Ekologiczny przebój teatralny

Zarabiać na turystach czy ujawnić zatrucie środowiska? Dylemat przedstawiony w znakomitym „Wrogu ludu" Ibsena w reżyserii Jana Klaty idealnie trafia w klimat dzisiejszych debat.

Jan Klata, dyrektor Narodowego Starego Teatru, po otrzymaniu Grand Prix na tegorocznym sierpniowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku za „Króla Leara", sięgnął po napisanego w 1888 r. przez Henryka Ibsena „Wroga ludu". Główną rolę doktora Stockmanna powierzył Juliuszowi Chrząstowskiemu, tegorocznemu laureatowi Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za rolę Orcia w spektaklu „Nie–boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!", również z Narodowego Starego Teatru. Można powiedzieć, że nagrodzeni artyści skumulowali swoje siły, a w rezultacie powstał znakomity spektakl.



Kluczem do sukcesu jest bez wątpienia scena zgromadzenia mieszkańców uzdrowiska wyreżyserowana w stylu dzisiejszych demonstracji lub pielgrzymek. Juliusz Chrząstowski rozpoczyna monolog, błyskotliwie łącząc stylistykę kabaretu, konferansjerki i obywatelskiego wystąpienia. Prowokuje widzów pytaniami, jak czują się w Krakowie, który zarabia na turystach i jest trzecim najbardziej zadymionym miastem Europy. Opowiada anegdotę o tym, że dżihadystów można doprowadzić do samobójstwa, pokazując na tle ich żon nagą europejską piękność. I namawia panie do tego, by nie szczędziły poświęcenia w imię przyszłości Polski i Europy. Z zaskoczenia pyta, czy przyjęlibyśmy uchodźców.



Nagrodą dla energetycznego popisu Chrząstowskiego są gorące brawa widowni. Zbojkotował je na jednym ze spektakli Jan Maria Rokita, ostentacyjnie wychodząc z sali podczas monologu. Aktor ripostował błyskawicznie: „Proszę trzasnąć drzwiami!". 



Chrząstowski zdobywa poparcie widzów, ale jego bohater przegrywa batalię o czyste środowisko. Ściany jego domu pokrywają napisy „Won!", a pod oknami tłum skanduje „Wyp...!". Okazuje się wrogiem ludu. Musi emigrować. 



Atutem sztuki Ibsena jest to, że jak w soczewce skupia wiele problemów współczesnego systemu politycznego, który jest powikłaną grą powiązań. Każdy zależy od każdego i trudno walczyć o prawdę, bo to narusza tabu i interesy poszczególnych grup. Przecież ujawnienie informacji, że woda w uzdrowisku jest zatruta, spowoduje odpływ turystów i utopi miasto pod falą bezrobocia.

Dylematy mają dziennikarze, bo jak pisać prawdę, gdy ich przyszłość zależy od reklam, jakie daje burmistrz? Ostatecznie pensje okazują się ważniejsze od etyki zawodowej.



Doktor Stockmann nie uznaje takich kompromisów. Klata pokazuje go jako posthipisowskiego „freaka", duchowego ojca dzisiejszych wegetarian, ekologów i hipsterów. Scenografka Justyna Łagowska zaprojektowała mieszkanie doktora, inspirując się wyglądem skłotów. Robert Piernikowski idealnie wybrał muzyczną oprawę – reggae, które jest przecież gatunkiem ulubionym przez ludzi myślących o wyzwoleniu, wolności i życiu na łonie przyrody. Znakomite układy choreograficzne stworzył Maćko Prusak. Petra (Monika Frajczyk), miłośniczka ekologii, wegetarianka, wykonuje zwariowany balet z porami.



Całość spektaklu, przede wszystkim zaś interpretacja tekstu przez aktorów, przypomina najlepsze groteskowe realizacje sztuk Witkacego. Mamy też elementy kabaretowe, które uruchamiają żywioł śmiechu. W nienaturalnie poważny sposób wyjawia swoje argumenty przemawiające za ukryciem tajemnicy wodociągu burmistrz. Grający go Radosław Krzyżowski – pozyskany do Starego z Teatru im. Juliusza Słowackiego – wciela się w rolę demagoga doskonałego.



Klimat witkacowskiej groteski, która emanuje również demonicznym złem, daje o sobie znać w scenie z teściem Stockmanna. Morten Kill (Zbigniew Ruciński) wchodzi na scenę w kostiumie skandynawskiego deathmetalowca. Nosi czarny skórzany płaszcz i skrywa twarz za upiornym makijażem. Jego głos wzmocniony koncertowym efektem pogłosu w diaboliczny sposób wypowiada biblijną frazą „Mene. Tekel. Fares", która zapowiada katastrofę.



Jak to bywa w demokracji, szczytne ideały przegrywają z pieniędzmi. Gdy okazuje się, że postulowana przez Stockmanna przebudowa wodociągu zajęłaby dwa lata i pochłonęła gigantyczne kwoty – mieszczanie z obawy o swoją przyszłość, a przecież wbrew dbałości o zdrowie, przechodzą na stronę burmistrza. Mamy kolejny spektakl o tym, że głos większości nie zawsze musi być głosem mądrości.

„Wróg ludu", Henryk Ibsen, reż. Jan Klata, Narodowy Stary Teatr