Człowiek, który nie lubił aktorów

Dziś robi się z Gustawa Holoubka poważnego pana profesora albo anegdociarza. Magdalena Zawadzka przekonuje, że właśnie dlatego napisała książkę o innym Holoubku: samotniku i mistrzu codzienności.

Pogodziła się już pani?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Wciąż mam głębokie uczucie obecności Gustawa. Widzę go w naszym synu. Odwołuję się do niego we wszystkim, co robię. Wynika to z głębokiej wiary, że człowiek umierając, nie odchodzi całkowicie z tego świata. Zostaje w nas, w naszej pamięci.


Dlatego napisała pani o nim książkę?

Tak. Książka „Gustaw i ja” jest o nas. Obejmuje nasze wspólne życie od 1969 r., kiedy poznałam Gustawa, do 2008 r., kiedy odszedł. Dwie wiosny, jedna szczęśliwa, druga tragiczna. Zaczęłam pisać w krótkim czasie po śmierci męża. Nasze życie stanęło mi przed oczami tak wyraziście, nieomal dzień po dniu, jakby domagało się zapisania. Chciałam napisać o Gustawie innym niż jego publiczny wizerunek.

Tadeusz Łomnicki powiedział kiedyś „każdy ma swego Holoubka”.
Esencją jego życia nie było aktorstwo, a prywatność: spacer z dzieckiem, czas spędzony w domu, wśród ludzi, codzienne troski i radości. Twierdził, że ktoś, kto nie żyje pełnym życiem, nie ma nic do powiedzenia na scenie – wspomina Holoubka Magdalena Zawadzka.
W tym lapidarnym powiedzeniu wyczuwam uznanie dla Gustawa i jego dokonań. Rzeczywiście był wybitną osobowością, którą niełatwo zdefiniować w kilku zdaniach. Diametralnie różnie był też postrzegany. Jedni z powodu ról, które grał, i odpowiedzialnych funkcji, które pełnił, widzieli w nim poważnego człowieka. Inni przeciwnie – czarującego, opowiadającego dowcipy i anegdoty kpiarza. Zarówno jedno, jak i drugie jest prawdą. Ale ja chciałam opowiedzieć o innym Gustawie, tym moim, codziennym, obdarzającym dobrocią, mądrością i miłością do życia, do mnie, do naszego syna i otaczających nas ludzi.
Gustaw rozkwitał w towarzystwie, bez niego gasł. Ale musiało to być towarzystwo pokrewne duchem, a nie bywanie dla bywania

To skąd czerpał energię i pomysły?
Z pięknych chwil, które potrafił dostrzec każdego dnia, z kłopotów, smutków i wzruszeń. Jednym słowem: z życia.

Trudno będzie pani przekonać czytelników, że Gustaw Holoubek był refleksyjnym samotnikiem.
Bo też nigdy nim nie był. Lubił spotkania z przyjaciółmi, rozmowy, żarty. Mąż rozkwitał w towarzystwie, bez niego gasł. Ale musiało to być towarzystwo pokrewne duchem. Bywanie tu i tam, dla samego bywania, nie było ani w jego, ani w moim guście.

Jeden z przyjaciół mówił: „Lubił miasto, jego urodę i charakter. Uwielbiał przesiadywać w kawiarniach przy kawie i ciastku, a jak jeszcze zdarzył się ciekawy rozmówca, był po prostu szczęśliwy”.
Mąż uwielbiał spotkania w kawiarni. Ten wzorowany na przedwojennych czasach rytuał porządkował dzień. Gdy tylko pozwalały mu na to obowiązki, spotykał się o 11 u Bliklego z Tadeuszem Konwickim. Kawa, ciasteczka, rozmowy, zabawne komentowanie wydarzeń dnia i w ogóle wszystkiego. Często przy stoliku gromadziło się większe towarzystwo, oczywiście nieprzypadkowe. Tadeusz Konwicki, jak mawiał Gustaw – „dyrektor stolika”, decydował, kto może do panów się dosiąść. Przez ostatnich kilka lat dołączył do nich Andrzej Łapicki. Gdy poznałam Gustawa, do ścisłego grona należał jeszcze Stanisław Dygat. Tworzyli niezwykłe trio: Tadeusz, Staś, Gustaw. Spotykali się wtedy w domu państwa Dygatów, w Czytelniku, w Klubie Literatów. Mimo że oboje byliśmy domatorami, to obiad w miłym towarzystwie był zawsze atrakcyjniejszy od domowego.

