Diagnoza: zaburzenie równowagi

Nie przenoś pracy do domu, a domu do pracy. Łatwo powiedzieć, dużo trudniej wykonać. Wmawiamy sobie, że winny jest pracodawca. Ale to tylko część prawdy, bo zwykle padamy ofiarami własnych błędów.

Idea work–life balance od lat zajmuje czołowe miejsca w poradnikach dotyczących tego, jak cieszyć się sobą i nie popaść w kryzys psychiczny. Jej twórcy zachęcają, by pracę pozostawiać za zamkniętymi drzwiami biura. Ale... Kończy się miesiąc albo musimy pilnie zadzwonić do Singapuru. I tak zawodowe obowiązki zaczynają wkradać się najpierw do naszego salonu, a z czasem... do sypialni. Jednak, przyznajmy uczciwie, trudno o work–life balans, gdy wcześniej w gabinecie pół dnia rozliczaliśmy się z narzeczonym, ignorując stos piętrzących się na biurku dokumentów.

200 proc. normy

Nie ma co panikować, jeśli od czasu do czasu musimy nad czymś „podłubać" do późnych godzin nocnych. Gorzej, jeśli przenoszenie niedokończonych raportów do domu staje się normą. Badanie EY pokazuje, że aż jeden na trzech pracowników korporacyjnych uważa work–life balance za coraz trudniejszy koncept do zrealizowania właśnie przez to, że pracujemy zdalnie. Winny jest również nasz brak samodyscypliny. – Dzieje się tak dlatego, że ludzie nie potrafią dbać o swoje potrzeby – mówi psychoterapeutka i trenerka biznesowa Mariola Piotrowicz.

Tak właśnie jest w przypadku Antoniny, specjalistki ds. sprzedaży w jednej z włoskich sieciówek odzieżowych. Na pytanie, dlaczego podczas urlopu siedzi nad pracą, bezradnie przyznaje, że nie potrafi zatroszczyć się o siebie i odmówić dodatkowych zleceń zrzucanych na nią przez przełożonego. Nie umie, bo stawianie granic kojarzy jej się z mądrzeniem się, z walką o swoje prawa, a ona nigdy o siebie nie walczyła. Opowiada, że już od dziecka wszelkie próby wyegzekwowania dla siebie czasu wolnego kończyły się pacyfikacją ze strony ojca, powtarzającego, że nie może zawieść rodziny. – Brat był typem hulaki, rzucił studia, ćpał, a ja jako to dobre dziecko, zawsze musiałam świecić przykładem. Być tą, która wyrabia 200 proc. normy. Za siebie i brata. W pracy odtwarzam ten sam tryb – wyjaśnia świadomie. Świadomie, bo problemy zawodowe i poddanie się mobbingowi w poprzedniej pracy zaowocowały głęboką depresją. Antonina wylądowała na kozetce u psychoterapeuty. Dziś rozumie swoje postępowanie i przekonuje, że uczy się mówić „stop", gdy ktoś zalewa ją oczekiwaniami, których nie jest w stanie spełnić. Niestety, dalej zdarzają jej się chwile słabości, kiedy zamiast postawić granicę, godzi się poświęcić wolny czas na dokańczanie projektu. Co zrobić, by taka sytuacja nie powtórzyła się w przyszłości?

Hej, jest OK

Zdaniem Marioli Piotrowicz Antonina jest typem „grzecznego dziecka". Osoby, która w dzieciństwie pełniła prawdopodobnie rolę pilnej uczennicy, nierzadko kosztem zabawy, spotkań z rówieśnikami, przyjaźni. Psycholog opisuje, że takie osoby często mają zakodowany brak poszanowania własnych granic. Nie potrafią być asertywne, bo boją się krytyki, odrzucenia, negatywnej oceny. Przez to, że często cechuje je nadmiar odpowiedzialności, nie są w stanie odmówić, nawet gdy proponuje się im zbyt wiele. I właśnie dlatego łatwo padają ofiarami mobbingu i doświadczają wypalenia zawodowego.

