Do maksimum. W świecie ludzi ultra

Taki aerobik na przykład. Raz, dwa. Rączka, nóżka. I te wszystkie ćwiczenia w grupie. Żadnego indywidualizmu – mówią z ledwo skrywaną niechęcią. Bo oni wolą się zajechać. Pokonują coraz dłuższe dystanse, podejmują coraz bardziej ryzykowne wyzwania, walczą z hipotermią, zmagają się z żywiołem. Tacy są ultrasportowcy, którzy w swoich wyczynach nieustannie przesuwają granice ludzkich możliwości.

Gdyby nie ucieczka z Alcatraz, nie wiadomo, jak wyglądałoby życie Patti Bauernfeind. Od bezpiecznego brzegu San Francisco dzieliły ją tylko 2 km, ale rzucenie się ze skalistego wybrzeża Wyspy Pelikanów w zimne fale zatoki wymagało hartu ducha. Woda była mętna i nic nie można było dostrzec pod powierzchnią. Mieszkańcy okolicznych miasteczek doskonale jednak wiedzieli, że gdzieś tam, w głębi, są rekiny. Kilkadziesiąt różnych gatunków rekinów!

Uciec z niesławnego zakładu karnego próbowało 14 więźniów. Żaden ze śmiałków nie przeżył próby, choć do tej pory krążą legendy o parze uciekinierów, którzy poradzili sobie ze zdradliwymi morskimi prądami i szczęśliwie dobili do miejskiego molo. Potem mieli czmychnąć do Meksyku, by przez kolejne lata popijać tequilę, siedząc na rozgrzanej tropikalnym słońcem plaży. Cieszące się złą sławą więzienie, zwane Twierdzą lub Skałą, zostawili za sobą.

Ucieczka z Alcatraz, dużo później, bo już w XXI w., udała się także Patti. Więzienie, które funkcjonowało na początku zeszłego stulecia i w którym znaleźli się tacy słynni kryminaliści jak Al Capone, straciło swoją mroczną aurę. Nie tylko dla niej. Od lat regularnie organizowane są zawody, podczas których dziesiątki uczestników pokonują dwukilometrowy dystans. Zuchwałych, którzy robią to dla sprawdzenia siebie, a nie po to – jak niegdyś – by odzyskać wolność, jest z roku na rok więcej. Dla niektórych przepłynięcie tego ryzykownego odcinka Zatoki San Francisco staje się doroczną tradycją. Od wrażeń związanych z tą przygodą uzależniła się także Patti Bauernfeind. – To było fantastyczne doświadczenie – Amerykanka uśmiecha się szeroko. – Wcześniej pływałam, startowałam w zawodach, ale to było coś wyjątkowego! Płynęłam i chłonęłam to przeżycie każdą komórką ciała. Okazało się, że to był dopiero początek.

I tak w nieprzyjaznych wodach zatoki narodziła się Patti jako pływaczka ultra. Pokonująca coraz dłuższe dystanse, podejmująca coraz bardziej ryzykowne wyzwania, walcząca z hipotermią, zmagająca się z żywiołem, wirami, przypływami i odpływami.

Tacy bowiem są ultrasportowcy, którzy w swoich wyczynach nieustannie przesuwają granice ludzkich możliwości.

Nie moja bajka

Gosia Szydłowska, zanim stała się jedną z najbardziej obiecujących polskich ultrabiegaczek, drogi i szlaki przemierzała nie tyle na własnych nogach, ile na grzbiecie ulubionego konia. – 15 lat wyczynowego jeździectwa, a jednocześnie 15 lat prawdziwej pasji. W każdy dzień wliczony był jeśli nie trening, to choćby wizyta w stadninie. Rano do szkoły, ze szkoły do stajni, wieczorem do domu – wspomina. – A potem niefortunny zbieg okoliczności: kontuzja konia, mój wypadek podczas jazdy, coraz trudniejsza w związku z tym organizacja treningów i wreszcie pytanie: co dalej.

