Efekt Lucyfera

Pewien powszechnie szanowany doktor odkrywa 
w sobie pierwiastek zła i dokonuje czynów, o które nikt 
by go nie podejrzewał. Spokojnie, to tylko opis pewnej powieści sensacyjnej z końca XIX w. Spokojnie? W życiu! 
Dr Jekyll i pan Hyde są w każdym z nas.

Do psychologa zgłosiło się kiedyś małżeństwo z dość nietypowym problemem. On podczas jednej z kłótni pobił ją dotkliwie, choć nigdy wcześniej nie wykazywał najmniejszych oznak agresji. – Mężczyzna był człowiekiem spokojnym, cichym i zrównoważonym 
– wspomina dr Marta Melka–Roszczyk, psychoterapeuta. Podczas rozmowy w gabinecie okazało się jednak, że przez wszystkie lata wspólnego życia jego autorytet mocno cierpiał. – Żona kontrolowała wszystko: budżet domowy, telefon i komputer męża, częstotliwość współżycia oraz spotkania towarzyskie – wylicza Melka–Roszczyk. Kiedy mężczyzna próbował coś zmienić, natychmiast był uciszany. I pewnego dnia, kiedy chciał zapisać się na studia podyplomowe, ale żona mu nie pozwoliła, puściły mu nerwy. Nie wytrzymał, stracił panowanie.

Jego reakcja nie wzięła się znikąd. Poprzedziło ją długotrwałe pomijanie potrzeb, degradowanie autorytetu i inne upokarzające sytuacje. W końcu pokazał więc swoją ciemną stronę, czym, oczywiście, zaskoczył kompletnie swoją drugą połowę. – Każdy człowiek ma w sobie zarówno agresję, jak i łagodność – przyznaje 
Melka–Roszczyk. – Każdy z nas jest skonstruowany z tych samych komponentów, różnią nas proporcje.

Kiedy nad wyraz miła i dobra osoba nagle zareaguje agresją lub złością, wybałuszamy oczy ze zdziwienia. A to nie powinno dziwić. Często dochodzi do takiej sytuacji, gdy pojawiają się „złe wyzwalacze". To np. nagłe poczucie zagrożenia (wtedy możemy reagować impulsywnie), długotrwały stres, traumatyczne przeżycie. I choć są to sytuacje zaliczane do ciężkich zdarzeń, które trwale odznaczają się na naszym zachowaniu, niektóre lżejsze przypadki – kłótnia małżeńska czy konflikt ze współpracownikiem – również mogą ujawnić diabelskie oblicze. – Wszystko zależy od tego, w jakiej sytuacji psychicznej aktualnie jesteśmy i czym konkretnie jest dla nas dane zdarzenie – tłumaczy Melka–Roszczyk. Niekiedy kłótnia rodzinna wybucha na skutek kumulacji wieloletnich pretensji, ogromnego żalu i rozczarowania. Nie jest więc zwykłym nieporozumieniem. Tylko czy każdy z nas jest tykającą bombą z opóźnionym zapłonem?

Zły od urodzenia

Idea o naturalnych złych skłonnościach człowieka od wielu dekad powraca w dyskusjach naukowych. Za jej prekursora uważa się włoskiego psychiatrę Cesare'a Lombrozo (1835–1909) twierdzącego, że istnieją „urodzeni przestępcy", których skłonności są dziedziczne. Były też liczne eksperymenty mające wykazać zasadność tego rodzaju tez. – Pierwszy eksperyment przeprowadził w latach 1961–1962 Stanley Milgram (amerykański psycholog społeczny 
– przyp. red.), wykazując wysoką podatność zwykłych „porządnych" ludzi na wpływ autorytetu, gotowych na okrucieństwo wobec niewinnych ludzi, jeśli tylko uzyskają na to przyzwolenie – mówi Maciej Bennewicz, trener, coach, autor książek, w tym „Zabić coacha. O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce". Drugi eksperyment był z kolei przeprowadzony przez przyjaciela Milgrama, Philipa Zimbardo, amerykańskiego psychologa pochodzenia włoskiego, autora książki „Efekt Lucyfera". Był to eksperyment przeprowadzony w 1971 r. na Uniwersytecie w Stanford w zaaranżowanym więzieniu. – Został on przerwany. Ujawnił sadystyczne skłonności u studentów, którzy odgrywali przydzieloną rolę strażników – zauważa Bennewicz.

