Dokąd idziesz, Adelo...

Nie podoba mi się nowa płyta Adele. I nie jest to dziennikarskie czepianie się czy chęć bycia w kontrze do zachwyconych odbiorców, ale wyraz troski i obawy o przyszłość artystyczną wielkiego talentu.

Kiedy parę lat temu usłyszałem utwór „Chasing Pavement" z debiutu o tytule „19", ta młodziutka brytyjska wokalistka, absolwentka świetnej BRIT School for Performing Art and Technology, którą ukończyły też m.in. Amy Winehouse i Katie Melua, natychmiast zwróciła moją uwagę niesamowitym mocnym głosem, szczerością i bezpretensjonalnością. Dwa lata później album „21" z takimi turboprzebojami jak „Rolling in the Deep" czy „Rumor Has it" zasłużenie uczynił z Adele Adkins gwiazdę o międzynarodowej sławie uwielbianą przez krytyków i publiczność, na co sobie w pełni zasłużyła.

W międzyczasie przeistoczyła się z żaby w księżniczkę, stała się – na szczęście – bezskandalową celebrytką, zarobiła miliony funtów, odebrała nagrodę Grammy i Oscara za rewelacyjną piosenkę „Skyfall" do filmu o przygodach Jamesa Bonda o tym samym tytule i zamilkła na cztery lata.

Cały świat, jak się okazało, czekał na jej nowy album, który oczywiście stał się natychmiast bestsellerem sprzedażowym, a liczba internetowych odtworzeń pierwszego singla „Hello" w ciągu kilku dni po premierze przekroczyła 400 mln.

Sukces bezdyskusyjny, fani zachwyceni, ale płyta „25" niestety rozczarowuje i zawodzi. Być może sprawiła to presja na nagranie lepszego albumu od poprzednich, zbyt duża liczba producentów lub po prostu wyczerpanie formuły.

Oczywiście Adele śpiewa nadal fantastycznie, nagrania brzmią potężnie i zrealizowane są z rozmachem, ale coś nie działa. Po monumentalnym, ale jakby oczywistym i bezpiecznym singlowym „Hello" artystka flirtuje z tanecznymi klimatami „Send My Love (To Your New Lover)", które jako żywo przypomina dziesiątki podobnych produkcji z Nowozelandką Lorde na czele, co kompletnie nie przekonuje i po prostu do Adele nie pasuje.

No a dalej mamy praktycznie zestaw ballad – a to z gitarą, a to z fortepianem, ze spokojnym bądź dramatycznym wokalem, i piosenki z nieznośnymi odniesieniami do najbardziej według mnie nudnego okresu muzycznego z lat 80., i to nie tego noworomantycznego czy nowofalowego, ale popowych, pełnych patosu miałkich produkcji w stylu Bruce Hornsby and the Range, casus utworu „Water Under the Bridge".

Tak jak jeszcze inspirację Lionelem Ritchie uważam za udaną, tak klimaty w stylu Phila Collinsa wywołują moją irytację i niechęć. Nie tego spodziewałem się po tak utalentowanej wokalistce.

Płyta jest jakby wykalkulowana, męczy patosem, i mimo tekstowych emocji spiętrzonych na wysokość wodospadu Niagara i takiejż interpretacji wieje z niej chłodem, brakuje jej świeżości debiutu, siły poprzedniego albumu i elementu ryzyka artystycznego, na które przy swojej pozycji Adele mogła sobie pozwolić.

No i jeszcze jedna rzecz, nie wierzę 27–latce, która śpiewa o tym, jak to kiedyś była młoda i jak tęskni za przeszłością „When We Were Young" czy „Milion Years Ago". Wyczuwam tu jakiś fałsz, a efekt jest groteskowy. Aż strach pomyśleć, o czym będzie śpiewała np. na płycie o tytułach, jak mniemam, „29" czy wręcz „35".

Ale te wszystkie uwagi nie mają najmniejszego znaczenia. Oto jest kolejny album mainstreamowej wielkiej gwiazdy będącej antidotum na szereg wulgarnych i tandetnych produktów zalewających listy przebojów. Radia będą ją grały, a miliony domorosłych wokalistów będą śpiewały „Hello" we wszystkich programach telewizyjnych z cyklu talent show czy innych Voice of coś tam. Ja wrócę jednak do ukochanej „Chasing Pavements" z pierwszej płyty. Ta piosenka ukazała się raptem siedem lat temu, ale z dzisiejszej perspektywy Adele nagrała ten utwór chyba naprawdę „Million Years Ago".

„25", Adele