Czysta esencja

Czy przechodzi ci często przez myśl, że zawodowo rozmieniasz się na drobne? Przygniata cię ilość pracy, a jednocześnie nie wykorzystujesz w pełni swoich zdolności? Czy twój czas i twoje plany są zawłaszczane przez innych, przez co nie starcza go na to, co najistotniejsze dla ciebie? Miewasz pragnienie, by odgruzować swoje życie? Jeśli tak, zostań esencjonalistą.

Od roku na rynku podręczników biznesowych święci triumfy książka Grega McKeowna. „Essentialism: The Disciplined Pursuit of Less" („Esencjonalizm. Zdyscyplinowany pościg za mniej") została bestsellerem „New York Timesa" i „Wall Street Journal". Żyjemy w świecie, w którym dobrze widziane jest, by robić więcej i więcej, bo taka niby jest droga do sukcesu. A to błąd – przekonuje McKeown. Jego esencjonalizm to nauka odróżniania rzeczy ważnych od złodziei czasu, nauka samodyscypliny i walki o siebie. A przede wszystkim to stan umysłu, zbiór nawyków, mający zapewnić trwały sukces.

Odpuść to sobie

Dlaczego osoby, które osiągnęły pierwsze sukcesy, z automatu nie osiągają kolejnych? Dlaczego tak często firmy, które nagle dostają wiatru w żagle i zaczynają się rozrastać, zamiast kolejnych osiągnięć zaliczają upadek? – pyta McKeown. Ma na to gotową odpowiedź: Sukces osiąga się wówczas, gdy ma się przed sobą jasny, konkretny cel i skupia się na tym, by do niego dotrzeć. W chwili osiągnięcia powodzenia pojawiają się zwykle kolejne możliwości rozwoju – czyli więcej opcji. Co się wtedy dzieje? Zaczyna się pościg za tymi możliwościami. Za „więcej". Bo człowiek u progu kolejnego sukcesu zaczyna rzucać się na te nowe możliwości, by niczego po drodze nie przegapić. W działania wkrada się chaos. – Żyjemy w czasach, gdy trzeba wykorzystywać każdą okazję, a odpuszczanie sobie uważane jest za lenistwo i głupotę. Niestety, skutek często jest odwrotny. Większa ilość opcji sprawia, że rozpraszasz swoje wysiłki. Tracisz jasność i skupienie, które zapewniły ci powodzenie na początku. Jak to działa, można zaobserwować na Wall Street – kwituje w swojej książce McKeown.

Esencjonalizm nie uczy, jak robić więcej i więcej. Uczy, jak skupić się na tym, co istotne. Nie jest to strategia do zarządzania czasem ani technika wzmagająca produktywność. To sposób myślenia przydatny tym, którzy chcą wziąć życie zawodowe we własne ręce i odnieść sukces. Bez względu na to, co ten sukces znaczy: robić to, co się lubi, zdobyć wyższe stanowisko, prowadzić firmę czy po prostu pracować efektywniej, by mieć więcej wolnego. Sama idea nie jest nowa. W 1790 r. Vilfredo Pareto, włoski ekonomista i socjolog wyliczył, że 20 proc. ludzkiego wysiłku odpowiada za 80 proc. efektów („Zasada Pareto").

Niewolnicy nadmiaru

Ten styl myślenia przypadł ostatnio do gustu szczególnie właścicielom małych firm, które z kilkuosobowych przedsiębiorstw nagle weszły na wyższy poziom, rozrastając się do średnich rozmiarów i.. popadły w tarapaty. Ale metoda ta sprawdza się także u freelancerów. O tym, jak to działa w praktyce, opowiada Anna Mularczyk–Meyer – autorka dwóch książek, blogerka (prostyblog.com), tłumaczka. Choć działa jako freelancer, nie pracuje po nocach ani w weekendy. Ma czas na bloga, pisanie książek, spotkania ze znajomymi. Spina się finansowo. Kiedy się spotykamy, właśnie wyjeżdża na miesięczne wakacje. Pozazdrościć, ale... Każdy może tak mieć. Siedem lat temu życie Anny Mularczyk–Meyer wyglądało inaczej. – W ciągu dnia tłumaczyłam jako pracownik etatowy. Wieczorami brałam dodatkowe zlecenia. Do tego korepetycje. Byłam ciągle zajęta. Tęskniłam za tym, by pracować mniej – wspomina. Mimo pracy non stop wciąż nie miała pieniędzy. Ani czasu na podróże, przyjaciół czy rozwój osobisty. Kiedy mówiła, że marzy, by napisać książkę sama nie wierzyła, że kiedyś się to uda. No bo kiedy? Pewnego dnia odkryła blog zenhabts.com, Leo Babauty, orędownika filozofii zen i minimalizmu. – Jakby pisał specjalnie dla mnie. O tym, jak stajemy się niewolnikami nadmiaru i marnujemy swój czas, pieniądze, energię. Postanowiłam wziąć się za swoje życie.

