Esencja smaku

Mniej znaczy więcej, powiedział kiedyś słynny architekt Ludwig Mies van der Rohe. Ta prosta wypowiedź to najlepsza definicja minimalizmu. Stylu, który wciąż jest dla nas wzorem. Tylko dlaczego niedoścignionym?

Podobają ci się kolekcje szwedzkiej marki COS i oferta japońskiego sklepu Muji, reklamowana jako odtrutka dla zmęczonych wielkimi brandami. Być może kupujesz też proste sprzęty w Ikea. To jednak nie wystarczy, by nazwać cię minimalistą. Bo minimalizm to nie kolejny trend, lecz sposób myślenia. Umiejętność rezygnacji z nadmiaru, z tego, co zbędne. To wolność i świadomy wybór, dzięki któremu zanim kupisz, pomyślisz: po co kolejne krzesło i jeszcze jeden świecznik, jaki to ma sens?

Design bez designu

– Minimalizm jest czymś, co w sobie mamy i co zawsze w nas było – przekonuje Krystyna Łuczak–Surówka, krytyk designu, wykładowca warszawskiej ASP. Wynika z naszej potrzeby porządkowania świata, z naszej natury i upodobań. Znany aforyzm „mniej znaczy więcej", którego autorem jest wybitny architekt Ludwig Mies van der Rohe (1886–1969), to najlepsza definicja takiego stylu życia. Minimalista nie musi mieć, żeby być szczęśliwym. Żyje, jak chce. Zazwyczaj powoli, poświęcając swój czas sprawom, które uważa za ważne. Wszystko inne odrzuca, podobnie jak rzeczy, których nie używa. Konsumpcjonizm to postawa, której nie rozumie. Za to bywa fanem włoskiej kuchni, bo jej dania mają intensywny smak dzięki swojej prostocie i świeżym, naturalnym składnikom. Slow Food, crowdfunding, couchsurfing oraz inne internetowe akcje, np. Humble Bundle (sprzedaż gier, albumów i e–booków z możliwością wyboru ceny przez kupującego), to też propozycje wpisujące się w ten styl życia.

Dobrze, ale skąd on się wziął? Dlaczego Niemiec Van der Rohe, który mieszkał i pracował również w Stanach Zjednoczonych, postawił na ekstremalną prostotę? Jego wille, apartamentowce czy słynne modernistyczne wieżowce w Chicago przybrały najprostsze formy geometryczne. Zamiast zdobień dekorują je konstrukcyjne powtórzenia, które jeszcze dobitniej podkreślają brak ornamentów, harmonię i porządek. Inni współcześni projektanci z upodobaniem parafrazują jego słowa. Dieter Rams, który przez ponad 40 lat współpracował z firmą Braun i zaprojektował setki urządzeń, powtarza: „less but better" (mniej, lecz lepiej). A szwajcarski architekt Peter Zumthor, laureat Nagrody Pritzkera, nazywany „poetą ciszy", uważa, że „dobry design to taki, w którym jest jak najmniej designu".

Duet ascezy z luksusem

Minimalizm sięga korzeniami Dalekiego Wschodu i buddyjskiej filozofii pustki, która otwiera przed doświadczającym jej człowiekiem szeroki wachlarz interpretacji. Wiele produktów oferowanych przez japońską firmę Muji też ma tę zaletę. Uwodzą prostotą i szlachetnym wykonaniem, są ponadczasowe i uniwersalne. Pierwsza nazwa firmy brzmiała: Mujirushi Ryohin, co oznacza: „niemarkowe produkty dobrej jakości". Od początku stawiała na świadome wykorzystywanie materiałów i obniżanie kosztów przez recykling oraz redukcję opakowań. Krótko mówiąc: na przedkładanie oszczędności ponad estetyczną doskonałość.