Pytanie, na które początkowo nie było łatwej odpowiedzi, bo po jeździectwie została w życiu Gosi potężna wyrwa. Tę pustkę próbowała wypełnić innymi rodzajami aktywności. Początkowe wybory okazały się nietrafione. – Taki aerobik na przykład. Raz, dwa. Rączka, nóżka. Zupełnie nie moja bajka. Ja lubię się zajechać – marszczy się Gosia. – I te wszystkie ćwiczenia w grupie. Żadnego indywidualizmu. Wolę działać na własny rachunek. I mieć świadomość, że wszystko, co wypracuję, zarówno porażki, jak i zwycięstwa, idą na moje konto. Wtedy pojawiło się bieganie. Wystarczyło włożyć wysłużone buty i ruszyć przed siebie. I biec. Kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów. Do upadłego. Tak jak do upadłego biegają od tysięcy lat Indianie Tarahumara z meksykańskiego stanu Chihuahua. Niegdyś swoją niezwykłą wytrzymałość biegową wykorzystywali w tradycyjnym sposobie polowania, gdzie tropiono i goniono zwierzynę tak długo, aż padła z wyczerpania. Teraz, już wyłącznie dla przyjemności, organizują zawody w biegach na 100, 200 czy 300 km, w których startują zawodnicy z całego świata. Dla zwolenników ultramaratonów wytrzymałość Tarahumara jest dowodem na ogromne i niewykorzystane pokłady energii, drzemiące w człowieku. Antropolodzy wskazują z kolei na styl życia naszych praprzodków na równinach i stepach Ameryki Północnej i Południowej oraz Azji, kiedy to – by zapewnić sobie pożywienie – podążano za stadami karibu czy mamutami. Ultrabieganie ludzkość wydaje się zatem mieć zapisane w DNA. Gosia Szydłowska zaczęła ów „ultragen" uaktywniać.

Mikael Ottosson odkąd sięga pamięcią, nie pamięta czasu, kiedy sport nie był ważną częścią jego codzienności. Już w wieku czterech lat grał w tenisa, jeździł na nartach i zaczynał żeglować. – Do treningów podchodziłem bardzo poważnie. Można powiedzieć, że ultrapoważnie – uśmiecha się Szwed. – Pewnie bierze się to stąd, że nie potrafię robić nic na pół gwizdka, angażować się tylko częściowo. Jeśli już biorę się do czegoś, to robię to na 100 proc. z okładem.

I tak mały Mikael w szkole zaczepiał starszych, którzy mogli się pochwalić jakimiś osiągnięciami sportowymi, prosząc o zdradzenie tajników skutecznego treningu i męcząc pytaniami, co zrobić, żeby stać się szybszym i silniejszym. A po lekcjach wracał do domu, chwytał sprzęt narciarski i ruszał na lokalną górkę. Wyciąg już nie chodził, ale chłopakowi to nie przeszkadzało. Z nartami na ramieniu podchodził na sam szczyt i zjeżdżał, pamiętając o wszystkich uwagach trenera. Podchodził i zjeżdżał. Aż zapadał zmrok i trzeba było zostawić stok i wracać. Mijał sezon za sezonem, skandynawskie ośrodki narciarskie zostały zamienione na górskie zbocza w górach Ameryki Północnej, w kolekcji pojawiały się kolejne medale. Frajda ze zjazdów była niezmiennie ta sama. I tak by zostało, gdyby nie stanowcze stanowisko zaprzyjaźnionego ortopedy, który zabronił drastycznego obciążania kolan. Tłumaczył, że stawy kolanowe Mikaela wyglądają jak u 80–letniego staruszka. Wszystko wskazywało na definitywny koniec śnieżnych szaleństw. Mikael nie zamierzał się jednak podać. Zaczął jeździć na rowerze. Początkowo głównie dlatego, żeby trenować nogi, nie obarczając nadmiernie kolan. – Szybko się to zmieniło – opowiada. – Rowerowe przejażdżki stawały się coraz dłuższe i dłuższe.

Coraz bardziej dalekosiężne stawały się także cele. Pierwsze 100 km. Potem podwojenie dystansu. Wreszcie plany przejechania trzech setek kilometrów. Niepostrzeżenie dla siebie samego szwedzki narciarz trafił do ekskluzywnego grona ultrakolarzy.

Magdalena Talarczyk nie do końca czuje się sportowcem ultra, choć przeciera szlaki polskim strongwoman i przesuwa granice kobiecych możliwości w sportach siłowych. Jest ambitna, zdeterminowana i podczas zawodów walczy jak lwica. Jest świetna w przeciąganiu pałki. Tzw. mas wrestling to dyscyplina tradycyjnie uprawiana przez ludy syberyjskiej Jakucji, a od ponad dekady figurująca w oficjalnym rejestrze sportów Federacji Rosyjskiej. Zawodnicy siadają naprzeciwko siebie, zapierając się stopami o deskę ich oddzielającą, i usiłują przeciągnąć na swoją stronę drewniany pal. Magda jest wśród najlepszych na świecie w swojej kategorii wagowej. Aby utrzymać szczytową formę, pracuje prawie codziennie. Sama jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Nie ma stałego trenera, plan treningu układa sama, sama też stara się o sponsorów. Nie jest łatwo, ale nigdy łatwo nie było.

