Cyfrowi nomadzi

Monotonna praca za biurkiem nie jest dla nich. Rzucili więc wszystko i wyruszyli w podróż, by łączyć przygodę z zarabianiem. I tak dzięki sieci oraz wirtualnej rzeczywistości prowadzą szalone życie. W realu.

– Przepraszam za mój język. Od półtora miesiąca nie rozmawiałam po polsku – zaczyna rozmowę Ola Synowiec, która ponad rok temu po raz ostatni zamknęła drzwi swojego mieszkania na warszawskiej Pradze. Została pełnoetatowym cyfrowym nomadą (z ang. digital nomad). Czyli osobą, która przez internet pracuje z dowolnego miejsca na świecie. Podróżuje, przeskakując z kontynentu na kontynent. W zeszłym roku odwiedziła 18 krajów. Na chleb zarabia jako dziennikarz. To, skąd pisze, nie ma znaczenia. – Pierwszą osobę, która pracowała online, spotkałam sześć lat temu na rajskiej plaży w Brazylii. To był portugalski profesor, który w ten sposób prowadził wykłady – wspomina. Jak twierdzi, jedyną rzeczą, której naprawdę potrzebuje, jest komputer. – To podstawa. Kiedyś jeździłam z zapasowym. Teraz wożę ze sobą tylko jeden, ale nigdy się z nim nie rozstaję. Nawet jeśli mam zwiedzać, plecak zostawiam w knajpie, a laptop pakuję w tobół i taszczę wszędzie ze sobą – wyjaśnia. Dlaczego zdecydowała się na życie w drodze? – Mam tylko jedno życie. Staram się więc naginać czasoprzestrzeń, wędrując po świecie. Wówczas czas się wydłuża. W kilka dni przeżyję więcej, niż siedząc w jednym miejscu.

Czyste powietrze i szybkie łącze

Aż tak intensywne zwiedzanie świata nie jest jednak domeną większości cyfrowych nomadów. Zwykle zatrzymują się na miesiąc, czasem na pół roku. Czyli na wystarczająco długo, żeby nacieszyć się miejscem, a jednocześnie spokojnie popracować. To podstawowe kryterium odróżniające ich od normalnych turystów. – Jak na ekspata zbyt krótko siedzę w jednym miejscu. Na turystę – zbyt długo – podsumowuje Antoni Myśliborski, który od trzech lat pracuje jako programista freelancer, przemieszczając się po Azji. Obowiązki zawodowe determinują zresztą nie tylko czas pobytu, lecz również obrany kierunek. Dlatego każdy, kto zaczyna życie jako cyfrowy nomada, prędzej czy później trafia na Nomad List. To portal, który pomaga wybrać idealne miejsce do pracy. Pod lupę brana jest szybkość dostępnych bezprzewodowych łączy internetowych, koszty utrzymania oraz pogoda. Ważne są również czyste powietrze i bezpieczeństwo. I pewnie dlatego (czyli: ze względu na korzystną relację jakości do ceny) na pierwszym miejscu znajduje się położone w północno–wschodniej części Tajlandii Chiang Mai.

W granicach rozsądku

Antoni Myśliborski podczas kilku odwiedzin miał okazję obserwować, jak miasto zmienia się pod wpływem jego specyficznych mieszkańców. – Pojawia się coraz więcej kawiarni ukierunkowanych na pracę, miejsc coworkingowych – podkreśla. Co ważne, ceny w Chiang Mai są bardzo przystępne dla pracowników z Zachodu. – Już za 400 zł miesięcznie można wynająć własny pokój z łazienką, za 700 zł z dostępem do basenu, a za ponad 1 tys. zł możesz mieć naprawdę luksusowe warunki – dodaje Patryk Żółtowski, który tworzy aplikacje mobilne. I sam od roku jest w drodze.

Błędem jest jednak myślenie o digital nomads w kontekście backpackingu, czyli taniego podróżowania. Choć Antoni Myśliborski sam w ten sposób przez wiele lat poznawał świat, z chwilą, kiedy zaczął łączyć pracę z pobytem w egzotycznych krajach, musiał zweryfikować przyzwyczajenia. – Nie da się pracować i żyć za grosze – przekonuje. – Cenę podbija internet. I klimatyzacja, którą wcześniej miałem za zbędny luksus. Jednak bez niej nie sposób skupić się na pracy. W pokoju musi być też stół i krzesło oraz okno. To wszystko podnosi koszty – wylicza.

Ile trzeba zarabiać, aby prowadzić tego rodzaju tryb życia? Nie tak wiele. Według Patryka Żółtowskiego miesiąc utrzymania w tropikach to koszt ok. 2–3 tys. zł. Przynajmniej na razie. – Azja robi się coraz droższa. Skończyły się czasy, kiedy można tu było żyć niemal za darmo – podsumowuje Antoni Myśliborski. – Nie oszukujmy się: takie doświadczenie nie daje wyjątkowych korzyści w życiu zawodowym. Zyskujesz atrakcyjne życie poza pracą. Musisz tylko pilnować, żeby nie przysłoniło ci obowiązków.

Osobno, ale razem

Właśnie po to cyfrowi nomadzi wędrują do takich miast, jak tajlandzkie Chiang Mai lub Bangkok, hiszpańskie Las Palmas czy marokański Taghazout. Szukają społeczności, która pozwoliłaby im zapomnieć o samotności wiecznego wagabundy, a także pomogła znaleźć motywację. – Poza tym można się spotkać, coś wspólnie zdziałać, wymienić umiejętnościami – wyjaśnia Patryk Żółtowski. Jednak zwykle on i podobne mu osoby kontaktują się ze sobą tak, jak pracują – w sieci. Działają głównie w oparciu o grupy na Facebooku, dzięki którym mają dostęp do informacji, gdzie warto wynająć mieszkanie, pożyczyć skuter, bezpiecznie naprawić komputer.

