Domowe imperium

Stworzyli nie tylko własny biznes, 
ale cały rynek. Pracują dla siebie i u siebie. 
Ich kapitałem jest pomysł, a miejscem pracy własny dom. Przedstawiamy – homemade.

Na pierwszy rzut oka mieszkanie jak każde inne. Dopiero po chwili widać, że niemal wszędzie rozrzucone są szpulki, włóczki i szydełka, a dodatki – koce, narzuty, poduszki, obrus, łazienkowe kieszonki na kosmetyki, szaliki na wieszaku – wszystko wydziergane na drutach.

To dom Ani. Jeden pokój przeznaczyła na pracownię, ale rzadko udaje się jej tu dłużej posiedzieć. Dzierga wszędzie i w każdej chwili. W domu, w tramwaju, podczas oglądania filmu, przy rozmowie z przyjaciółmi. Do niedawna była brokerem reklamowym. Pracowała w kameralnej firmie i nieźle zarabiała. Jednak atmosfera powoli stawała się mętna, a ona nie czuła się spełniona. Przełom przyszedł, gdy jej mama po ponad 15 latach straciła posadę księgowej. To właśnie ona zaraziła Anię szydełkowaniem. Wtedy postanowiła rzucić pracę i razem z mamą otworzyć domowy biznes. Na drutach są w stanie zrobić wszystko: od czapek i rękawiczek po pufy i zabawki dla dzieci. Tych ostatnich robią najwięcej i one przynoszą największy zysk. Ostatnio ich przytulanki zamówiło Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Musiały wtedy zrobić trzysta Królów Maciusiów różnej wielkości. Na kilka tygodni zamieszkały razem. Wstawały skoro świt, robiły tylko krótkie przerwy na posiłki. Opłaciło się. Zyskały reklamę, pieniądze i wiarę, że idą dobrą drogą. Na szczęście na co dzień jest spokojniej. Pracują na dwa „biura" – każda w swoim mieszkaniu – i ten aspekt cenią sobie najbardziej. – Choć czasem trudno znaleźć równowagę między pracą a czasem wolnym, to cieszę się, że nie muszę wstawać rano i jeździć zatłoczonym metrem – mówi Ania. Swoje prace, podobnie jak wielu domowych wyrobników, sprzedają za pośrednictwem internetu i na różnego rodzaju targach.

Kariera nabiera tempa

W Polsce jeszcze kilka lat temu homemade kojarzony był z domowymi przetworami albo ze skręcaniem długopisów. To pierwsze, robione raczej na własny użytek, nie przynosiło kokosów. To drugie – dawało znikomy zysk. Mało kto przewidywał, że powstanie osobna, prężnie działająca gałąź rynku. Jednymi z ojców tego sukcesu są Patrick Deba i Konrad Ozdowy, pomysłodawcy targów Mustache. – Tego rynku wcześniej nie było. Powstał z całkowitej synergii. My potrzebowaliśmy twórców, a oni potrzebowali nas – tłumaczy Ozdowy.

To właśnie Mustache rozwinął karierę Zosi Różyckiej. Tam sprzedawała swoje pierwsze wypieki. Poznała kilka osób i zaraz wśród właścicieli warszawskich kawiarni rozeszła się plotka, że Zosia piecze dobrze i tanio. Proporcjonalnie do malejącej ilości wolnego czasu rosła liczba zamówień. Dzięki targom mogła zarobić. Poznała też ludzi, którzy otwierali przed nią kolejne drzwi. Na początku jednak nie było łatwo. W nocy piekła ciasta, a rano – deszcz, śnieg czy słońce – wsiadała na rower i jeździła kilkanaście kilometrów z torbą kurierską, rozwożąc wypieki po warszawskich kawiarniach. Gdy dostarczyła już wszystkie, jechała na zajęcia na Akademię Sztuk Pięknych. Wychodząc z uczelni, zahaczała o sklep i wracała do domu robić kolejne zamówienia na następny dzień.

Pomysł zrodził się z nudów. I potrzeby chwili. W pewne wakacje Zosia Różycka nie miała pieniędzy na wyjazd, jej znajomi spędzali upalne lato w górach albo nad wodą. A ona? Postawiła na dość nietypowe miejsce – domową kuchnię. Zaczęła robić ciasta. A że zawsze uwielbiała słodycze i miała dryg artystyczny, to jej wypieki poza smakiem odznaczały się też nieprzeciętną urodą. Swoje wyroby rozdawała rodzinie i znajomym, a ci rozpływali się w zachwytach. Piekła dalej, a przyjaciele zachęcali, żeby swoje umiejętności i zapał przełożyła na zarobki.

