Epilog. Kurtyna. Brawa?

Menedżerowie zachodnich spółek nieraz już płacili stanowiskiem za niedociągnięcia i skandale wokół firm. Czasem wystarczyła kontrowersyjna wypowiedź lub decyzja z życia prywatnego. Nad Wisłą szefowie też nie znają dnia ani godziny (choć złośliwi twierdzą, że sezon na zmiany zbiega się w czasie z krajowymi wyborami). Tym większego znaczenia nabierają więc słowa: nieważne, jak prezes zaczyna, ważne, jak kończy.

Komunikat jest zazwyczaj lakoniczny. „Rada nadzorcza Tauron Polska Energia powołała 1 października nowy zarząd". Dalej można się dowiedzieć wyłącznie, jakie są plany nowych menedżerów firmy. Nie inaczej brzmiało to w przypadku PLL LOT – „Uprzejmie informujemy, iż w związku z rezygnacją z dniem dzisiejszym tj. 31 sierpnia 2015 r. Pana Sebastiana Mikosza z funkcji Prezesa Zarządu PLL LOT S.A., Rada Nadzorcza Spółki podjęła decyzję o powierzeniu pełnienia obowiązków Prezesa Zarządu PLL LOT S.A. Panu Marcinowi Celejewskiemu, Członkowi Zarządu ds. Handlowych".

Burza zaczyna się z reguły nieco później. W pierwszym z wymienionych przypadków odwołani menedżerowie postanowili dorzucić kilka słów od siebie. „Dotychczasowy zarząd Tauron Polska Energia był dobrze oceniany przez zewnętrzne otoczenie, w tym przez przedstawicieli rynków finansowych oraz środowisko branżowe" – podkreślali w oświadczeniu przesłanym do mediów. 
– „(...) Członkowie zarządu zwrócili uwagę na duże ryzyko reputacyjne w zakresie postrzegania spółki przez rynki i instytucje finansowe oraz konieczność wzięcia przez radę nadzorczą pełnej odpowiedzialności za obecną i przyszłą kondycję finansową" 
– ostrzegali. Ale i tu nie było słowa o powodach odejścia z firmy.

To, czego nie ma w oficjalnych komunikatach, dopowiedzą eksperci i komentatorzy. 
– Mimo wszystko nie spodziewałem się takiego ruchu. To bardzo zły sygnał – mówił szef KIG Andrzej Arendarski. – Zarząd został ukarany za to, że nie wykonał rozkazu ministra skarbu, a starał się działać w interesie spółki. Z punktu widzenia akcjonariuszy było to działanie wzorowe.

Chodzi, jak spekulowały media i analitycy, o próbę zmuszenia spółek z branży energetycznej do ratowania górnictwa: Tauron, Enea i PGE skłaniano do przejęcia kopalni Brzeszcze. Na warunkach, które z ekonomicznego punktu widzenia były dla kupujących szkodliwe.

Nie inaczej miało być z Sebastianem Mikoszem. Prezes naszego narodowego przewoźnika już drugi raz „boksował się" z rządem i przerośniętą firmą (pierwszy raz w latach 2010–2011). Tym razem wytrwał na stanowisku rok dłużej i mógłby wymachiwać statystykami: w 2013 r. LOT miał 400 mln strat, dwa lata później – niemal 100 mln zysku. Raz jeszcze zredukował zatrudnienie, siatkę połączeń, wydębił w Brukseli zgodę na pomoc publiczną, a w Warszawie – 500 mln rzeczonej pomocy. Koniec końców zrestrukturyzowaną firmą zaczęli się prawdopodobnie interesować inwestorzy.

Ale to już historia. – Nie znam powodu, dla którego pan Mikosz nagle tak energicznie zareagował i złożył swoją rezygnację – kwitowała była szefowa rządu Ewa Kopacz.

