Dzień dobry, sąsiedzie. Jestem Erik. Możesz wydać wszystkie moje pieniądze

Nie uwierzycie, jak wygląda obecnie życie w Norwegii. Spędziłem ostatni weekend w Oslo i nigdzie nie zauważyłem ani jednego paproszka, ani jednego pyłku.

Drogi błyszczały nowością, każda żarówka działała, a ogrodzenia prywatnych parkingów trzymały się prosto niczym salutujący marines. Wszystkie budynki wzbudziły we mnie zachwyt – piękne, o ostrych kształtach, skąpane w niebieskiej poświacie LED–ów.

A przecież był to dopiero początek mojej wizyty. Menadżer hotelu, w którym się zatrzymałem, kojarzył mi się z króliczkiem Duracella. Z uśmiechem podawał drinki, meldował gości i nie potrzebował ani chwili odpoczynku.

Państwowe przedszkola w Norwegii oferują usługi tak wysokiej jakości, że ich prywatne odpowiedniki muszą uciekać się do zupełnie szalonych metod, żeby móc z nimi konkurować. Jedno z nich oferuje jadłospis pełen najbardziej wyszukanych potraw oraz lekcje patroszenia ryb – dla czterolatków.

Szkoły dla starszych dzieci są jeszcze lepsze. Widać to chociażby po tym, że kelnerzy w norweskich restauracjach mówią w czterdziestu trzech językach i wiedzą wszystko na każdy temat. W jednej z knajpek kelnerka tak piękna, że mdlałem od samego patrzenia na nią, pochyliła się w pewnym momencie w moją stronę i zwróciła mi uwagę, że niewłaściwie pojmuję kompetencje parlamentu Irlandii Północnej. Sprawdziłem to później. Miała rację.

System opieki zdrowotnej jest tam tak dobry, że od 1982 roku nie umarł w Norwegii żaden człowiek.

Wszystko to jest możliwe dzięki podatkom. Tu każdy oddaje państwu 102 procent swoich dochodów. Chyba że zarabia więcej niż 300 000 funtów, wtedy musi zapłacić 150 procent. Poza tym towary obciążone są VAT–em, przez co każda rzecz kosztuje milion funtów. Z wyjątkiem samochodów, które kosztują dziesięć milionów funtów.

To dziwne. Socjalizm w wojskowych butach i futrzanych czapach nie działa. Socjalizm w nieskazitelnie białym golfie czyni cuda. Zwłaszcza kiedy napędzany jest ropą. W Norwegii sześćdziesiąt siedem procent udziałów w największym przedsiębiorstwie naftowym posiada państwo.

Stąd właśnie Norwegia czerpie swoje przychody. Do tego trzeba oczywiście doliczyć każdy grosz zarobiony kiedykolwiek przez każdego obywatela, a także dwieście milionów funtów, które wpływają do budżetu, kiedy jakiś turysta kupi sobie piwo. I rachunek się zgadza.

Ale czy powierzylibyście prowadzenie gigantycznej firmy naftowej członkom brytyjskiego parlamentu? Przypuszczam, że nie. To skomplikowany biznes. Oczyszczanie, przesyłanie, negocjowanie, międzynarodowe spotkania. Jak z tym wszystkim miałby poradzić sobie człowiek, który dostał swoją posadę tylko dlatego, że ma ładną fryzurę i przyklejony do twarzy uśmiech?

Jak potem wyrazilibyście swoje rozczarowanie? Czy znalibyście jego nazwisko? Wiedzielibyście, gdzie mieszka?

To jest właśnie wspaniałe w takich małych krajach. W Norwegii istnieją spore szanse, że będziecie chodzić do jednej klasy z premierem i mieszkać obok ministra transportu. Kiedy na drodze, którą codziennie jeździcie, pojawią się wyboje, możecie do niego zapukać i poprosić, żeby coś z tym zrobił. Dzięki temu na norweskich politykach naprawdę można polegać. Wiedzą, że skoro zabrali wam wszystkie wasze pieniądze, muszą je teraz mądrze wydać. Bo w przeciwnym wypadku dźgniecie ich palcem w oko podczas przyszłotygodniowych zakupów w supermarkecie.

Coś takiego jest niemożliwe w kraju o dużej populacji. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w waszym lokalnym supermarkecie nigdy nie spotkacie żadnego posła. Ani gdziekolwiek indziej. Co oznacza, że nasi politycy nigdy was nie poznają. Co z kolei oznacza, że nie będą się przejmować waszymi pieniędzmi. I właśnie dlatego, kiedy wszystko w naszym kraju było państwowe, nic w nim nie działało.

Jedyne osoby, które znamy i którym bylibyśmy gotowi z ufnością powierzyć pieniądze, to członkowie naszej rodziny. Dlatego system norweski nie sprawdzi się w naszym kraju. Bo my, w głębi serca, w ogóle nie chcemy płacić podatków.

Felieton (tu publikowany w skrócie) pochodzi z nowej książki Jeremy'ego Clarksona: „Świat według Clarksona. Tak jak mówiłem..."

© Jeremy Clarkson

Przekład: Michał Strąkow

© Insignis Media, Kraków 2016