Fajnie mi się pracuje z Tatą

Działają sobie na nerwy, ale ufają bez granic. Że dzieci nie przyjaźnią się z rodzicami, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu? Bzdura. Ich firmy to spółki: ojców i córek. Oni wywracają oczami, a potem wychwalają swoje wspólniczki.

Pracownia mieści się w piwnicy. Z regałów zwieszają się barwne pióropusze, firmowe metki, dziwaczne plastikowe plecaki. Na ogromnym stole leżą tasiemki, bele materiałów i stare krawieckie nożyce. To pamiątka i narzędzie po babci. W rogu – maszyny do szycia. Na wieszakach dziesiątki ciuchów. Pośrodku, na stole, siedzi roczna Misia. To córka Kariny Wacławik. Tak jak Karina i tak jak wcześniej Cezary, ojciec Kariny, wychowuje się poprzez pracę. Ten armagedon to studio Dad's Studs, zajmującej się recyklingiem i tuningowaniem ubrań vintage, produkcją odzieży i kostiumów scenicznych, a także warsztatami dla fanów ciuchowego recyklingu. Karina i Cezary kochają wolność, modę i życie poza systemem. Są do siebie podobni i większość rzeczy robią wspólnie. W tej rodzinie tak po prostu jest.

– Miałam 17 lat, kiedy po raz pierwszy pracowałam. Z tatą, przy grillu nad Wisłą – mówi Karina. Jej ojciec ma wcześniejsze wspomnienia z pracy. Jedzie w tym wspomnieniu autobusem z Zielonki. Razem z mamą wiozą w torbach ubrania na bazar Różyckiego. Rodzina była lokalnym potentatem. W latach 80. szyli odzież na bazary. Cezary Wacławik w wieku 20 lat miał własną szwalnię, hafciarnię i 20 pracowników. Tak samo jego mama. Wykończyły ich sieciówki. Cezary zajął się branżą gastronomiczną, Karina założyła firmę Hair & Makeup i zaczęła pracować dla telewizji.

Pięć lat temu Karina obejrzała „Seks w wielkim mieście" i zachwyciła ją bransoletka jednej z bohaterek. Z dżinsu, nabijana ćwiekami, nie do kupienia w zwykłym sklepie. Poprosiła ojca, by wykonał taką bransoletkę. Potem bluzę nabijaną ćwiekami. A potem czarny sweter wyszywany skórzanymi krzyżami. W tym swetrze Cezary Wacławik wysłał córkę do centrum miasta i obserwował reakcje. Ludzie tak się za nią oglądali, że uznali oboje: będzie zainteresowanie. Obecnie tuningują ciuchy na zamówienie, wykonują farbowanie tie–dye. Vintage łączy się ze stylem życia – poza systemem. Dlatego każdy produkt jest unikalny. Farbują ręcznie, w ekologicznych barwnikach. Ich klientami są m.in. Zosia Ślotała, Patrycja Markowska, Urszula Dudziak, Kasia Zielińska. Piotr Kubiaczyk z De Mono zamówił u nich pas do gitary. Obsługują głównie gwiazdy, bo te pragną wyglądać inaczej. Ale każdy może kupić ubrania ze strony internetowej.

Pełna zgoda

W Dad's Studs podział obowiązków nie jest klarowny. Zwykle Karina projektuje, a tata szyje. Ale Cezary także ma swój wkład artystyczny. Na przykład pas dla gitarzysty De Mono miał być w beżach i brązach, a on uszył go w czerwieni, bieli i błękicie, bo taką miał wizję. Tego podziału brak dlatego, że oboje mają taki sam system działania: mnóstwo pomysłów i skupienie przy realizacji, lecz brak zdolności organizacyjnych. Dlatego firma nie przynosi jeszcze takich dochodów, jak by sobie życzyli. –  Ale wierzę w nasze powodzenie, jeśli nie w Polsce, to za granicą. Tam w ciągu jednego dnia sprzedaję ubrania za tysiąc dolarów – mówi Karina.

Powszechna wizja rodzinnego biznesu jest taka, że w kryzysowych sytuacjach ludzie skaczą sobie do gardeł. Bo przecież znają się tak dobrze, że nie muszą dbać o konwenanse. U Wacławików najczęstszym zdaniem jest: „Tak uważasz?". Zaraz po: „A ty jak myślisz?". Kłócą się rzadko. – Najczęściej o pieniądze, gdy przychodzi rachunek, a na koncie bieda. Tata narzeka też, że jestem rozkazująca. Ale tato, wiesz przecież, że ja mam tylko taki sposób mówienia – przekonuje Karina. Cezary Wacławik macha ręką: – Akurat.