Dlatego warto popracować nad trudną sztuką kulturalnej i skutecznej odmowy. Psycholog, prof. Thomas Anthony Harris, w swojej słynnej książce „Ja jestem OK. Ty jesteś OK" inspiruje obecnych trenerów asertywności do tego, by uczyli ludzi ważnej kwestii w relacjach „face to face": musimy przyjąć założenie, że jesteśmy w porządku, że jesteśmy tak wartościowi jak nasz rozmówca. Odmawiając przełożonemu, będzie nam znacznie łatwiej się z nim dogadać, jeśli pomyślimy o nim w życzliwy sposób i że naszą odmową nie chcemy go urazić. – Gdy będziemy agresywni, nabuzowani, to w naszej głowie pojawi się założenie, że zaraz wybuchniemy złością. A skoro tak, to może lepiej siedzieć cicho. Jeśli zaś życzliwie podejdziemy do tematu, poczujemy większą moc i zaczniemy mówić pewniej – mocniejszym głosem, bardziej stanowczo, chroniąc swoje prawa – tłumaczy Mariola Piotrowicz. Podkreśla, że do hasła „ja jestem OK, ty jesteś OK" musimy przekonać samych siebie. A co za tym idzie, również do tego, że możemy prosić innych o dodatkową pracę, mamy prawo odmówić, gdy coś wykracza poza zakres naszych obowiązków, czy po prostu nie będziemy w stanie wyrobić się z zadaniem. Bez wyrzutów sumienia i poczucia, że jesteśmy nielojalnymi pracownikami.

Pięć pompek, pięć przysiadów

– Jestem oddany firmie, ale tyle się dzieje w moim życiu... – wzdycha Rafał, pracownik średniego szczebla sprzedaży w jednej z sieci telefonii komórkowej w Warszawie. On także jest typem, który przenosi pracę do domu, ale jego motywy znacznie różnią się od wcześniejszych. Rafał potrafi być asertywny. Czasami bywa nawet opryskliwy, gdy ktoś „zawala go robotą", a on w tym czasie ma do omówienia ważną kwestię z kolegami, z którymi wspólnie w czasie wolnym tworzą start–up. W jego przypadku przenoszenie pracy etatowej do domu to świadomy wybór, ale i wyraz lekceważenia swojego pracodawcy. – Przyznaję, czasami robię coś „na kolanie", bo cały mój umysł pochłania aplikacja, którą tworzę. Kiedyś będzie warta miliony – podkreśla. Przyznaje jednak po chwili, że cała ta sytuacja bardzo go męczy i kosztuje dużo wysiłku. Co gorsza, zarówno zadania etatowe, jak i pozaetatowe odrabia po macoszemu, bez werwy.

Co tu szwankuje? – Z całą pewnością nieumiejętne zarządzanie czasem – wyrokuje psycholog.

„Zarządzanie czasem" to od ponad dekady hasło przewodnie w wielu korporacjach. Pracowników namiętnie szkoli się w tej materii, bo faktycznie jest to przydatna umiejętność, zaniedbywana w edukacji uniwersyteckiej. Jak opisuje to Michał Pasterski, coach i life architect, zarządzanie czasem polega na przyjęciu odpowiedniej strategii myślenia i planowania. Co ciekawe, współczesne zarządzanie czasem nie ogranicza się jedynie do pilnowania co do minuty określonego schematu, ale także polega na dawaniu sobie małych kar za przewinienia.

Co z tą wiedzą powinien zrobić Rafał? Kluczowe wydaje się takie rozplanowanie tygodnia, łącznie z weekendem, by nie ucierpiały zarówno kwestie etatowe, jak i praca nad aplikacją. – Odpoczynek to coś, o czym Rafał najpewniej zapomniał, bo wsiąkł w projekty, które go przerosły. Tymczasem taka chwila relaksu powinna na stałe trafić do kalendarza. Nieplanowane zaś przerwy, w rodzaju rozmów na komunikatorze w czasie, w którym powinniśmy skupić się na pracy, powinny zostać poddawane wewnętrznej dyscyplinie – zachęca Piotrowicz. A Michał Paserski radzi nawet, że gdy przyłapiemy się na zbyt długim siedzeniu w sieci, zrobić „za karę"... pięć przysiadów. To sposób na szybkie zresetowanie, dostarczenie organizmowi dawki otrzeźwiającego zmęczenia, która pozwoli wrócić do poprzedniego zajęcia.

– Dobry pomysł, bo czasami zupełnie siebie nie potrafimy się zmotywować. Niby tworzymy plany, grafiki, wypełniamy terminarze, ale gros z nas dopada ta nieszczęsna prokrastynacja. Słowo, które robi wielką karierę. A oznacza, ni mniej, ni więcej odkładanie ważnych spraw na wieczne „potem" – przyznaje psycholog.

