Diamenty z importu

Są młodzi, zdolni, pełni pomysłów – emigranci i obcokrajowcy z paszportami bloku wschodniego. Zamiast do Londynu czy Berlina przyjeżdżają nad Wisłę, żeby kłaść tu podwaliny pod swój sukces.

Codziennie na świecie powstaje mnóstwo szkodliwych programów komputerowych, których celem jest wykradanie danych użytkowników sieci. Na celowniku są zwłaszcza firmy konsultingowe, banki czy operatorzy telekomunikacyjni, dysponujący szczególnie wrażliwymi danymi. Zdaniem Mihaia Raneta, rumuńskiego inżyniera i psychologa, stosowane do tej pory zabezpieczenia nie są w stanie nadążyć za tym zagrożeniem. Dlatego proponuje nowe, w postaci cybermgły. To pułapka na sieciowe robale. – Rozwiązanie zakłada stworzenie tysięcy fałszywych komputerów, wśród których, jak we mgle, zgubią się potencjalni hakerzy – tłumaczy. Znalezienie przez przestępców właściwych komputerów będzie szukaniem igły w stogu siana. W czasie, kiedy groźny wirus będzie błądził, system ostrzeże właściwego użytkownika o próbach dokonania włamania. Pomysł wart realizacji, ale skąd wziąć na to pieniądze? Mimo kilku podjętych prób nie udało mu się ich znaleźć w Rumunii, ojczystym kraju Mihaia Raneta. – Ponieważ finansowanie start–upów u nas prawie nie istniało, razem z zespołem zaczęliśmy się rozglądać za innymi możliwościami, między innymi w Polsce. W ten sposób w grudniu 2014 r. znalazłem się w Krakowie, wśród start–upów wybranych w ramach akceleratora biznesowego – wspomina. Rok później dostali zielone światło do działania od Startup Hub w postaci kapitału niezbędnego do rozpoczęcia działalności. Tak narodziła się firma Cyber Fog, która ma dziś swoją siedzibę we Wrocławiu. – Jednym z warunków otrzymania inwestycji było biuro w Polsce. To jednocześnie centrum, w którym rozwijamy nasze oprogramowanie. Drugie biuro mamy w Ploeszti, w południowej części Rumunii, gdzie zaczynaliśmy nasze działania – tłumaczy. – Stąd bliżej jest do zachodniej Europy. A zlecenia mamy nie tylko z Polski czy Rumunii, ale i z Niemiec, Wielkiej Brytanii.

Pomysł nie lubi tłumów

Kraków był również pierwszym polskim miastem, które poznał Admir Berbiu z Albanii. – Po studiach inżynierskich w Tiranie chciałem za granicą studiować elektronikę. Mogłem jechać do Włoch albo Niemiec. Ale Włochy są za blisko domu. Jedzenie, pogoda, klimat... Zbyt dużo tu podobieństw. Niemcy z kolei to rozwinięty kraj, duże możliwości, ale i spora konkurencja. Wtedy usłyszałem o Polsce – wspomina. Znajomi powiedzieli mu, że z dobrym angielskim nad Wisłą bez trudu znajdzie pracę, zwłaszcza ze swoimi umiejętnościami. I że są tu dobre uczelnie. Jeszcze jako student pierwszego roku założył pierwszy start–up. Platformę internetową oferującą zdjęcia fajnie ubranych ludzi na imprezach i ulicy. Generowała duży ruch, co przyciągało sponsorów. Potem został współzałożycielem Dot.Al i CrunchHost.com, które były jednymi z pierwszych firm na rynku lokalnym oferującymi rejestrację domeny internetowej, hosting oraz inne usługi online. Przez rok uczył się polskiego, żeby móc uczestniczyć w zajęciach na Politechnice Warszawskiej. Wrócił też do start–upów, na razie, ze względu na studia, tylko do cudzych. – Od półtora roku współpracuję ze Startup Hub Poland, gdzie analizuję projekty biznesowe pod kątem technicznym. Wiem, gdzie szukać słabych punktów: sam popełniałem błędy, wiec teraz mogę przed nimi ustrzec innych, mając odpowiednią wiedzę inżynieryjną i techniczną – tłumaczy. Początkowo nie planował zostać w Polsce. Między innymi dlatego, że mało wiedział o kraju. Słyszał tylko, że ludzie są tu zamknięci w sobie i zimni. – A tymczasem mam coraz więcej znajomych. Poza tym okazało się, że to dobre miejsce do rozkręcania własnego biznesu, o czym coraz częściej się przekonuję. Zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do inwestorów, o których jest dużo łatwiej niż na Bałkanach albo w innych krajach Europy Środkowo–Wschodniej. W Albanii lub na Bałkanach rynek VC jest o wiele mniejszy. Tutaj już istnieje odpowiednia infrastruktura – podkreśla. To może przyszła pora na własny biznes? Niewykluczone... Ma już kilka pomysłów.