To były wyłącznie męskie spotkania?
Niekoniecznie. Ja, mimo że Tadeusz i mąż zawsze mnie zapraszali, niezbyt często przychodziłam.

Dlaczego?
Chciałam opowiedzieć o innym Gustawie. Tym moim, codziennym, obdarzającym mądrością i miłością do życia, do mnie, do naszego syna
Nie jestem typem kawiarnianym. Wolę ruch, spacer niż siedzenie przy stoliku. Poza tym często nie pozwalały mi na to obowiązki codzienne i zawodowe, których zawsze miałam dużo.

Wróćmy do początku: jak się poznaliście?
W Teatrze Dramatycznym, w czasie prób do spektaklu „Życie jest snem” Calderona. Niczego nie przeczuwałam, nie oczekiwałam i właśnie wtedy, wiosną 1969 r., w osobie Gustawa spotkałam miłość swego życia.
Szybko zaczęłam pisać. Nasze życie stanęło mi przed oczami tak wyraziście, jakby domagało się zapisania

Jak panią przyjęło towarzystwo Holoubka?
Nie miałam poczucia, że jestem witana z wielkim entuzjazmem. Wśród jego znajomych zapanowało przerażenie, że Gucio znowu coś namieszał w swoim życiu i będą z tego kłopoty. Uknuli teorię, że rozkocham go i porzucę. Nie przypominam sobie, bym była taką famme fatale. Moi znajomi też byli nastawieni raczej na „nie” i związek z Gustawem uważali za życiową pomyłkę. Zarówno on, jak i ja z tych wspaniałych rad nie skorzystaliśmy. Po rozwodach, najpierw jego, potem moim, zamieszkaliśmy razem. Sił dodawała nam wiara w naszą miłość.

On miał 46 lat, pani 25.
Ach, te bezduszne, nic nieznaczące cyfry... To co, że różniliśmy się wiekiem, doświadczeniem, zainteresowaniami, charakterami? Nigdy nie było to dla nas problemem. Dawaliśmy sobie dużo wolności i dzięki poczuciu humoru dogadywaliśmy się w każdej sprawie. W sprawach zasadniczych kierowaliśmy się tym samym systemem wartości, a drobiazgi nie były warte sporów. Czerpaliśmy z siebie i wzbogacaliśmy się nawzajem. Każde z nas miało słabości i pasje. Godziliśmy się na nie. Gustaw pasjonował się kartami i sportem. Sport zainteresował mnie, karty raczej nie. Ja wprowadziłam Gustawa w moje towarzystwo, młodsze od niego o pokolenie. Razem chodziliśmy na wycieczki, na zabawy. Gustaw okazał się wspaniałym kompanem.

Jakim był kibicem?
Znającym się na rzeczy. Oglądanie zawodów w jego towarzystwie to była przyjemność. Wspaniale komentował, tłumaczył zawiłości. Co nie przeszkadzało mu jednocześnie szaleć z entuzjazmu. Kiedyś nawet wyrwał poręcze z fotela. Dzwonił też do Tadeusza Konwickiego i na gorąco wymieniali poglądy. Interesował się każdą dyscypliną. Śmiałam się, że gotów był śledzić rozgrywki przyzakładowej drużyny z reprezentacją przedszkola.