Pokaż, co masz

Przez ostatnią edycję Mustache Yard Sale przewinęło się ponad 
35 tys. osób. To mniej więcej tyle, ile obejrzało koncert Madonny na Stadionie Narodowym w Warszawie. Różnica jest taka, że Madonna króluje na scenie od ponad 30 lat, a w Polsce była zaledwie dwa razy. Konrad Ozdowy i Patrick Deba nie wydali żadnego albumu, nie ozłocili ani jednej płyty i są o trzy dekady młodsi od królowej popu. Mustache organizują od ponad siedmiu lat. Zna ich cała Polska.

Zaczęli jeszcze liceum, byli ledwo dorośli. Pierwsze targi zorganizowali w podziemiach Zachęty. W nieistniejącym już dziś klubie Obiekt Znaleziony, w którym dorabiał Patrick. Chcieli zrobić coś innego i nowego. – Po co tworzyć kolejne takie same imprezy? Chcieliśmy promować ludzi podobnych do siebie, niezależnych, którzy robią niestandardowe rzeczy – opowiada Konrad. Znali właściciela klubu i kilka osób, które w domowych pieleszach robiły miłe dla oka przedmioty. Skrzyknęli około 15 wystawców, swoje wydarzenie promowali drogą pantoflową, na plakatach i w internecie. Efekt przeszedł ich oczekiwania. Wejście do klubu się zakorkowało! Choć działali wtedy całkowicie pro publico bono, to szybko nabrali wiatru w żagle. Z edycji na edycję tragi odwiedzało coraz więcej osób, a oni potrzebowali coraz większego metrażu. Na studiach musieli podjąć decyzję: angażują się na 100 proc. w Mustache czy każdy idzie własną drogą? Wybrali Mustache. Dziś wiedzą, że to była słuszna decyzja.

Każdy wygrywa

W 2015 r. odbyło się sześć edycji Mustache Yard Sale – w Warszawie, Katowicach, Poznaniu i Płocku. Teraz Konrad i Patrick zamierzają zdobyć szturmem jeszcze Trójmiasto i Wrocław. Stołeczne targi są największe 
– w samym sercu Polski, w centrum miasta i z największą frekwencją. Choć próbowali w wielu miejscach, to dziś już żaden z warszawskich klubów nie byłby w stanie ich pomieścić. Ostatnią deską ratunku był Pałac Kultury i Nauki. Obecnie dwa razy do roku na 8 tys. mkw skupiają 400 stoisk. Przez jeden weekend można tam kupić wszystko – ubrania, dodatki, meble, jedzenie czy nawet zrobić tatuaż. Wielu domowych artystów i wyrobników dzięki nim rozwinęło swoje biznesy. Rzucili domowe maszyny do szycia i ręczne malowanie na rzecz profesjonalnych szwalni i drukarni, a w czterech ścianach jedynie kierują swoją firmą. Ale nie wszyscy. Wielu wciąż wierzy jedynie własnym umiejętnościom.

Jedną z takich osób jest Kamila Dzieżyc, lepiej znana jako Pani–Ka. Robi biżuterię, ma własny styl, nie do podrobienia. Jej ozdoby są połączeniem formy z artyzmem – subtelne, ale przyciągają uwagę. Tworzy – projektuje i wykonuje – w domu, bo właśnie tam najłatwiej jest się jej skupić. 
– Cenię komfort projektowania, własną przestrzeń i pracę na takich warunkach, jakie pozwalają mi wydobyć jak najwięcej ze swojej wyobraźni. Dlatego w domu jednym z pierwszych urządzonych przez nas pomieszczeń była pracownia – duża, dobrze oświetlona i z widokiem na ogród, a dalej las – opowiada. Kamila sprzedaje swoją biżuterię w Galerii Yes w Poznaniu, na targach Idea Fix w Krakowie oraz FU–KU we Wrocławiu, a także w sieci poprzez własną stronę i portale (m.in. Pakamera, Showroom, Mustache).