Pająk i wilk

Klaudia i Tadeusz Ostrowscy kłócą się często. Choć wyglądają jak brat i siostra, są jak yin i yang. Zdanie, które w tym duecie słychać najczęściej, to: „Daj mi skończyć".

Tadeusz lubi czuć, że stoi na bombie atomowej. Ogień, spontan i va banque. Klaudia lubi mieć wszystko zaplanowane, przygotowane, dopieszczone w szczegółach. Ona, kolorowa i etniczna, wygląda jak reklama ich firmy. On – cały na czarno. Ona – absolwentka szkoły charakteryzacji, łódzkiej ASP (projektowanie ubioru) i kulturoznawstwa, przez osiem lat pracowała jako charakteryzatorka w Teatrze Roma. On – były elektronik, a także biznesmen, wytwórca biżuterii, podróżnik. Ona mówi powoli, cicho i spokojnie. On – przez cały czas, co chwila zmieniając temat. Oboje kochają kolory i różnorodność. Ich ubrania to coś pomiędzy Desigualem a Benettonem z czasów reklam Oliviera Toscaniego. Stoi za nimi cała filozofia i właśnie tę filozofię chcą sprzedawać. Zresztą, najpierw była filozofia, potem nazwa, a na koniec produkt. – Pająk i wilk to zwierzęta, których nic nie łączy. Nazwa wypływa z szacunku dla odmienności. Różnorodność to potencjał – tak tłumaczą nazwę swojej marki.

Spider and Wolf nie chcieli startować niszowo, z malutką kolekcją. – Wsadziłem w tę firmę całe oszczędności i zrobiliśmy od razu dużą kolekcję, showroom, pracownię, sklep. To był mądry krok, bo po półtora roku zaczynamy wychodzić na swoje. Planowałem dwa lata, bo to też taka fizyczna granica, ile czasu można pracować na maksa – mówi Tadeusz.

Niezależni

Jednak przez ten rozmach na początku byli wykończeni. Sypiali po trzy godziny na dobę i coraz częściej się kłócili. – Wszystko robiliśmy razem: wyprawy do urzędu, remont pracowni. Traciliśmy przez to mnóstwo czasu, ale za to mieliśmy gwarancję, że jest tak, jak oboje sobie wyobrażaliśmy – mówi Klaudia. – Postawiliśmy wysoko poprzeczkę: krawiectwo i materiały najwyższej jakości, krótkie serie produktów, profesjonalne sesje zdjęciowe. A do tego biurokracja, planowanie, remonty pracowni i sklepu... To był koszmar.

Teraz, po półtora roku, podział zadań jest jasny. Córka odpowiada za stronę artystyczną, a ojciec za biznesową. Czyli każdy zajmuje się tym, w czym ma doświadczenie. I o to najczęściej się kłócą. – Jestem niebiznesowa, nietechnologiczna. Ja coś wymyślę, a tata się głowi, jak to spiąć finansowo. On lubi iść na całość, zaszaleć, a ja jestem bardziej dłubaczem, wolę mieć wszystko zaplanowane. Muszę go gasić – mówi córka.

Tadeusz dodaje: – Super nam się pracuje, bo świetnie się znamy. To nasz atut. Ale też świetnie umiemy się nawzajem wkurzyć. Kiedy się kogoś zna, można go łatwo wyprowadzić z równowagi. Czasem wsadzamy sobie szpile po kręgosłup.

Miłość warunkowa

U Ostrowskich, tak jak i u Wacławików, wychowanie po części odbywało się poprzez pracę:

– Kiedy byłam mała i chciałam sobie coś kupić, tata często zamiast pieniędzy dawał mi zlecenie. Do dziś pamiętam, jak myłam przyczepę. Pół dnia się męczyłam, a on przyszedł i mówi: „Ej, ale to nie jest czysta przyczepa" – opowiada Klaudia. Tadeusz kwituje: – No bo nie była.