Przekonuje, że takich osób jak on, które skusiły studia na polskich uczelniach, jest coraz więcej. – To osoby nie tylko ze wschodu, ale i z zachodu Europy. Wielu przyjeżdża tu na studia doktoranckie, prowadzą wspólne projekty międzynarodowe, zakładają własne biznesy. Samych Albańczyków, których poznałem w Warszawie, jest ze 30, w tym jeden z własną firma internetową. Wiem, bo pracowałem w naszej ambasadzie. Ludzi przyciąga duży rynek i duże możliwości, żeby coś zacząć i z czasem odnieść sukces – dodaje.

Taki mamy klimat

W Rosji studiowała psychologię, w Holandii zarządzanie, a w Niemczech prawo. Jako konsultant i trener modelowania finansowego, z doświadczeniem pracy w firmach o globalnym zasięgu, rok temu trafiła do Polski, do Google Campus Warszawa. Jak twierdzi, trochę przypadkiem, z powodów osobistych. – Nigdy nie brałam pod uwagę Polski jako kierunku do rozwoju własnego biznesu, byłam więc zaskoczona tym, co tutaj zastałam – mówi Aleksandra Marshakova. Podczas jednej z imprez na terenie kampusu spotkała Luca Brambilla. Włocha, który przyjechał do Polski pracować nad nową aplikacją Boom, ułatwiającą komunikację emocjonalną między ludźmi. – Zaczął mi opowiadać o tym, czym zajmował się do tej pory i jakie są jego postępy w pracy nad BooM. Kiedy pokazał mi prototyp, od razu zakochałam się w tej apce. Chętnie zgodziłam się dołączyć do zespołu, kiedy tylko mi to zaproponował podczas kolejnego spotkania – wspomina. – Mam kilku przyjaciół, którzy również przyjechali do Warszawy. To dobre miejsce do rozpoczęcia działalności gospodarczej: otwarte na innowacyjne projekty, bogate w specjalistów technologicznych i pieniądze, również na finansowanie zagranicznych projektów.

Tylko te początki... Bywają trudne, jeśli chodzi o samo zakładanie firmy. Przeszkody administracyjne i prawne są wyzwaniem, choć można je pokonać przy wsparciu mieszkańców – podsumowuje Aleksandra.

W sieci powiązań

– Dlaczego w Polsce? To proste. Każdy ma swoją siatkę networkingową. Ludzi, z którymi łatwiej się współpracuje. Moja rozpięta jest na dwóch kontynentach: w USA i w Polsce, skąd pochodzę – Kris Siemionow, amerykański chirurg ortopeda polskiego pochodzenia, nie ma wątpliwości co do trafności wyboru lokalizacji na siedzibę swojej firmy Holo Surgical. – Nawet nie próbowałem ruszyć z tematem gdzie indziej. Ba, nie wiedziałbym dokąd iść, gdybym nagle wysiadł na Unter den Linden w Berlinie. Co innego w Warszawie, dzięki czemu udało mi się pozyskać kapitał na dobrych warunkach, co byłoby trudne w Stanach – tłumaczy lekarz–przedsiębiorca. Pieniądze potrzebne mu były na rozwój chirurgii w trójwymiarze, która ma wspomagać pracę chirurgów przy stole operacyjnym. Nowa technologia ma umożliwić wyświetlanie makiety anatomicznej bezpośrednio nad operowaną częścią ciała. Obraz uzyskiwany byłby na podstawie badań obrazowych, takich jak tomograf czy rezonans magnetyczny. Dzięki temu chirurg widziałby dokładnie pole operacyjne, łącznie z fragmentami zakrytymi skórą i tkankami. – Docelowo to ma działać jak autopilot w samolocie. Jeżeli zbaczasz z kursu, system informuje o zagrożeniach. Takich rozwiązań w medycynie nie ma, a są bardzo potrzebne. Bo jeśli jako lekarz źle włożę implant w kręgosłup podczas operacji, skutki mogą być nieodwracalne – mówi.