Wirtualny świat jest w stanie pomieścić o wiele więcej niż stacjonarne targi, ale i tam nie może trafić każdy. – Staramy się wybierać rzeczy oryginalne i niepowtarzalne – tłumaczy Konrad Ozdowy. Wśród kilkuset zgłoszeń, jakie napływają do Mustache.pl, prawdziwe perełki wybiera grupa specjalnych accountów, która zajmuje się nowymi klientami. Produkt ma być przede wszystkim unikatowy, nie musi być modny. Mniej wymagająca jest DaWanda, ale i tam są ograniczenia dla nowych sprzedawców. – Każdy butik jest przez nas weryfikowany, zanim zostanie aktywowany i widoczny dla klientów. Zwracamy uwagę m.in. na wykonanie produktu. Jakość zdjęć jest równie ważna. Wiemy, że nawet najlepszy produkt może nie zainteresować kupującego, jeśli nie jest odpowiednio wyeksponowany. Jeśli ktoś nie wie, jak poprawnie wykonać zdjęcia produktowe, dzielimy się z nim naszymi wskazówkami 
– tłumaczy Michał Gębala, szef DaWanda Polska.

Oczywiście nie ma nic za darmo. Sprzedawcy nie płacą z góry za ogłoszenie na platformie pośredniczącej, ale odprowadzają prowizje. A te bywają różne... Najmniej, bo tylko 10 proc. od każdego sprzedanego produktu, liczy sobie DaWanda. Mustache pobiera trzy razy więcej – 30 proc., Showroom – 40 proc. Wystawcy nie czują się urażeni. – Kiedy jest się częścią takiej machiny, od środka najlepiej widać, jak wielki jest to projekt i jak wiele kosztów generuje. W tej branży taka inwestycja jest niezbędna – przekonuje Kamila Dzieżyc. Coś za coś, bo owszem, prowizja bywa spora, ale jednak reklama i wsparcie promocyjne gwarantowane przez pośredników jest nieocenione. – Reklamujemy samych siebie naszymi projektantami – tłumaczy Konrad, współzałożyciel Mustache. Rozumie bezpośrednią zależność w tym biznesie. – Jeżeli im się uda, to nam się uda – podsumowuje. Podobnie działa DaWanda. – W zamian za prowizję sprzedawca otrzymuje zaplecze techniczne. Nie trzeba inwestować we własny sklep internetowy, co już jest sporą oszczędnością. Dodatkowo mocno inwestujemy w online marketing, by jak najwięcej użytkowników miało szansę zapoznać się z ofertą naszych sprzedawców. Do tego dochodzą działania PR–owe. Dajemy również możliwość sprzedaży na zagranicznych platformach. Na samej niemieckiej DaWandzie jest w tej chwili ok. 4,5 mln produktów, a do tego dochodzą jeszcze platformy z Hiszpanii, Włoch, Holandii, Francji i Anglii. Wystarczy wprowadzić tłumaczenie opisu sklepu i produktów np. na język hiszpański, by dany butik był widoczny na hiszpańskiej DaWandzie – mówi Gębala.

Miejsce na targach też kosztuje niemało. Ale to akurat zrozumiałe, bo choć Ozdowy nie zdradza dokładnej ceny wynajmu przestrzeni w Pałacu Kultury, to w grę wchodzi nawet kilkaset tysięcy złotych. Za średniej wielkości stoisko (2–3 mkw.) wystawca musi zapłacić przynajmniej 1 tys. zł.

Pośrednicy ustalają z góry prowizję i cenę stoiska handlowego, ale nie mają żadnego wpływu, za ile wystawcy sprzedają swoje produkty. Na Mustache.pl najdroższa rzecz – biurko – kosztuje 6,5 tys. zł, najtańsza – herbata z zabawną zawieszką – 4 zł. Jak w każdym biznesie – popyt reguluje podaż. Jeśli coś jest warte swojej ceny –  klient zapłaci, jeśli sprzedawca zawyża cenę – nie przetrwa.

Nie uciekniesz

Dzięki platformom internetowym i targom rękodzieła wielu mogło, a nawet musiało, wyjść z domu. Tak właśnie było z Zosią Różycką. Zamówień było coraz więcej, a kawalerka w centrum Warszawy wciąż tak samo mała. Siostra zachęciła ją do ubiegania się o dotację dla przedsiębiorczych kobiet z województwa mazowieckiego. Udało się, dostała 40 tys. zł. Wynajęła profesjonalne pomieszczenie. Dziś robi ciasta i torty na zamówienie dla kilkunastu warszawskich kawiarni i niezliczonej rzeszy klientów indywidualnych. Pomaga jej rodzina i przyjaciółka. Jeden biznes – pieczenie ciast – przeniosła kilkaset metrów od domu, drugi zostawiła na miejscu. Poza wypiekami Zosia rysuje. Na zamówienie ręcznie tworzy restauracyjne menu i grafiki. Jej pracownia mieści się tym samym pokoju, gdzie śpi i zaprasza znajomych. Na białych ścianach wiszą projekty i