Domy na wodzie

Mieszkanie, szeregowiec, willa. Balkon, 
podwórko i sąsiedzi za ścianą. 
A gdyby tak przeprowadzić się nad rzekę, 
a stare dobre cztery ściany, podłogę i sufit zastąpić pływającym domem? To nie szaleństwo. Styl życia, popularny nad Loarą, Sekwaną czy Renem, przycumował do brzegów Wisły i Odry.

– To była potrzeba 34–letniego faceta, który razem z rodziną żył w bloku, nie mieszcząc się już w szafach. Jak ja to mówię, „homo blocus", który ma marzenia i cele na miarę pudełka, w którym żyje. Takie jak spłata kredytu. Chciałem zamieszkać w domu, w centrum Wrocławia, aby nie spędzać życia w korkach, dojeżdżając z przedmieść, ale na to trzeba by około 2 mln zł. Zacząłem więc szukać tańszej alternatywy – wspomina Kamil Zaremba, właściciel pierwszego, od powojennych czasów, domu na wodzie w Polsce.

Kiedy osiem lat temu rozglądał się za możliwymi rozwiązaniami, polskie miasta stały odwrócone plecami do rzek. Co najwyżej – służyły do transportu. Nikt nawet nie myślał o zagospodarowaniu ich brzegów. Pomysł wrocławianina o zwodowaniu budynku na Odrze był na tyle abstrakcyjny, że nie mieścił się w normach prawnych i wspólnie z urzędnikami musiał się „uczyć" tematu. Drugie tyle budował z pomocą znajomych konstrukcję ze styropianu i stali opartą na betonowych pływakach. Efekt? 200 m2 powierzchni, na której zmieściły się kuchnia, cztery pokoje, dwie łazienki, salon i taras pokryty trawnikiem z widokiem na most Grunwaldzki. – Z perspektywy czasu sądzę, że nic bym w nim nie zmienił – kiwa głową z zadowoleniem. Ale nic za darmo. Za dzieło swojego życia zapłacił co prawda mniej, niż kosztowałaby „normalna" nieruchomość (chociażby dlatego, że ominęło go kupowanie działki), ale jak podkreśla, i tak nie była to tania inwestycja. – Sądzę, że dla dobrej jakości domu trzeba liczyć około 4 tys. zł za metr kwadratowy, choć wiele zależy od standardu wykonania – wyjaśnia. Swoje doświadczenia z budowy pierwszej konstrukcji wykorzystuje teraz przy kolejnym obiekcie: pływającym Centrum Kultury Odrzańskiej, które tworzy w ramach założonej przez siebie fundacji Onwater. – To taki hołd dla wszystkich, którzy mi pomogli. Oczywiście, mogłem każdego zaprosić na imprezę, ale wolałem zrobić coś dla dzieci, pokazać im pewne wzorce zachowań dotyczące spędzania czasu nad wodą – przekonuje.

Marzenia są zaraźliwe

Przez długi czas pływający dom na Odrze był jedynym w Polsce. Aż do czasu, kiedy życie w zgodzie z naturą zaczęło być w modzie. Z tego powodu ludzie z przepełnionych parków i skwerów zaczęli ciągnąć ku wodzie. Jednocześnie tanie linie lotnicze pozwoliły na masowe odwiedziny na Zachodzie, gdzie wybrzeża rzek i kanałów już od kilkudziesięciu lat tętnią życiem. Na Tamizie, Sekwanie, Renie pływające domy służą zarówno turystom, którzy w tak nietypowy sposób chcą spędzić europejskie wakacje, jak i stałym mieszkańcom, dla których takie lokum ma prestiżowy charakter. Natomiast w Holandii, która w znacznej mierze pokryta jest wodą, to w mniejszym stopniu styl życia (choć podkreśla się ich ekologiczny charakter), a bardziej dostosowanie się do warunków dyktowanych przez naturę. Holendrzy współpracują z nią, sadzając na rzekach specjalne konstrukcje, podobne do tej zbudowanej przez Kamila Zarembę. W razie powodzi unoszą budynek w górę, chroniąc go przed zalaniem. – Jakoś się tak stało, że chyba wszystkich, których zainteresował temat pływających domów, gościłem przy swoim stole w kuchni – śmieje się wrocławianin. Jak twierdzi, zawsze radzi im na początku to samo: żeby się przespali z tematem i wrócili za miesiąc, dwa, kiedy opadnie już ich fascynacja po weekendowych wycieczkach Rainerem do Berlina, Amsterdamu, Londynu czy Paryża. Bo, jak podkreśla, marzenie o życiu na wodzie w Polsce to temat trudny i wymagający żelaznej konsekwencji w działaniu.