Od czego zacząć?

Od audytu życiowego – radzi McKeown. Ludzie mają tendencję do bałaganiarstwa. Dlatego zwykle nasze biurka, szafy i pulpity obrastają w zbędne dokumenty, ubrania czy aplikacje. W taki sam sposób nasze życie „zagracają" niepotrzebne, nieaktualne już pomysły, które tkwią przyklejone do umysłu niczym stare karteczki na monitorze i zakłócają obraz. Marzenia czy plany nie mają daty ważności, po której znikają. Dlatego, tak samo jak przegląda się szafę, trzeba przewietrzyć umysł.

– Zrobiłam wtedy listę priorytetów życiowych – opowiada Anna Mularczyk–Meyer.– Zastanowiłam się, co chcę robić tak naprawdę i popatrzyłam na stan faktyczny. Wypunktowałam różnice. Marzyłam o tym, by się nie rozdrabniać, tylko skupić na tłumaczeniu, bo na tym się znam i to lubię. Chciałam nie mieć szefa, samodzielnie ustalać, co i kiedy robię. Marzyły mi się wolne wieczory oraz weekendy, po prostu czas dla siebie. Chciałam napisać książkę. Zamiast tego od siedmiu lat byłam w biurze, choć zupełnie nie jestem zwierzęciem etatowym. Brałam na barki coraz więcej obowiązków, żeby nadążyć za wydatkami. Bardzo lubiłam kupować. Ubrania, książki... wszystko.

Z audytu wynikało jasno, że przede wszystkim źle gospodaruje tym, co zarabia. Za dużo kupuje, a przez to jej życie kręci się nie wokół tego, co naprawdę ma ochotę robić, tylko wokół zarabiania i wydawania. Skupiła się najpierw na tym, by opanować wydatki i nauczyć się odróżniać sztuczne potrzeby od tych prawdziwie swoich. To była faza przygotowawcza, bez której nie mogłaby zrobić kolejnego kroku. Zarażona bakcylem usuwania zbędnego balastu zaczęła pozbywać się niepotrzebnych rzeczy z domu. To było tak wciągające, że w 2010 r. założyła bloga, by dzielić się doświadczeniami. Kiedy odzyskała kontrolę nad wydawaniem, przeszła do kolejnego etapu – odgruzowywania życia zawodowego.

– Zmieniałam wszystko stopniowo. Trwało to więc kilka miesięcy. Dociągnęłam uczniów do końca roku, egzaminów. Odczułam ogromną ulgę, gdy przestałam udzielać korepetycji. Zachęcona tym doświadczeniem, zaczęłam ograniczać dodatkowe zlecenia.

Ostre cięcie

Dla Anny Mularczyk–Meyer było jasne, czego chciałaby się pozbyć z listy obciążeń. Ale nie zawsze tak jest. Czasem nie wiemy, od czego najbardziej chcielibyśmy się uwolnić. Ciągniemy dwie prace, bo każda ma swoje atuty, a poza tym każda daje dochód. Nawet jeśli przez to nie mamy czasu na to, by znaleźć pracę marzeń lub skupić się na jednej z tych, które wykonujemy. Początki czyszczenia życia zawodowego McKeown porównuje do selekcji w szafie. – Można zastanawiać się nad tym, czy kiedykolwiek jeszcze założę to czy tamto. Albo też zadać sobie skuteczniejsze pytanie: czy naprawdę uwielbiam to ubranie? W pierwszym przypadku po selekcji mamy szafę pełną mało używanych ubrań. W drugim – mało ubrań i dużo miejsca na coś nowego. I tak samo jest w życiu zawodowym – pisze.

Stosując bardziej surowe kryteria nie szuka się opcji „dobrych". Szuka się tych superfajnych dla nas. Dotyczy to zarówno priorytetów w przypadku, gdy pracujemy już od lat, jak i sytuacji, gdy szukamy nowej pracy. Jak to zrobić? Na początek zastanowić się: w czym jestem świetny, co lubię, na co jest zapotrzebowanie? Liczba interesujących ofert zmniejszy się drastycznie i o to chodzi. Nadmiar wyboru jest iluzją, bo zbyt wiele opcji działa paraliżująco. Przekonuje o tym Barry Schwartz, którego fantastyczne wykłady można znaleźć na TED. Mniej często znaczy lepiej. Dzięki ostrej selekcji, zamiast rozpraszać siły na kilkadziesiąt opcji, skupiasz się na kilku najlepszych.