Procenty za rezygnację

Łatwo powiedzieć. W warunkach rynkowych los prezesa firmy jest dla akcjonariuszy i klientów jednym z najważniejszych wskaźników jej kondycji. Z nominacjami i dymisjami (choć specjaliści od corporate governance wolą słowo „rezygnacja") nie ma żartów. – Nie znają dnia ani godziny. Codziennie czują się odwoływani. Powodem stresu nie jest dla nich praca, odpowiedzialna i trudna, ale ryzyko jej nagłej utraty – przekonuje Andrzej Nartowski, były prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów i specjalista w zakresie corporate governance. – Nie jest to – jak się uważa – fatum ciążące wyłącznie na menedżerach spółek z udziałem Skarbu Państwa. Prezesi innych spółek także tracą stanowiska nagle i z niewiadomych przyczyn – czasem równie niewiadomych jak przyczyny powołania ich na funkcję. Jak mamy uwierzyć w rynek, w notowane na nim spółki, w sens powierzania im naszych pieniędzy, skoro nominacje menedżerów i ich denominacje spowite są mrocznymi sekretami?

Przesada? Bynajmniej. Odejście prezesa spółki skutkuje spadkiem jej wyceny rynkowej średnio o niemal 4 proc., co można interpretować jako dyskonto z tytułu utraty kluczowej osoby w przedsiębiorstwie 
– oceniają analitycy firmy badawczej KPMG w opublikowanym w maju br. raporcie. Wniosek ten płynie z analizy 50 takich przypadków z ostatnich 10 lat. Wśród nich najboleśniejsze były dobrowolne (przynajmniej pozornie) rezygnacje – takie jak w przypadku Sebastiana Mikosza czy Dariusza Krawczyka. Rozstanie BRE Banku ze Sławomirem Lachowskim odbiło się firmie czkawką w postaci 9–procentowego spadku notowań. Akcje Cyfrowego Polsatu po odejściu Dominika Libickiego poszły w dół o ponad 6 proc., PGE straciło na wartości ok. 4 proc. po odejściu Krzysztofa Kiliana. Z kolei „przesunięcie" wiceprezesa LPP (właściciela m.in. marki Reserved) Dariusza Pachli z zarządu na inne stanowisko w firmie przyniosło 1,5–procentowy spadek notowań (choć Pachla był raczej twarzą firmy niż jej kluczowym menedżerem).

Za poglądy lub kochankę

Ten efekt rezygnacji jest zresztą naturalny. – Przykładowo, gdy w 2010 r. z Hewletta–Packarda odszedł Mark Hard, wartość rynkowa spółki spadła o 9,7 proc. Innym znanym przykładem jest rezygnacja Steve'a Jobsa ze stanowiska dyrektora generalnego Apple w 2011 r., która przełożyła się na spadek kapitalizacji giełdowej przedsiębiorstwa o 5,1 proc., czyli 17,7 mld dol. – przypomina Tomasz Wiśniewski z KPMG.

Wszystko inne jednak różni Polskę od Zachodu. W olbrzymiej większości przypadków powody odejścia prezesów są tam rynkowi i konsumentom jasno tłumaczone.

Martin Winterkorn mógł być sprawnym menedżerem VW, ale ktoś musiał zapłacić głową za wpadkę z testami emisji spalin. Podobnie prezes sieci handlowej Target musiał opuścić stanowisko po tym, gdy hakerzy włamali się na serwery firmy i wyprowadzili z nich dane klientów. W obu przypadkach menedżerowie wzięli na siebie odpowiedzialność za szkodliwe praktyki lub niedopatrzenia, do jakich doszło za ich kadencji.

Oczywiście, zdarzają się też sytuacje, w których wina prezesa bywa czytelna. W Polsce taka historia zdarzyła się w Poznaniu: prezes Term Maltańskich Magdalena Wesołowska musiała dwa lata temu opuścić gabinet wskutek kontroli przeprowadzonej w jej firmie przez właściciela – poznański ratusz. – Wykazała ona szereg nieprawidłowości – podkreślał potem rzecznik władz miasta. – Nie były to działania niezgodne z prawem, ale budziły wątpliwości co do jakości zarządzania miejską spółką, naruszając standardy pracy.
Inna sprawa, że zarzuty wobec szefowej firmy mnożyły się już od dłuższego czasu: zasiadanie we władzach konkurencyjnego przedsiębiorstwa, forsowanie inwestycji niezgodnej z planem zagospodarowania czy zakup luksusowego samochodu w celu m.in. „robienia zakupów" – to posunięcia pani prezes, które media chętnie komentowały. Co nie zmienia faktu, że rezygnując, Wesołowska podkreśliła, że odchodzi „z przyczyn osobistych". 
– Chcę się poświęcić rodzinie – skwitowała.