Z takich właśnie sytuacji składa się wychowanie. Psychologowie twierdzą, że ojcowie mają ogromny wpływ na córki. Meg Meeker w książce „Mocni ojcowie. Mocne córki. 10 sekretów ojcostwa" pisze, że właśnie od ojca córki uczą się trzeźwej oceny samej siebie, ze wszystkimi swoimi talentami i ograniczeniami, co bardzo pomaga w realizacji planów i nawiązywaniu przyjaźni. Zdaniem psychologów matki kochają bezwarunkowo, a ojcowie warunkowo. Co to oznacza w praktyce? Matka zwykle oceni dokonania dziecka jako wspaniałe. Ojciec powie: To było na 70 proc. twoich możliwości. Ponadto męski zmysł praktyczny pokazuje, jak rozwiązywać problemy. Zwykle matki starają się najpierw problem zrozumieć, ojcowie od razu szukają rozwiązań. I tego właśnie uczą się od nich córki. Tadeusz wspomina: – Dałem jej kiedyś zlecenie, żeby przerobiła rękawy w płaszczach – bo firmę z ciuchami też już wcześniej miałem. Wchodzę do pracowni, a tam Klaudii koleżanki, pracują jak mróweczki. Taka sprytna była, zatrudniła je – opowiada.

Twórczy szewcy

– Nie nazwałbym tego miłością warunkową – zaczyna Janusz Prus. – Ale uważam, że dziś za mocno się dzieci chwali.

Aga Prus wchodzi mu w słowo: – Pamiętam, jak tłumaczył mi matematykę: „I co, trafiło coś pod ten różowy czepeczek?" – przedrzeźnia ojca.

Aga i Janusz, właściciele Pracowni Obuwia Aga Prus, kochają buty. Miłość do butów ich łączy, poza tym funkcjonują niezależnie, także w firmie. Tak twierdzą. Ale na wakacje jeżdżą razem, uprawiają te same sporty. Trudno się z nimi rozmawia, bo po każdym pytaniu przerzucają się docinkami i odpływają w absurdalne skojarzenia. Pytam: – Czy jesteś podobna do taty? Aga: – Tak. Ale i do mamy. Janusz: – A ja jestem podobny do żony. A żona do drugiej córki. Aga: – Wszyscy jesteśmy podobni do siebie, taka rodzina.

Aga jest architektem i graficzką. Janusz Prus technologiem drewna oraz szewcem z ogromnym doświadczeniem. W swoim czasie wykonywał także deski surfingowe oraz buty do jazdy szybkiej na rolkach i łyżwach dla panczenistów. Kilka lat temu postanowili połączyć siły i kontynuować wielopokoleniową szewską tradycję rodzinną w nowej odsłonie. Szwagierka Agi poprosiła, by Janusz Prus zaprojektował jej buty na ślub – nie tylko ładne, ale też wygodne (mimo obcasów). Aga zaczęła doradzać w kwestiach estetycznych. W ten sposób wpadli na pomysł biznesu i odłączyli się od pracowni po dziadku, którą prowadzi wujek Agi. Ich biznes jest unikalny, bo łączą projektowanie z ręcznym wykonaniem. Buty zrobione przez tandem Prusów są dopasowywane do najbardziej wymagających stóp. Mogą zmniejszyć optycznie różnicę, nawet gdy jedna stopa jest większa od drugiej o półtora numeru, dopieścić halluksy czy achillesy. Ale myli się ten, kto sądzi, że to obuwie ortopedyczne. Niedawno Aga Prus została okrzyknięta „nową twarzą" w branży szewskiej, a wydawnictwo Thames 
& Hudson zamieściło zdjęcia ich butów w antologii „Contemporary Footwear by Inspiring Designers" (Współczesne obuwie twórczych projektantów).

Synergia

– W komórce mam ją wpisaną jako „szefowa" – zdradza Janusz Prus. – Cały czas mnie pilnuje.

Aga ripostuje: – Na szczęście widujemy się głównie na spotkaniach z klientami.

Ale tak naprawdę nie ma tu szefów. Każdy ma swoją działkę. Kwestie estetyczne, za które odpowiada Aga, przenikają się z technicznymi, na których zna się tata. To on jest od wszystkiego, co techniczno–konstruktorskie: zdjęcie miary, wykonanie kopyta. Z kolei ona jest od projektowania, logistyki, spraw biurowych, podatkowych, PR.

O co się kłócą? O terminy. Ojciec ma dewizę: co masz zrobić dziś, zrób jutro. A córka zamartwia się, czy zdążą. Czasem oszukuje go, że coś ma być na jutro, chociaż jest na pojutrze. I o buty, oczywiście. Że jeden wydaje się nie do pary. Że obcas jest minimalnie inny. Albo że miało być nowocześnie, a wyszło staromodnie. I trzeba to poprawić, bo klient będzie niezadowolony.

Kiedy jednak przestają żartować, Aga mówi z przekonaniem: – Fajnie jest pracować z ojcem. Mam porównanie, bo dwa dni w tygodniu pracuję dla studia graficznego. Tu czuję się swobodniej, bo wszystko zależy tylko od nas. Poza tym tata ma ogr