Jeśli trudno ci coś pożegnać, wiedz, że dużo bardziej cenimy to, co już mamy. Nazywa się to efekt posiadania. Przypomina książkę, która od lat leży na półce. Zajmuje miejsce, nigdy do niej nie zaglądasz. Nie jest ci do niczego potrzebna, być może drugi raz już byś na nią tyle nie wydał. Jednak, gdy masz ją oddać, nagle wydaje się ważna. Dlatego też podczas eliminowania zbędnych spraw, zamiast pytać „Jak bardzo jest to dla mnie cenne?", lepiej zastanowić się: „Gdybym nie miał tej możliwości, jak wiele bym poświęcił, aby ją zdobyć?".

Pułapka starych nawyków

– Rachunek wpłat i wypłat wciąż się zgadzał, więc nadszedł czas na kolejny krok. W 2011 r. odeszłam z pracy i założyłam firmę – opowiada Anna Mularczyk–Meyer. – Wszyscy straszyli, że źle robię: porzucam bezpieczną pensję na rzecz niepewności. I ja się tego bałam. Dlatego brałam każde zlecenie, żeby klienci nie uznali, że jestem niedyspozycyjna. Dodatkowo, w ramach poduszki bezpieczeństwa, powróciłam do mojego wcześniejszego zawodu przewodniczki turystycznej. To zapewniło mi finanse na starcie, ale okazało się pułapką. W ciągu tygodnia tłumaczyłam, a w weekendy oprowadzałam po Krakowie. Pewnego dnia spojrzałam w lustro i pomyślałam: no i znowu jestem tam, gdzie byłam. Siedzę po nocach, nie mam czasu w niedziele, zajmuję się nie tym, czym chcę.

Konsekwencja to podstawa. Łatwo powrócić do starych nawyków – nieodmawiania innym lub chęci angażowania się we wszystko, co zapowiada się obiecująco. Tymczasem w esencjonalizmie nie chodzi o to, by raz na jakiś czas, gdy dojdziemy do kresu możliwości, powiedzieć: nie. Esencjonalizm to nieustanne mówienie „nie". Tyle, że wyważone, celowe, w zgodzie z przyjętą strategią „co chcę osiągnąć". To permanentne odchudzanie planu dnia, i to nie tylko z tak oczywistych złodziei czasu, jak surfowanie w sieci czy robienie projektów za innych, ale też ze spraw, z których wyrośliśmy mentalnie i już nie dają nam satysfakcji. To tryb myślenia, w którym twierdzenia „muszę to zrobić" lub „wszystko jest ważne" zastępuje się twierdzeniami: „wybieram opcję X", „ważne jest tylko Y i Z, reszta to szum". Trzeba się bardzo pilnować. Inaczej szybko powrócimy do krzątaniny w miejscu.

W czasach nadmiaru możliwości oraz ogromnych oczekiwań wobec tego, co człowiek powinien osiągać i ile robić – bywa to trudne i może z początku wywoływać dyskomfort u odmawiającego i nieprzyjemne zaskoczenie u drugiej strony. Jednak przestawienie się na takie patrzenie zupełnie zmienia perspektywę i pozwala odzyskać kontrolę nad życiem. Bo jeśli nie ustalisz priorytetów, ktoś zrobi to za ciebie.

– Tak, jak i z zakupami, długo uczyłam się wycofywać – przyznaje Anna Mularczyk–Meyer. Tej asertywności, by na przykład umieć odmówić stałemu klientowi. Wypracowała sobie metodę odmawiania „z marchewką": nie mogę „bo już robię dla was duży projekt i chciałabym to dobrze zrobić", lub „ za jakiś czas na pewno". Dziś uważa, że jeśli ktoś ma z tym problem, powinien wychowawczo raz na jakiś czas odmówić. Tylko po to, by zobaczyć, że nic się nie stanie.

– Oczywiście, zdarza się, że siedzę nad pracą. Czasami tekst do tłumaczenia jest obszerniejszy, dużo trudniejszy, niż zakładałam. Albo „na wczoraj". Wtedy pracuję w weekendy. Ale robię to tylko wyjątkowo, tymczasem w moim zawodzie praca w weekend to standard – przyznaje.

Dzięki mówieniu „nie" coraz bardziej się specjalizuje w tłumaczeniach technicznych, które lubi. Stara się pracować efektywnie od wczesnego rana do 16.00. Gdy pisze książkę, wybiera zleceni