Czas na piknik

Słońce grzeje coraz mocniej, więc pora na piknik. „Pique-nique", francuskie słowo, kiedyś oznaczało zwyczaj przychodzenia na kolację do oberży z  własnym winem.

Podobno na brytyjski grunt przeszczepił je Lord Chesterfield, znany próżniak i  hulaka – określał nim popijawę połączoną z  grą w  karty na pieniądze. Z  czasem znaczenie słowa „picnic" zmienili angielscy myśliwi, którzy często przerywali polowanie, 
aby coś przekąsić.

To „coś" nie jest sprawą obojętną. Piknik to dość elegancka wycieczka na łono przyrody. Wzorem Brytyjczyków do wiklinowego kosza pakujemy paszteciki, sandwicze z  ogórkiem, no i  „scones", czyli świeże bułeczki z  konfiturą malinową. Podchodząc do sprawy mniej tradycyjnie, można zabrać sushi, albo bagietkę, posmarowaną np. pastą z  bakłażanów. Popijając ją różowym winem, szybko dojdziemy do wniosku, że nic nie relaksuje bardziej, niż smaczny posiłek wśród zieleni.