W kolejnych latach pojawiły się doniesienia z więzień Abu Ghraib i Guantanamo, gdzie przemoc stała się formą rozrywki dla amerykańskich żołnierzy. – Za postawę Lucyfera nie jest moim zdaniem odpowiedzialna natura, człowiek i jakiś drzemiący w nim „zły duch" – przekonuje Maciej Bennewicz. – To raczej kultura Zachodu, epatująca przemocą i dająca przyzwolenie na zemstę.

Bennewicz mówi tu o mechanizmie, który wyzwala cykl ofiary i sprawcy. Skrzywdzony wcześniej czy później chce zredukować doznane upokorzenie oraz ból. Podejmuje zemstę – z ofiary przeistacza się w sprawcę. Zemsta natomiast często wciąga kolejne, niewinne ofiary, które za jakiś czas mogą stać się kolejnymi sprawcami. Bennewicz wspomina młodą kobietę będącą w konflikcie z partnerem. Wciągała swoje dzieci (lat siedem i dziewięć) do gry prowadzonej z ich ojcem. – Ośmieszała go, ujawniała słabostki, w końcu pokazała dzieciom nagrania pozyskane przez detektywa ze scenami intymnymi z romansu, jaki mąż miał z koleżanką z pracy – zdradza, dodając, że w swojej praktyce terapeuty, coacha i mentora niemal w każdym tygodniu spotyka się z sytuacją, w której „dobry człowiek", mając nawet szczytne intencje, robi coś złego. – Ta kobieta nie zastanawiała się, jak wielki uszczerbek na psychice małych dzieci może wywołać prowadzona przez nią gra z mężem. Chciała go wyłącznie upokorzyć – tłumaczy. Mąż, czując się ofiarą, zmienił się jednak w sprawcę i nie pozostał dłużny – również buntował dzieci przeciwko żonie. W sądzie zaś wyciągał dokumenty świadczące o epizodach depresji kobiety. O tym też nie omieszkał opowiedzieć dzieciom. – Przemoc psychiczna stała się częścią doświadczenia u tych dzieci. Gdy dorosną, ich wzorcem rodziny będzie walka między mężczyzną i kobietą, w której wszystkie chwyty są dozwolone – przestrzega Bennewicz.

Katarzyna Lorek, autorka książek o samorozwoju, m.in. „Pogromca stresów, czyli jak przejąć kontrolę nad własnymi emocjami", zaznacza, że zna sporo osób, które bardziej cenią swoje wartości moralne niż jakiekolwiek inne korzyści. Od razu jednak dodaje, że są to ewenementy w dzisiejszym społeczeństwie. – Większość ludzi jest gotowa sprzedać wszystko: przekonania, wartości moralne, nerki, dziewictwo czy własne dziecko – wylicza. – Wszystko zależy jedynie od stawki i okoliczności.

Lorek zwraca przy tym uwagę, że dużo zależy od otoczenia, w jakim znajduje się człowiek, i towarzystwa, w jakim się obraca. Środowisko w dużym stopniu może nas kształtować i skłaniać do działań, których sami nigdy byśmy nie podjęli.

Środek do celu

W pracy spotkać można wielu „Lucyferów". Wynika to z dodatkowego elementu sprzyjającego agresywnej postawie. – Chodzi o ciągłą rywalizację, obsesję osiągania wyniku, wyjątkowej skuteczności, bycia lepszym – wymienia Maciej Bennewicz. Wszystko to sprawia, że drugi człowiek często postrzegany jest instrumentalnie, jako środek do celu lub zagrożenie – czasem wręcz przeszkoda do ominięcia. Bennewicz wspomina, że w organizacjach, dla których pracował, zachowania raniące i krzywdzące podwładnych niemal zawsze wynikały z trzech czynników. Po pierwsze, pogardliwego stosunku menedżerów stojących wysoko w hierarchii do personelu, po drugie – braku kultury organizacyjnej, która tego rodzaju zachowania potrafiłaby wychwytywać i zmieniać. A trzeci czynnik? Chciwość – tak po prostu, bo ludzie często chcą mieć więcej, i to za wszelką cenę.