Druga Japonia

Na prokrastynację nie cierpi Tomasz, team leader w jednej z międzynarodowych firm kurierskich. Nie odkłada zadań na później, nie boi się odmówić. Mimo to praca ląduje na jego kuchennym stole, a czasem nawet i w łóżku. Tomasz pracuje cały czas i, choć unika określenia pracoholik, to jednak przyznaje, że praca to jego życie. Żona Tomasza nie wytrzymała tempa, są w trakcie rozwodu. A on, bez cienia wątpliwości, bierze całą winę na siebie.

– Kiedy słyszę narzekania, że ktoś pracował 12 godzin, chce mi się śmiać. „Co to jest 12 godzin? Bez przesady, wielka mi rzecz" – myślę w duchu. Dopiero po chwili dopada mnie myśl, że chyba znów przesadziłem. Tak, nie wiem, kiedy przerwać – wyznaje.

Skoro Tomasz nie boi się, że zostanie wyrzucony, przerwanie nie powinno stanowić żadnego kłopotu. I faktycznie, samo powiedzenie „stop" przychodzi tego typu osobom z łatwością, problemy dzieją się później.

Warto zrozumieć pracoholizm, by móc siebie lepiej zdiagnozować. Jak każde inne uzależnienie od czynności, chodzi o specyficzne napięcie pojawiające się w momencie braku możliwości realizowania uzależnienia. Mówiąc prościej: gdy osoba przestaje pracować, jej nastrój gwałtownie się pogarsza, pojawia się uczucie dysforii, czyli gniewu połączonego ze smutkiem i gigantyczne napięcie. Towarzyszą temu także natrętne myśli i przemożna potrzeba, by wrócić do obowiązków zawodowych. Nawet jeśli siedzi się akurat z przyjaciółmi na kolacji. Takie osoby na wakacjach, na plaży czują się jak w sali tortur – nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Marzą o tym, by w końcu sprawdzić maile czy nieodebrane połączenia w telefonie. – Byłem w tym roku na wakacjach za granicą. Wi–Fi działało tylko w głównym hallu hotelu. Siedzenie w pokoju albo na basenie było mordęgą. Wróciłem blady jak ściana, bo cały urlop przesiedziałem w recepcji – wspomina ze śmiechem Tomek, ale z pracoholizmem nie ma żartów.

Badania CBOS z 2015 r. wskazują, że aż 1/5 Polaków ma problem z tym nałogiem. Przy tym jest to uzależnienie o bardzo specyficznym wydźwięku społecznym – pracoholików docenia się, bo zawsze są w gotowości, w kontakcie. Zawsze odpisują na maile (nawet w środku nocy), bo są przygotowani, bo są w stanie się poświęcić dla projektów i innych wyzwań. Nawet jeśli narzekają, to i tak pracują w weekendy, biorą nadgodziny i dodatkowe zlecenia. – Mało tego, nawet jeśli pracoholik wie, że ilość pracy przekłada się na obniżenie jakości, i tak nie zwalnia tempa. Bo najgorsza dla pracoholika jest nuda, spokój, brak zajęcia – opowiada psycholog Mariola Piotrowicz.

Co zrobić jeśli stale przynosimy biuro do domu, a dni wolne wydają się być koszmarem? Coachowie i trenerzy zgodnie przyznają, że warto pracoholizm skonsultować z terapeutą uzależnień. To pomoże dotrzeć do źródła problemu. A zacząć trzeba od rozprawienia się z destrukcyjnymi przekonaniami pracoholika, które często oscylują wokół lęku przed odrzuceniem, utratą pracy, statusu materialnego czy pozycji społecznej. Te przekonania zastępuje się nowymi, zdrowymi i racjonalnymi. Ważne, jak zaznacza Mariola Piotrowicz, jest także psychoedukowanie osób uzależnionych od pracy. – Czasami pomaga konfrontowanie klientów z twardymi danymi – że praca po nocach sprzyja bezpłodności. Albo, że przepracowanie może doprowadzić do choroby, a nawet śmierci. W Polsce, na szczęście, jeszcze nas to przeraża. Co innego w Japonii. Tam śmierć z powodu przepracowania rozumiana jest jako osiągnięcie sukcesu – opowiada psycholog.

Badania EY wskazują, że choć do Japończyków jeszcze nam daleko, to jednak problem z wyczuciem work–life balance pogłębia się. Dlatego bez względu na to, jakim typem jesteśmy – źle zorganizowanym, nieasertywnym czy nałogowcem – warto mieć na uwadze ostrzeżenia ekspertów, że brak równowagi wcześniej czy później skończy si