Ale minimalistycznie nie zawsze znaczy małym kosztem i skromnie. W architekturze czy projektowaniu wnętrz asceza często łączy się z luksusem. Minimalistyczne wnętrze to majstersztyk, w którym nic niczego nie udaje, a wszystko jest perfekcyjne: świetnie zaprojektowane, wykonane z najlepszych (i kosztownych) materiałów. Znaczenie ma każdy szczegół, jedna źle dobrana rzecz potrafi zburzyć harmonię. Meble o prostych geometrycznych kształtach, pozbawione ornamentów i uchwytów, robi się na zamówienie. Wyglądają na proste, są prawie niewidoczne, ale ich zaprojektowanie, a potem wykonanie z użyciem najnowszych technologii to niełatwe zadanie.

Zachwyt nad czystą formą

Minimalizm jest bardzo wymagający, choć operuje prostą formą, kojarzy się ze spokojem, kontemplacją, bezruchem, ciszą. – To nie wszystkim odpowiada, trzeba mieć specyficzną osobowość, by poddać się jego dyktatowi – mówi Łuczak–Surówka. Opowiada o swoim znajomym, którego mieszkanie jest tak minimalistyczne, że robi wrażenie pustego. Człowiek się zastanawia, czy tam w ogóle są jakieś meble. Wszystkie szafy zostały wbudowane w ściany i to w taki sposób, że nikt ich nie zauważa. Pozostałe, nieliczne sprzęty zlewają się z kolorem ścian. A jednak po pierwszym momencie zaskoczenia goście czują się w tym wnętrzu bardzo dobrze. Bo lubią jego właściciela, a ono okazuje się jego odbiciem. Rozglądają się i mówią: „To faktycznie jest on".

Wyobraźmy sobie wnętrze, w którym już niczego nie da się odjąć. Wypełnione gładkimi płaszczyznami, pełne światła, przestrzeni i powietrza, mające w sobie ten rodzaj sterylności, który zaburzy byle drobiazg. To właśnie jest minimalizm. – W czystej formie wprowadza w zachwyt, ale nie często się go spotyka – tłumaczy Łuczak–Surówka. W sztuce projektowania, podobnie jak w życiu, style się mieszają. Wnętrze, które nazywamy minimalistycznym, zwykle jest po prostu nowoczesne. Należy do kogoś, kto ma potrzebę przebywania w wyczyszczonej przestrzeni.

– Zawsze byli ludzie, którzy potrzebowali przestrzeni do myślenia, wypełniali swoje życie faktyczną treścią, a nie zbędnymi przedmiotami czy dekoracjami. Potrafili je odrzucić – mówi Tomek Rygalik, projektant przemysłowy, dyrektor artystyczny marki Paged. Japońska estetyka, minimalistyczny design, który eliminuje wszystko, co zbędne. To oferta właśnie dla nich. Przyznaje, że sam też hołduje tym wartościom. Ma tylko to, czego naprawdę potrzebuje. – Staram się rozważnie podchodzić do zakupów, nie piętrzę góry śmieci za miastem – zapewnia.

Proste dzieło sztuki

Francuska pisarka Dominique Loreau, od lat mieszkająca w Japonii, w bestsellerowej „Sztuce prostoty" tłumaczy Europejczykom, że sztuka japońskiego życia to nie godziny spędzone na misternym układaniu storczyków i żmudnym rolowaniu sushi. Tu chodzi o relaks i siłę, które zdobywamy, kiedy pozbywamy się ze swojego otoczenia niepotrzebnych rzeczy. Zastępujemy je przedmiotami, których forma nie służy jedynie estetycznemu oczyszczeniu przestrzeni, lecz – i to przede wszystkim – ukazuje nowe możliwości.