– Niektóre firmy wręcz szczycą się – mniej lub bardziej wprost – zarządzaniem przez konflikt, motywacją opartą na „kiju" (stałym zagrożeniem utratą pracy lub przywilejów), a nawet modelem „wyciskania cytryny", kiedy pracownik jest eksploatowany nadmiernie, a potem zwalniany – mówi Bennewicz. Czy więc menedżerowie i szefowie często okazują się despotami? – Wysokie stanowisko to doskonałe narzędzie dla ego – przyznaje Małgorzata Krawczak, certyfikowany coach rozwoju emocjonalnego i trener, współautorka książki „Coaching relacji z sobą i bliskimi". – Szef może rządzić, w zasadzie jest bezkarny i zawsze może się zasłonić niekompetencją podwładnych – dodaje. Krawczak uważa też, że kiedyś nie było tylu „Lucyferów" wśród kadry kierowniczej. Co się zmieniło? Mamy dziś większy dostęp do świata i praw, którymi się ten świat rządzi, a ponadto kiedyś na wysokie stanowisko trzeba było sobie zapracować przede wszystkim doświadczeniem. – Obecnie powoływane są na nie osoby, które mają doskonałe wykształcenie, ale nie mają doświadczenia życiowego – zauważa.

Martin Heidegger, twórca egzystencjalizmu, popierał nazizm, a George Bernard Show, znany pisarz i dramaturg – stalinizm. Pablo Picasso uwiarygodniał rządy komunistyczne w Polsce, a jego życie osobiste obfitowało w rozliczne krzywdy, których był sprawcą. Martin Seligman, twórca psychologii pozytywnej, zasłynął zaś eksperymentami, w których w imię nauki maltretował psy aż do ich śmierci z wycieńczenia". Maciej Bennewicz, trener, autor książki „Zabić coacha. O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce".

Tymi u władzy z reguły są też osoby, w których temperamencie dominuje choleryk. A choleryk ze swej ciemniejszej strony często wyznaje zasadę: nawet jeśli się nie znam, to i tak wiem najlepiej. 
– Taki człowiek mierzy wszystkich swoją miarą. Zakłada, że inni też się nie znają, tylko kamuflują braki – mówi Krawczak. – I żeby nie zdemaskować siebie, choleryk demaskuje innych bez skrupułów.

A co z osobami, które pracują dla szefa despoty? Dlaczego pozwalają się źle traktować? Eksperci uważają, że wynika to z braku pewności siebie i przekonania, że i tak nie mają szansy na to, aby coś zmienić. – Ślepo podporządkowują się więc szefowi i zgadzają na wszystko – mówi Katarzyna Lorek. – Uważają siebie jedynie za pionki w grze. Myślą, że nie biorą odpowiedzialności za nic, bo przecież to ktoś inny podejmuje decyzje.

Znak naszych czasów

Tego typu zachowania, nazywane również znieczulicą, są według ekspertów powiązane z życiem w anonimowym tłumie. – W społecznościach, które się znają, w których żywe są relacje międzyludzkie, częściej zdarzają się zachowania altruistyczne – mówi Maciej Bennewicz. – Bo altruizm wówczas się opłaca, uruchamia regułę wzajemności: jak potraktuję innego człowieka, tak i mnie potraktują, gdy będę w potrzebie.

Tymczasem w społecznościach anonimowych poziom zaufania gwałtownie spada. Wszyscy czują się „demokratycznie równi", lecz podobnie anonimowi i obcy. Ludzie w dużych miastach często nie znają swoich sąsiadów, wracają do blokowiska, do wielkich sypialni i rano wyruszają w tłumie do pracy. – Im więcej jest też podziałów, różnic, braku zaufania, jak we współczesnej Polsce, tym mniejsza skłonność ludzi do podejmowania ryzyka – przyznaje Bennewicz.

W internecie krąży dowcip trafnie obrazujący ten przykry znak naszych czasów: „Widziałem dziś kolesia w kawiarni. Bez telefonu. Bez laptopa. Siedział, gapił się w okno i pił kawę. Jak jakiś psychopata". Jak radzić sobie z wewnętrznym „Lucyferem"? Niezależnie od tego, czy dotyczy znieczulicy na to, co dzieje się wokół nas, zachowywania szefa despoty czy mszczenia się na innych? Pewnym rozwiązaniem jest czerpanie wiedzy z innych kultur. – Są nimi m.in. taoizm i buddyzm, które wskazują, że zło jest skutkiem, a nie przyczyną – radzi Bennewicz. Ale można też prościej, spoglądając na siebie okiem krytyka, jak sugeruje Katarzyna Lorek. – Wystarczy, że nauczymy się myśleć za siebie i brać odpowiedzialność za własne czyny – przekonuje. Bo sztywny kręgosłup nie jest wadą postawy. To stan naszej moralności.