Ograniczał się do telewizora?
Ależ skąd! Przez wiele lat oglądał sport na żywo, na stadionach. W 1972 r. pojechaliśmy na olimpiadę do Monachium, na naszych oczach rozegrał się dramat: palestyńscy terroryści porwali izraelskich zawodników. Jednak nim to się stało, zdążyliśmy obejrzeć wiele wydarzeń sportowych.
Czerpaliśmy z siebie i wzbogacaliśmy się nawzajem. Każde z nas miało swoje słabości i pasje. Godziliśmy się na nie i szanowaliśmy je

Gustaw Holoubek dał się do czegoś przekonać?
Moją pasją były i są podróże, zwiedzanie świata. Nie wiem, czy naprawdę je polubił, czy robił to dla mnie, ale zwiedziliśmy razem Polskę i kawał świata. Przekonałam Gustawa do wyjazdów na wakacje nad morze, które zawsze kochałam, a on go nie znał, bo wolał góry. Na początku lat 80. wpadał tylko na kilka dni w odwiedziny, bo warunki, w jakich mieszkaliśmy z synem Jaśkiem, niezbyt mu odpowiadały. Z czasem, gdy zaczęły powstawać porządne pensjonaty i hotele, jeździliśmy już we trójkę na dłużej. Magnesem było też wyśmienite towarzystwo: państwo Szczepkowscy, Kydryńscy, Łapiccy, Englertowie, Zapasiewiczowie, Niedenthalowie, Konwiccy, Niemczyccy. Odwiedzaliśmy się, krążyliśmy po półwyspie w poszukiwaniu atrakcji. Mimo że byliśmy otoczeni ludźmi, lubiliśmy pobyć ze sobą sami. Chodziliśmy na spacery, do kina, kawiarni. Randkowaliśmy sobie. Ja natomiast dzięki Gustawowi poznałam Tatry.

Andrzej Łapicki powiedział kiedyś: „Holoubek aktorstwo traktował z dystansem, jako sposób na poznawanie nowych ludzi, źródło anegdot i zabawnych chwil przy bufecie. Mawiał, że wierzy jedynie w życie towarzyskie”.
Moja opinia jest nieco inna. Praca była pasją Gustawa. Traktował aktorstwo jako formę wyrażenia siebie. Nie udawał kogoś, kim nie był. Pewnie dlatego nie lubił charakteryzować się. Esencją jego życia nie było aktorstwo, ale samo życie. A samo życie to spacer z dzieckiem, czas spędzony w domu i wśród ludzi, codzienne troski i radości. Zawsze twierdził, że ktoś, kto nie żyje pełnym życiem, nie ma nic do powiedzenia na scenie.

Nie lubił aktorów?
Nie lubił tych, którzy ani na chwilę nie potrafią przestać być aktorami. Uważał, że nie wolno tej sztucznie wykreowanej filmowej czy teatralnej rzeczywistości wprowadzać w realne życie. To grozi kabotyństwem. Kiedy schodził ze sceny, był już sobą i tylko sobą.

W państwa domu nie czuło się, że mieszka w nim dwoje aktorów?
Ach, te bezduszne, nic nieznaczące cyfry. To co, że różniliśmy się wiekiem, doświadczeniem, zainteresowaniami? Nigdy nie było to dla nas problemem
Dyskutowaliśmy, spieraliśmy się, ale żadne z nas nie zadręczało rodziny przedpremierowymi nerwami czy dylematami związanymi z „tworzeniem postaci”. Praca odbywała się na próbach, w domu szukaliśmy spokoju.

„Kobieta powinna mieć wyrozumiałość dla słabości męskich” – to pani słowa. Jakie miał Holoubek?
Papierosy. Nie znoszę dymu papierosowego i z trudem zdobywałam się na wyrozumiałość. Kiedyś palili prawie wszyscy i wszędzie, ale przyszedł czas, kiedy ludzie zaczęli rezygnować z nałogu, chociażby w trosce o zdrowie. Myślałam, że Gustaw się opamięta. Przestał palić, gdy zaszłam w ciążę, i wytrzymał cztery lata. 13 grudnia