatury), a w 1809 r. opracował także przepis na nową mieszankę glinki. To z niej właśnie później powstawały jaskrawo białe, wytrzymałe naczynia.

Europa, Azja, Ameryka

Na początku lat 30. XIX w. rodzina Bochów eksportowała swoje wyroby do większości krajów Europy. Na horyzoncie pojawiło się jednak poważne zagrożenie – Anglia. I to bynajmniej nie jako potęga militarna, tylko rosnąca siła gospodarcza. Dzięki rewolucji przemysłowej towary z Wysp znakomicie konkurowały ceną i jakością z wyrobami z innych krajów. Ponadto Anglicy od 1745 r. posiadali sekret tzw. porcelany kostnej (do mieszanki, z której wypalano naczynia, dodawano spopielone kości bydła. W efekcie wyroby były nie tylko białe i przejrzyste, ale też wyjątkowo trwałe) i w dającej się przewidzieć przyszłości mogliby sprowadzić na Bochów kłopoty, z widmem bankructwa włącznie. Tak przynajmniej uważał Jean-Francois. Wnuk założyciela firmy nie miał możliwości pokonania Anglików ich własną bronią. Musiałby kierować się polityką przemysłową państwa, a tak wysoko jego ambicje nie sięgały. Miał jednak konkurenta, dla którego zagrożenie z Wysp było tak samo niepokojące.

I tu rozpoczyna się kolejny rozdział w historii firmy. Boch skontaktował się z Nicolasem Villeroy, który również był zorientowanym na eksport producentem ceramiki. Notabene firma Villeroy jako pierwsza zaczęła używać pieca przemysłowego na węgiel do wypalania zastawy. Po burzliwych debatach, które ginęły w oparach tytoniu, rozważeniu wszystkich za i przeciw, w 1836 r. przedsiębiorcy zdecydowali o fuzji. Jakby w nagrodę za ich odwagę 10 lat później firma dostała dar od losu: w Mettlach zostały odkryte starożytne rzymskie mozaiki. Zadanie ich restauracji dostało przedsiębiorstwo Villeroy & Boch. To był moment, kiedy firma, zainspirowana znaleziskiem, zaczęła produkować również kafelki. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Produkcja była względnie tania, co pozwalało klientom zamawiać większe ilości towaru. Efekt? Mogły one zabłysnąć nie tylko w – bądź co bądź skromniejszych pod względem powierzchni – prywatnych domach i pałacach, ale również w sektorze przemysłowym i publicznym. Wiele z podłóg położonych w tamtym czasie przetrwało do dziś i – jak przekonują eksperci – nie straciło nic ze swojego pierwotnego wyglądu. Można się o tym przekonać w teatrze Bolszoj w Moskwie, katedrze w Buenos Aires czy tunelu pod rzeką Hudson w Nowym Jorku.

Królestwo łazienek

Od 1870 r. firma zaczęła zaopatrywać miejskie łaźnie i toalety w łatwe do utrzymania w czystości płytki. Miała więc swój wkład w to, że łazienki stały się standardem również w prywatnych domach. Niecałe trzy dekady później Villeroy & Boch jako pierwszy zaczął przemysłową produkcję sanitariatów.

Wystarczyło trzymać rękę na pulsie i w odpowiednim momencie podjąć właściwą decyzję. Dzięki zastosowanym metodom – wylewaniu płynnej masy ceramicznej do form oraz wykorzystaniu odpornego na działanie wysokiej temperatury szamotu – niedrogie i dobrej jakości toalety trafiały do coraz szerszego grona odbiorców.

Pierwsza wojna światowa zahamowała rozwój. Produkcja została tymczasowo wstrzymana. Co gorsza, koniec wojny nie oznaczał końca kłopotów firmy: fabryki w Kraju Saary, który przypadł Francji, zostały odcięte od niemieckiego rynku. Villeroy & Boch potraktował jednak problem jako zamaskowaną szansę i okazyjnie kupił fabryki ceramiki w Bonn, Torgau i pod Wrocławiem. W efekcie zakłady znad Saary obsługiwały rynek francuski, a nowe – niemiecki. Nabytki przyniosły dodatkową korzyść firmie w postaci ścisłej współpracy z artystami reprezentującymi kierunek Bauhaus. Bo to właśnie Henry van de Velde, który z Walterem Gropiusem założył uczelnię Bauhaus, projektował dla Villeroy & Boch.

Sielanka trwała względnie krótko. Druga wojna światowa oznaczała nowe kłopoty dla firmy. Zakłady na terenie Niemiec zostały w dużym stopniu zniszczone. Te pod Wrocławiem, w Turgau i Dreźnie w dodatku po wojnie uległy znacjonalizowaniu. Z kolei fabryki w Kraju Saary podczas wojny produkowały porcelanowe... miny. Po 1945 r. tereny, na których się znajdowały, trafiły pod administrację Francji i dopiero w 1957 r. zostały zwrócone RFN. Firmie w ciągu zaledwie dwóch lat udało się odbudować pozycję na rynku i spokojnie prosperować aż do lat 70. ub.w. Wówczas Villeroy & Boch – zgodnie z maksymą, że prawdziwa innowacja tworzy popyt – zdecydował się na dokonanie rewolucji. Właśnie w łazienkach.

Mimo że były one standardem niemal w każdym prywatnym domu, to wciąż były ukrytym miejscem służącym wyłącznie do higieny osobistej. Firma postanowiła to zmienić. Dzięki współpracy z projektantem przedmiotów użytkowych, Luigim Colanim, powstał projekt – idea. Łazienka, która niczym tak naprawdę nie różni się od pokoju dziennego, jest pełnoprawną częścią domu, funkcjonalną i estetyczną jednocześnie. Ergonomiczne kształty ceramiki oraz podział przestrzeni na kąpielową i toaletową mają sprzyjać odpoczynkowi oraz służyć regeneracji sił. To był właśnie moment, kiedy firma Villeroy 
& Boch wprowadziła również do łazienek wysokie wzornictwo. Jaka rewolucja nas jeszcze czeka? Tego nie wiemy. Możemy być jednak pewni, że Villeroy & Boch będzie maczał w niej palce.