– Esencja. Przedmiot będący tylko tym, czym ma być, i niczym więcej – do tego projektanci aspirują od zawsze – tłumaczy Rygalik. – Rzeczy, w których wszystko z czegoś wynika, jest uzasadnione konstrukcją, technologią wytwarzania i funkcją. Takie, które się nie puszą, nie kokietują kształtem, kolorem... To dzieła sztuki – dodaje. Niestety, projektanci zbyt często ulegają ciemnej stronie mocy – proponują nie to, co dobre i przydatne, lecz to, co działa na emocje i co ludzie kupują. Przykład? Choćby tzw. ergonomiczna szczoteczka do zębów. Masywna rączka z wybrzuszeniem, wykonana z gumy i plastiku. Moglibyśmy z niej korzystać przez cały dzień, ale zęby myjemy tylko kilka minut. To zupełnie niepotrzebny produkt, który w dodatku nie nadaje się do 
przetworzenia i zanieczyszcza świat. Tymczasem z dziesiątek różnych szczoteczek kupujący przeważnie wybierają właśnie tę. Szkoda.

Więcej za mniej

Zdaniem skandynawskich designerów projektowanie nie powinno polegać na udziwnianiu świata ani na tym, żeby zrobić coś inaczej, tylko na tym, żeby zrobić coś lepiej. W przypadku mebli i form użytkowych są najbliżsi esencji minimalizmu. Doskonale opanowani, stonowani, introwertyczni samotnicy. I pod tym względem trochę podobni do Japończyków sprzed lat, którzy z czasem jednak ulegli konsumpcjonizmowi, pakują sushi w złotą folię i ubierają psy w futerka z norek (gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że część japońskiego społeczeństwa reaguje na to z niesmakiem, a nawet obrzydzeniem). Sprzęty dostępne w Ikea czy meble biurowe Kinnarps bywają bliższe minimalistycznym ideom niż inne rzeczy na rynku w podobnych cenach. Bo minimalizm to nie tylko kwestia prostego kształtu, ale i szacunku dla Ziemi i jej surowców, dla przestrzeni i człowieka. Zgodnie ze słowami amerykańskiego architekta i filozofa Richarda Buckimnstera Fullera: „doing more with less" (robiąc więcej za mniej).

Nigdy nie doszliśmy tak daleko jak Azjaci, którzy właściwie nie korzystają z mebli, nie siadają na krzesłach i nie sypiają w łóżkach. Mimo to, czerpiąc z kojących wpływów kultury japońskiej, zdążyliśmy się przekonać do pustych, otwartych przestrzeni, bez stałych barier i tego, co zbędne. Tradycyjni Japończycy pozostają sprzymierzeńcami minimalizmu, podobnie jak... nowoczesne technologie. Najnowsze sprzęty AGD, które robią wrażenie lśniących czarnych tafli, obsługiwane dotykowo, bez pokręteł i przycisków, pasują do minimalistycznej kuchni jak ulał. Płyty grzewcze, teraz zintegrowane z blatem, też są po prostu szklaną taflą, a delikatny komunikat, który wyświetlają, jest widoczny tylko w chwili gotowania. Urządzenia w kuchni są coraz bardziej skomplikowane technologicznie, coraz prostsze w obsłudze i coraz mniej widoczne. Każdy element jest tam konstruktywny, żaden zbędny. Van der Rohe w dzisiejszej kuchni czułby się jak ryba w wodzie.

Czy Polakom minimalizm się podoba? – Nie zawsze – odpowiada Łuczak–Surówka. Jesteśmy narodem na styku Wschodu i Zachodu, mamy w sobie trochę pragmatyzmu, ale też ciągoty do złota, bogactwa, dekoracji. Pewnie dlatego minimalistyczne rozwiązania szykują się do odwrotu. Przynajmniej u nas. Wolimy dekoracyjność, styl vintage, wracamy do boazerii z lat 70., tapet i ceramicznych płytek z bogatymi wzorami. Znów chcemy szaleć. A raczej niektórzy z nas, bo inni na pewno pozostaną przy produktach, które urzekają prostotą. One nigdy nie wyjdą z mody. Są poza czasem.