Do trzech razy sztuka?

Lana Del Rey to jedna z najbardziej intrygujących, a jednocześnie najbardziej sztucznych i całkowicie wymyślonych postaci współczesnego show–biznesu.

Nie znaczy to jednak, że oferowany produkt jest zły – wręcz przeciwnie. Jej twórczość – utrzymana w dość spójnej stylistyce retro lat 50. i 60., umiejętnie grająca z symbolami tamtej epoki – sprawiła, że piosenkarka zdobyła międzynarodową sławę i popularność. Już sam pseudonim artystki jest zgrabną grą z konwencją: pierwszy człon to imię sławnej hollywoodzkiej gwiazdy Lany Turner, druga część to nazwa modelu samochodu Ford Del Rey, będącego repliką klasycznego modelu z lat 60., produkowanego na rynek brazylijski prawie 30 lat później.

Prawdziwe zamieszanie wokół Lany rozpętało się po premierze pierwszej studyjnej płyty „Born to Die" w 2012 r. Poprzedni, wydany pod pseudonimem Lizzy Grant, praktycznie nie zalicza się do dyskografii, a Elizabeth Grant, bo tak się naprawdę nazywa, odradza się ponownie, tym razem już jako tajemnicza Lana Del Rey.

Album utrzymany w klimacie indie popu z domieszką klimatów retro i zawierający takie hity jak „Video Games", tytułowy „Born to Die" czy „Blue Jeans", pokrył się platyną w wielu państwach na całym świecie. Specyficzny, niski głos wokalistki, nie zawsze udanie brzmiący na żywo, w połączeniu z filmowym, lekko zadymionym, popowo–psychodelicznym brzmieniem staje się jej cechą charakterystyczną.

Druga płyta, zatytułowana „Ultraviolence", ukazała się latem 2014 r. Kompozycje stały się trochę mroczniejsze i obok retro popu i melancholii pojawiły się też elementy wręcz rockowe. I mimo że krążek nie zachwycił tak jak debiut, umocnił pozycję artystki, a piosenki Lany pojawiły się w filmach: głośnej ekranizacji „Wielkiego Gatsby'ego" z Leonardem DiCaprio autorstwa Baza Luhrmanna i w ostatnim filmie Tima Burtona „Wielkie oczy".

Najnowszy, trzeci album, zatytułowany „Honeymoon", który ukazał się jesienią, jest bez wątpienia najlepszym w dorobku artystki i chociaż wcześniej patrzyłem na jej twórczość z zawodową ciekawością, ale dość sceptycznie, teraz muszę przyznać, że ten melancholijnie rozmarzony, leniwy, retro dream baroque pop zaczął na mnie w końcu działać.

Pełno tu cytatów z filmowych krajobrazów Ennia Morriconego czy podskórnego, niepokojącego klimatu Davida Lyncha. Zwielokrotniona wokalnie Lana delikatnie śpiewa, melancholijnie szepcze, mruczy i wzdycha, niespieszne gitary i smyczki grają z dużym pogłosem, smutne syntezatory snują tło melodii, a perkusja subtelnie nadaje rytm. W teledyskach towarzyszących nowej płycie zawsze wydekoltowana lub w prześwitujących peniuarach zamyślona Lana, półleżąc na szezlongu, przygląda się atrakcyjnym młodzieńcom grającym w piłkę lub samotnie przechadza się po pustej nadmorskiej willi śledzona przez helikopter paparazzich. Ślizga się to oczywiście na granicy kiczu i wypreparowanej perwersji, ale przykuwa oko i ucho atrakcyjnymi obrazami i nastrojowymi, naprawdę świetnymi kompozycjami.

Album otrzymał dobre recenzje światowej krytyki i ja też jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczony. Polecam szczególnie utwory „Music to Watch Boys to", „High By the Beach", zaśpiewany po włosku „Salvatore" i chyba ostatnio najczęściej wykorzystywany cover Niny Simone „Don't Let Me Be Misunderstood", co było dość odważnym posunięciem, ale porażki nie ma. Uległem Lanie i słucham tego albumu częściej, niżbym się spodziewał. To rzeczywiście udany miesiąc miodowy. Zastanawiam się tylko, jak długo on potrwa i co dalej, bo nawet najsłodszy honeymoon może w końcu zmęczyć i znużyć. Ale to pytanie Lana i jej stały producent Rick Nowell oraz zauroczona ponownie publiczność zadadzą sobie pewnie dopiero za dwa lata.

„Honeymoon", Lana del Rey