Dyskretne przywództwo. Carlo Ancelotti

Zdobywając serca, inspirując umysły, wygrywając mecze.

Obejmując posadę w nowym klubie, w nieznanym sobie kraju, trzeba mieć wśród najbliższych współpracowników osoby, które posłużą za łączników kulturowych z klubem i krajem, do którego trafiłeś. Jak wspomniałem, w Chelsea kimś takim był dla mnie Ray Wilkins. W Realu Madryt miałem Zinedine'a Zidane'a. Trudno przecenić wartość szybkiego oswojenia się z klubową kulturą i strukturą organizacyjną oraz zapoznania się z piłkarzami na wszystkich poziomach i grupach wiekowych. Takie mosty kulturowe mogą w tym wszystkim pomóc. W Realu nakazano mi włączyć do drużyny pięciu piłkarzy z sekcji młodzieżowej. Nie miałem pojęcia o tych chłopakach, za to Zidane wiedział o nich wszystko. Pomogło też to, że Zizou miał doskonały kontakt z prezesem Pérezem.

Doświadczenie nauczyło mnie, żeby nie wykluczać wsparcia ze strony piłkarzy. Kiedy pojawiłem się w Paris Saint–Germain, znalazłem tam Claude'a Makélélé, który właśnie zakończył karierę. Nasze drogi nie skrzyżowały się w Chelsea, ale wiedziałem, kim jest. Claude został moim łącznikiem kulturowym, kluczowym doradcą przede wszystkim w kontaktach z francuskimi piłkarzami, ale i z innymi osobami i narodowościami, z którymi wcześniej nie miałem do czynienia.

W Paryżu dano mi wolną rękę w kwestiach kadrowych. Sprowadziłem więc trenera przygotowania fizycznego, z którym pracowałem w Milanie. Ze Stamford Bridge z kolei zabrałem Paula Clementa i Nicka Broada, wspaniałego młodego człowieka, który pełnił w Chelsea funkcję statystyka i specjalisty do spraw żywienia, a w PSG zajął się zarządzaniem wydajnością. Nick, niestety, zginął w wypadku samochodowym, z czym długo nie mogliśmy się pogodzić.

Staram się traktować członków sztabu szkoleniowego tak samo jak piłkarzy, bo uważam, że mają równie ważny wkład w sukces drużyny. W gruncie rzeczy ze szkoleniowcami mam bliższy kontakt, więc poniekąd łatwiej mi się z nimi przyjaźnić. Na pewno pomaga też to, że nie muszę wybierać, którzy z nich zagrają w danym spotkaniu. W tym sensie każdy z nich zawsze wychodzi w pierwszym składzie.

Dobierając sztab szkoleniowy, podobnie jak piłkarzy i pozostałych pracowników, szukam przede wszystkim osób o odpowiednim charakterze, bo uważam, że od strony fachowej każdy, kto posiada odpowiednie kwalifikacje, sprawdzi się mniej więcej tak samo dobrze. Najważniejsze jest dla mnie, jak już mówiłem, zaufanie. Nie mogę pracować z ludźmi, którzy nie dają mi pewności, że samodzielnie podołają zadaniom, bo staram się jak najmocniej angażować pracowników i w tym celu daję im szerokie uprawnienia. Chcę, żeby szkoleniowcy mogli swobodnie rozmawiać z piłkarzami, czasami też przekazuję przez nich polecenia. W Realu Madryt ważną rolę odegrał Paul Clement, który pomógł Garethowi Bale'owi oswoić się z językiem i kulturą klubu i lepiej ode mnie tłumaczył mu różne rzeczy.

Codziennie ustalamy ze sztabem kształt treningów. Rozmawiamy, organizujemy, wymieniamy się pomysłami. Rozmowy z trenerem przygotowania fizycznego, lekarzem i asystentami często wpływają na moje ostateczne decyzje. Jeśli, przykładowo, postanowimy z Paulem zrobić trening siłowy, trener przygotowania fizycznego może nam zwrócić uwagę, że dajemy piłkarzom za duże albo za małe obciążenie, i doradzić, żebyśmy zrezygnowali z pierwotnego pomysłu. Następnie wywiązuje się dyskusja i wspólnie znajdujemy dobre rozwiązanie.

Każdy, kto chce się sprawnie wkomponować w kulturę nowego klubu, potrzebuje całego szeregu umiejętności – słuchania, uczenia się, adaptacji. Poza tym, jeśli czegoś mnie nauczyła przygoda ze sztabem szkoleniowym Chelsea, to tego, żeby nigdy nie zamykać się na nowe pomysły. Przywódcy nie wolno stać w miejscu – konieczny jest rozwój, postęp.

W Chelsea pojąłem coś jeszcze. Stosowano tam, jak w wielu angielskich klubach, zintegrowane podejście do treningu – fizyczne i techniczne elementy gry ćwiczono razem, opierając się na analizach, danych GPS i innych technologii. W Milanie przyzwyczaiłem się do innej filozofii – rozdzielania treningów kondycyjnych, taktycznych i technicznych. Niezbyt chciałem odchodzić od swojego stylu, ale przemogłem się, żeby nie utrudniać życia piłkarzom. Okazało się to łatwiejsze, niż myślałem. Teraz podoba mi się to podejście i chciałbym przy nim pozostać, lecz wciąż się uczę, więc nie wiadomo, czy tak będzie. Może przejdę na coś innego. Uważam, że każdy może wpaść na wartościowy pomysł – zwierzchnicy, inni trenerzy, mój sztab, piłkarze, a nawet ludzie niezwiązani z piłką. Najważniejsze to mieć kulturę, która pozwala to wykorzystać.

Fragment pochodzi z książki: CARLo ANCELOTTI „DYSKRETNE PRZYWÓDZTWO", wydawnictwo insignis