Spółka, którą założył w Polsce, nie jest jego pierwszą. Związany z kliniką Illinois Spine and Scoliosis Center i Uniwersytetem Illinois w Chicago miał już firmę zajmującą się w USA technologiami medycznymi. Jednak, szukając ludzi do zespołu pracującego nad wirtualną rzeczywistością w medycynie, na tamtym terenie musiałby konkurować z gigantami, takimi jak np. Apple. Co za tym idzie, wyższe byłyby też koszty realizacji. – Tymczasem w Polsce jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś zrobić w temacie, którym ja się zajmuję. W tej chwili mamy 10 inżynierów, z czego ośmiu to Polacy, pozostali to mieszkający w Warszawie Gwatemalczyk i Argentyńczyk – wylicza. Sam regularnie kursuje nad oceanem, prowadząc projekt w, jak to nazywa, modelu hybrydowym. – To specyficzny produkt, dla którego rynkiem jest cały świat. Wierzę, że Polska jest dobrą platformą do jego realizacji, jeśli umiejętnie połączy się tutejsze zasoby z moimi znajomościami.

Innowacja to różnorodność

To, że rozwój lubi różnorodność, wiadomo nie od dziś. W latach 80. XX w. Vivek Wadhwa, amerykański badacz i przedsiębiorca, udowodnił, że środowisko imigrantów wpływa na rozwój innowacji, powstawanie miejsc pracy i poprawę otoczenia biznesowego. Doszedł do takich wniosków, analizując historię Doliny Krzemowej. – Dziś prawie połowa nowych firm technologicznych w Sillcon Valley to takie, w których co najmniej jeden z założycieli urodził się poza USA – podkreśla Paweł Chudziński, współzałożyciel funduszu Point Nine Capital z Berlina, członek Rady Programowej Fundacji Startup Poland. Wpompowywanie świeżej krwi ma też miejsce w Unii Europejskiej, gdzie 12 proc. założycieli start–upów to obcokrajowcy (jak wynika z danych European Startup Monitor). W samej Polsce jest to jednak już tylko ok. 5 proc. Jak twierdzi Paweł Chudziński, z takim wynikiem daleko nam do liderów. – To, że do Polski przyjeżdżają ludzie z zagranicy, jest dobrym trendem. Ale skala tego zjawiska, w porównaniu z Londynem czy Berlinem, jest znacznie mniejsza. Tymczasem korzyści z ich obecności jest mnóstwo. Przyjezdni patrzą na życie trochę inaczej, mają inne doświadczenia i dostrzegają szanse, których rdzenni mieszkańcy nigdy nie zauważą. Są też bardziej otwarci na ryzyko, które gotowi są podjąć. A ponieważ zdani są na siebie, mają też większą motywację do działania. Przez to ciężej pracują, żeby odnieść sukces w nowym otoczeniu – wylicza.

Magnes na talenty

Od Berlina do Warszawy czy innych polskich centrów naukowo–biznesowych nie jest daleko. Co zatem sprawia, że to stolica Niemiec zgarnia gros talentów? – Po pierwsze, polski biznes jest bardzo hermetyczny. Po drugie, znajomość języka polskiego jest w nim konieczna. Bo w urzędach nie da się bez niego wiele zdziałać – tłumaczy specjalista z Point Nine Capital.

– Problemem jest również brak skutecznych programów zachęcających obcokrajowców, a zwłaszcza tych spoza Unii Europejskiej, do przyjazdu do Polski – punktuje Eliza Kruczkowska, prezes Fundacji Startup Poland. Opublikowany przez fundacje raport „Polityki wizowe dla start–upów" pokazuje bezskuteczność dotychczasowych rozwiązań w Polsce, m.in. na przykładzie tzw. EU Blue Card, dokumentu regulującego ściąganie do Unii wykwalifikowanych fachowców spoza jej granic. W Polsce w latach 2012–2014 błękitna karta była użyta zaledwie 18 razy. W tym samym okresie w Niemczech aż 34 639. – Chcemy rozpocząć większą kampanię na temat obecności start–upowców z zagranicy w Polsce – zapowiada. Jakie mogą być efekty wprowadzenia tego typu ułatwień, doskonale pokazuje przykład dalekiego Chile. – Po uruchomieniu dedykowanego obcokrajowcom programu „Start–up Chile" zgłosiły się tysiące specjalistów z gotowymi pomysłami związanymi z