Drzwi szeroko otwarte

Na własnej skórze przerabia to właśnie Patryk Paluszek, miejski aktywista i fotograf ze Szczecina. – Jeszcze na studiach dowiedziałem się o holenderskich artystach, którzy zasiedlali opuszczane po wojnie barki, w których mogli tworzyć. Zyskiwali przestrzeń w dobrej lokalizacji, bo w centrum miasta, i godne pozazdroszczenia poczucie wolności 
– opowiada. Plany zamieszkania na Odrze zaczęły się krystalizować na dobre, kiedy razem z partnerką Aleksandrą Słowiak trafili na Alexa Capdevila. Hiszpański architekt nie tylko przekonał ich do mieszkania na wodzie, ale zgodził się również je zaprojektować. Ponieważ własne oszczędności pary nie starczyłyby na realizację celu, postanowili poszukać środków wśród zapaleńców, na platformie Wspieram.to. Udało się z nawiązką. Problemy pojawiły się dopiero na etapie budowy. – Zależało nam na pasywnym standardzie domu, dlatego zdecydowaliśmy się na jego przeprojektowanie. Bryła została ta sama, ale zmieniła się konstrukcja pływaka – z polistyrenu i styropianu na betonowy. Dzięki temu zyskaliśmy stuprocentową odporność na falowanie i większą trwałość obiektu – mówi. Zmiany spowodowały jednak opóźnienie projektu, przez co oficjalne spuszczenie trapu musiało się nieco przesunąć.

Para razem ze swoim kotem zamieszka na Odrze w najbliższe wakacje. Miejsce, jakie wybrali na cumowanie, nie jest przypadkowe. To urokliwe tereny nieopodal wyspy Grodzkiej z widokiem na Łasztownię i Wały Chrobrego. – Mamy tu przepiękne zakątki Odry z rezerwatem przyrody i obszarem Natury 2000 włącznie. Praktycznie kilometr dalej można już spotkać orły bieliki. To niepowtarzalna sprawa. Poza tym jesteśmy na samym wylocie z Berlina na Morze Bałtyckie – zachwala Patryk Paluszek. Ale tej wyjątkowej miejscówki nie chcą mieć na wyłączność. Zamiast zaszyć się w czterech ścianach, planują otworzyć szeroko drzwi dla mieszkańców Szczecina i międzynarodowych twórców. – Nasz dom będzie mekką dla kultury kreatywnej. Dwa razy do roku będziemy zapraszać artystów, którzy stworzą prace zainspirowane tutejszym otoczeniem. Pierwszą z nich ma być Sussane Lorenz z Berlina, znana z projektu basenu na barce w stolicy Niemiec. Oprócz tego miło nam będzie gościć szczecinian zainteresowanych naszym projektem. Nawet jeśli będzie to zwykłe częstowanie kawą. Przestrzeni nam nie zabraknie – zapewnia.