25–latka zaczynała kilka lat temu z grupą rówieśników. Opowiadając o początkach swojej drogi jako strong- woman, powtarza: ja i chłopaki. Była jedyną dziewczyną. – Być może na początku były jakieś uwagi, że kobiecie nie wypada dźwigać takich ciężarów, że będę wyglądać jak babochłop, że to męskie zajęcie... – zastanawia się Magda. – Być może takie komentarze były... ale jeśli były, to wpuszczałam je jednym uchem i wypuszczałam drugim. To przecież była moja droga. Realizowałam swoje własne hobby, dlaczego więc miałabym brać sobie do serca to, co na ten temat mają do powiedzenia inni?

Samotność długodystansowca

Jest środek nocy, kiedy dzwoni budzik. Natrętnie, nieprzyjemnie. Gosia Szydłowska kończy się ubierać. Jeszcze czapka (nocny chłód potrafi dać się we znaki), na czapkę czołówka (bo start ultramaratonu zaplanowany jest przed świtem, więc latarka się przyda), w rękę banan (cenne źródło glukozy oraz potasu). I marsz do linii startu. Z mroku wyłaniają się postaci pozostałych uczestników biegu. Pojedynczo lub parami, rzadziej w grupach. Te 80, 100, 130 czy nawet 160 km biegnie się samemu. I tylko na sobie można polegać, choć inni nie zostawią w potrzebie. Pomogą się podnieść, doprowadzą, jeśli trzeba, do punktu medycznego, podzielą się napojem izotonicznym lub batonem. Nie dadzą zginąć. – To świetne środowisko. Niejednolite, bo są ludzie różnych zawodów, w różnym wieku, z różnych miejsc – opowiada Gosia. – Zawsze można liczyć na ich wsparcie i życzliwość. Takie relacje uskrzydlają.

Dodaje jednak, że w ostatecznym rozrachunku liczy się jednostka, bo to sport indywidualistów. Potwierdzają to badania psychologiczne, przeprowadzone przez zespół Wolfganga Freunda, które wykazują, że ultrasportowcy bardziej niż inni cenią sobie autonomię i nie przejmują się opinią innych. – Pamiętam jeden z biegów, kiedy każdą cząstką siebie czułam, że jestem tylko ja, a raczej mój coraz bardziej zmęczony organizm – wspomina biegaczka. – A właściwie mój umysł, usiłujący przekonać ciało, żeby dało z siebie jeszcze trochę. I jeszcze. I jeszcze odrobinę... Bo ultra biega się bardziej głową niż nogami.

Podczas tamtego biegu Gosia czuła, że nie da rady już na 40. km. Na 56. dotarła do dużego punktu kontrolnego. Przystanęła tylko na chwilę i... zasnęła na stojąco. – Musiałam trochę się zregenerować – wyjaśnia. – Spałam półtorej godziny i – dzięki Bogu – obudził mnie telefon od przyjaciela. Telefony komórkowe są obowiązkową częścią wyposażenia każdego „ultrasa". Choć bowiem sportowcy ultra są sami, zarówno ze swoją słabością, jak i z euforią z ukończonego biegu, to nie są samotni.

Sposób na meduzy

Na blacie kuchennego stołu piętrzą się pojemniki i tubki. Na kuchence, w aluminiowym garnku, grzeje się kremowa mikstura. Patti Bauernfeind przygotowuje repelent na meduzy, bo niedługo czeka ją pokonanie wpław Cieśniny Cooka, łączącej dwie największe wyspy Nowej Zelandii. – Te galaretowate stwory o mało mnie już raz nie wykończyły. Jestem uczulona na ich jad – tłumaczy Patti. – I nie mówię tu o zaczerwienieniu czy swędzeniu skóry, ale o pełnoobjawowym szoku anafilaktycznym, z puchnięciem, szybkim wytracaniem temperatury i powolną utratą świadomości.

Amerykańska pływaczka boleśnie przekonała się o swoim uczuleniu, kiedy po raz pierwszy próbowała przepłynąć kalifornijską Zatokę Monterey. Ostatecznie udało jej się to przy czwartym podejściu. Zanim jednak stała się drugą w historii osobą, która pokonała ponad 40–kilometrowy odcinek – od mekki surferów Santa Cruz do eleganckiego Monterey – meduzy w zatoce o mało jej nie zabiły. – Wpłynęłam w chmarę, w tysiące parz