Z perspektywy zachodnich speców od corporate governance zakup „wypasionego" auta nie ma aż tak wielkiego znaczenia jak kontrowersyjne zachowanie lub poglądy. Boleśnie przekonał się o tym Brendan Eich, prezes Mozilli – firmy odpowiedzialnej za jedną z najpopularniejszych przeglądarek internetowych. Eich musiał odejść, gdy rozeszła się wieść o wsparciu finansowym, jakiego udzielił przeciwnikom małżeństw jednopłciowych. Wpłata – zresztą wysokości ledwie 1000 dol. – odbiła się w sieci szerokim echem (nawet na portalach randkowych) i skutkowała apelami o bojkot przeglądarki. Akcjonariusze uznali więc, że „Eich z wozu, firmie lżej". – Nie zareagowaliśmy tak, jak oczekiwalibyście tego od Mozilli – biła się w piersi Mitchell Baker, współszefowa firmy. – Nie zaangażowaliśmy się wystarczająco szybko w dialog z użytkownikami. Eicha nie uratowała nawet jego legenda: nie tylko współzakładał Mozillę, ale i opracował znany skrypt Java. Jeszcze dalej w egzekwowaniu od menedżerów moralnych zachowań poszła firma Best Buy, w której prezes stracił stanowisko za romans z jedną z podwładnych – rzecz dla rynku kompletnie bez znaczenia.

O zasadności wspomnianych dymisji można by długo dyskutować, co czynią zresztą akademicy zajmujący się corporate governance na zachodnich uczelniach. Ale przynajmniej przyczyny rezygnacji tych menedżerów nie pozostawiały wątpliwości: ze względu na tak czy inaczej postrzegane dobro spółki prezes musiał odejść. Na rodzimym rynku kapitałowym znacznie trudniej o tak jasne postawienie sprawy. Wystarczy wspomnieć ostatnie zamieszanie w Tauronie czy rezygnację Dominika Libickiego (tu zdaniem komentatorów duże znaczenie mógł mieć konflikt tego utalentowanego menedżera z synem właściciela Polsatu Tobiasem Solorzem).

Cywilizowane zasady

Katastrofę, jaką jest odejście zdolnego menedżera, da się stopniowo opanować. Konflikt w spółce jest wczesnym sygnałem nadchodzącej rezygnacji, a wymuszone w ten sposób, rynek przyjmuje znacznie spokojniej – podkreślają eksperci KPMG we wspomnianym raporcie. Inaczej sprawa się ma w dużych i małych firmach giełdowych. W tych pierwszych – mimo wszystko – reakcje są bardziej stonowane, co zapewne wynika z zaufania do rozbudowanych struktur firmy (kontroli operacyjnej) oraz wiary w znalezienie sprawnego następcy wśród pracowników firmy. Dobitnie ilustruje to też statystyka liczby członków zarządu – spółki posiadające jednego lub dwóch członków zarządu odnotowały średnio 6,6–procentowy spadek wyceny rynkowej, podczas gdy w grupie posiadającej od pięciu do siedmiu członków było to zaledwie 0,3 proc. Krótko mówiąc: chcesz zwolnić prezesa 
– zwiększ liczbę członków zarządu.

Nic jednak nie zastąpi cywilizowanych standardów traktowania akcjonariuszy. – Prezes, a wraz z nim zarząd, pracuje do końca kadencji. Przed jej upływem spółka ogłasza, którzy z członków zarządu powiadomili ją o zamiarze nieubiegania się o ponowny wybór. Ustępują na walnym zgromadzeniu. Wcześniej ujawnia się, kto w spółce kogo zastąpi 
– wylicza te cywilizowane zasady Andrzej Nartowski. Jak podkreśla, już w raportach rocznych jest zasygnalizowane, że dany menedżer będzie pełnić funkcję jeszcze przez rok czy dwa, wskazuje się potencjalnego następcę. – Pod pióro cisną się więc słowa: przejrzystość, zaufanie, ciągłość przywództwa – ucina Nartowski. Nic dodać, nic ująć.