Interes życia

Przez szklaną ścianę woda niemal wlewa się do środka. Ale to tylko złudzenie – dom jest suchy i bezpieczny. Dostać się do niego można pomostem lub bezpośrednio z łódki. – Faktycznie, kiedy mocniej wieje, to trochę buja. Ale ja jestem od lat związany z żeglarstwem, wiec mi to nie przeszkadza, a wręcz sprawia przyjemność. Zresztą to nie jest takie falowanie, żeby można było dostać choroby morskiej – śmieje się Marcin Baranowski, który na jeziorze Jamno mieszka na stałe od 2014 r. 
Na pomysł zbudowania pływającego „kontenera" wpadł jakieś osiem lat temu. – Prowadziłem wówczas klub żeglarski dla najmłodszych. Niestety, nie mieliśmy gdzie z tymi dziećmi się podziać, bo nie było już dla nas miejsca przy brzegu – wspomina. Wówczas razem ze swoim wspólnikiem Maciejem Kuflem zaczęli kombinować, jak obejść problem. Rozwiązanie narzucało się samo. Pomysł obracali w głowie przez trzy lata, zastanawiając się nad konstrukcją, której na zimę nie trzeba będzie wyciągać na ląd, będzie odporna na lód i pochód kry lodowej, a jednocześnie spełni wszystkie warunki całorocznego komfortowego budynku. Z ogrzewaniem i dostępem do ciepłej wody w kranie non stop. Na samym myśleniu się nie skończyło. Prowadzona przez nich firma Optima produkuje elementy żelbetowe. Realizując więc bieżące zamówienia, równocześnie testowali kolejne prototypy. Tak powstały pływaki siatko–betonowe, a wraz z nimi pomysł na nowy biznes. – Pierwszy pływający dom zbudowaliśmy trzy lata temu. W tej chwili w ofercie mamy dziesięć modeli. Najmniejszy ma 15 metrów kwadratowych, na których zmieściliśmy wszystko, co potrzebne jest do normalnego życia dwóm osobom. Jeśli to za mało, są też większe. Nawet stumetrowy obiekt z trzema sypialniami, dwoma salonami, osobną łazienką, prysznicem i 50 metrami tarasu na dachu – wylicza. Można je wynająć, planując pobyt w Mielnie, lub kupić, żeby zwodować w dowolnym miejscu. Cena? Od 100 do 500 tys. zł. – Pierwszy sprzedaliśmy już rok temu. Potem były kolejne. Wszystkie do Polski, pod wynajem w sezonie – wyjaśnia. Czekając na kolejnych nabywców, Marcin Baranowski rozkoszuje się ciszą i spokojem. – Sąsiadów nie mam na razie żadnych. Ale na monotonię nie narzekam. Choć niby mój dom stoi w jednym miejscu, widok za oknem rzadko się powtarza. Mogę ryby z tarasu łowić. A kiedy wracam z pracy, nie muszę nigdzie jechać, żeby się zrelaksować. Właśnie z tego powodu niechętnie stąd wyjeżdżam. Po mieszkaniu na jeziorze nie lubię zbyt długo przebywać w normalnych budynkach – tłumaczy.

Trudny rynek

W Polsce na stałe na wodzie mieszka zaledwie garstka osób. Głównie zasiedlają nieliczne barki. 
– Takich tłumów jak w tym roku jeszcze tutaj nie było – opowiada Jacek Ziółkowski, współwłaściciel Floating Houses System – firmy budującej apartamenty na wodzie. Oprowadza po pokładzie mieszkania, które jest zakotwiczone w warszawskim Porcie Czerniakowskim. – Na pokład weszło ponad 2 tys. zwiedzających targi „Wiatr i Woda 2016". Większość przyprowadziła do nas ciekawość. Wśród nich było też kilku potencjalnych nabywców. Ciągle ktoś się zgłasza. Niedawno była u nas para z Francji, która nie mogła się nadziwić cenie 300 tys. zł za 60 metrów kwadratowych. Dwa razy tyle, gdyby był to obiekt autonomiczny, z własnym zasilaniem i oczyszczalnią – tłumaczy. Jest przekonany, że pomysł połączenia sił z deweloperem Dariuszem Sobeckim i właścicielem firmy budowlanej Marcinem Pacurą musi okazać się sukcesem. – Jeśli nie w Polsce, to za granicą. Francja, Holandia, Rosja... Tam ludzie mają pieniądze. Zanim jednak uderzymy na zagraniczne rynki, musimy zbudować odpowiednią bazę. To specyficzny produkt, który wymaga specjalnego serwisu, w tym zaplecza w postaci możliwości holowania. Pod tym względem nie można mylić go z barką. Różnica jest taka jak między domkiem holenderskim a kamperem. Też da się go przestawić, ale sam nie pływa – wyjaśnia.

Nieco ostrożniej w przyszłość spogląda Dariusz Dołowy z firmy Water Home, która oprócz domów na wodzie oferuje restauracje, hotele i obiekty sportowe na wodzie. – Obecnie to rozwiązanie głównie dla pasjonatów, którzy jak Kamil Zaremba realizują na własną rękę marzenia. Albo dla osób, które mają fantazję i pieniądze, które mogą wyłożyć z kieszeni. Bo dla banków to nadal zbyt szalony pomysł, by zdecydowały się na taką inwestycję przyznać kredyt – mówi. Drugą przeszkodą dla popularyzacji pływających domów są nie do końca komfortowe, z punktu widzenia ich mieszkańców, czasowe umowy na cumowanie w miejscach z infrastrukturą. Przez co nie mają oni pewności, jak długo będą mogli korzystać z dostępu do niezbędnej im wody, prądu czy kanalizacji. Zresztą o odpowiednie miejsca też nie jest wcale łatwo. W Polsce brakuje marin przeznaczonych do cumowania domów na wodzie. – Ale to się powoli zmienia. W Warszawie jest odbudowany Port Czerniakowski, gdzie stoją domy i barki mieszkalne. Są już wdrażane plany rozbudowy Portu Praskiego w Warszawie, gdzie, o ile deweloper podejmie taką decyz