Zdaniem Agnieszki Nazaruk, właścicielki strony internetowej poświęconej fitnessowi oraz współautorki aplikacji Niva (umożliwiającej uprawę ekologicznych warzyw w szklarni za pomocą smartfona), to wszystko sprawia, że praca na odległość jest dziś dużo łatwiejsza niż kilka lat temu, kiedy sama zaczynała swoje wędrówki. – W 2009 r. nie było tyle hubów w Tajlandii czy na Bali. Nie było także Digital Nomad Conference. Teraz jesteśmy częścią jednej społeczności, która non stop podróżuje i pracuje. Znamy się i spotykamy w różnych częściach świata – przekonuje.

Okno na Zachód

Marcin Graczyk, właściciel butiku translacyjnego, tłumacz z Łodzi, na wszystkich zdjęciach ze swoich wyjazdów ma telefon w ręku. – To wynika z różnicy w czasie. Kiedy jesteśmy na Sri Lance czy w Bangkoku i wychodzimy na kolację, to w Europie czy Irlandii jest dopiero piętnasta. Właśnie skończył się lunch i trwa wysyłanie e–maili – opowiada. – Piszą zarówno klienci, jak i zatrudnieni u mnie ludzie. Nie sprawia mi to problemu. Zwłaszcza teraz, gdy kupiłem smartwatcha.

Pracę zaczyna rano, co daje mu przewagę od sześciu do dziewięciu godzin nad zleceniodawcami. – Nawet jeśli imprezowałem dzień wcześniej, i tak nie spóźnię się do pracy. Ważne, żebym zaczął rano. Skończyć mogę o dowolnej porze – podkreśla.

Antoni Myśliborski działa inaczej. Jeżeli tylko obowiązki mu na to pozwalają, poranki i przedpołudnia stara się wykorzystać na zwiedzanie. Do komputera siada dopiero koło 15. Podobnie funkcjonuje Patryk Żółtowski. – Azja czy Europa to dobre kierunki, jeśli pracujemy dla Europejczyków. Różnica czasu działa natomiast niekorzystnie we współpracy z Amerykanami. Bo kiedy my śpimy, oni pracują, albo na odwrót.

Walizka z gadżetami

Niezawodna stacja robocza plus dwa dodatkowe monitory. To warsztat łódzkiego tłumacza. Jak twierdzi, jest gadżeciarzem, dlatego zabiera ze sobą również różne sprzęty zapewniające dostęp do internetu. Na jego liście są: router GSM, kilkunastogodzinna bateria do laptopa i antena do łączenia się z siecią Wi–Fi nawet z odległości kilku kilometrów. – To gwarantuje święty spokój. Z anteny i baterii korzystałem w Kambodży. Razem z partnerką i córeczką byliśmy na wyspie, na której było zero prądu, zero zasięgu, zero czegokolwiek. Wsiadaliśmy na łódkę, gdy dostałem zlecenie „na już". Popłynąłem, ściągnąłem otwarte łącze z brzegu i pracowałem. Marysia z Sonią spacerowały po plażach, a ja siedziałem i klepałem zadowolony z siebie, że jestem niezawodny – śmieje się Marcin Graczyk.

Sprawdzony sprzęt nie musi jednak oznaczać kilogramów bagażu. Agnieszka Nazaruk całe swoje życie pakuje do jednej walizki. – Podróżując kolejno przez Stany, Chiny, Tajlandię, Indonezję, przekonałam się, że nie potrzebuję wielu rzeczy. Wiem, że cokolwiek kupię, będę musiała nosić ze sobą, dlatego wybieram jedynie rzeczy bardzo dobrej jakości i te, których potrzebuję – tłumaczy. Jej bagaż to przede wszystkim sprzęt potrzebny do pracy, laptop i telefon, a także drobiazgi ułatwiające życie obieżyświatom, m.in. Bluetooth czy czytnik e–booków. Specjalnie dobrane są też ubrania. – Teraz spędzę pół roku w Londynie. Mam tylko dwie sukienki. Może gdybym pracowała od dziewiątej do siedemnastej, byłoby inaczej. Ale to mi w zupełności wystarcza, żeby ubrać się na wszystkie imprezy.

Biznes w raju

– Ludzi, którzy chcą być niezależni, realizować swoje pasje i spełniać marzenia, jest coraz więcej. To osoby, które dziś pracują w korporacjach, mają odłożone pieniądze i są znudzone dotychczasowym życiem. Potrzebują zmiany, tylko nie wiedzą, od czego zacząć – przekonuje Krystian Koronowski, założyciel Business Paradise, firmy, która ma im ułatwiać wejście na drogę cyfrowego nomadyzmu. Sam zdecydował się na ten styl życia w 2014 r. 
Pół roku później był już w drodze do Tajlandii z biletem w jedną stronę, z zamiarem zdalnego rozwijania dwóch swoich firm: 
HighSolutions (tworzącej rozwiązania IT dla biznesu) i EnergyBanks (oferującej powerbanki dla klientów indywidualnych i korporacji). Po kilku miesiącach spędzonych w południowo–wschodniej Azji przekonał się, że skuteczne prowadzenie biznesu na odległość wymaga żelaznej dyscypliny, zaufanych ludzi w terenie i maksymalnej automatyzacji procesów. – Na początku popełniłem wiele błędów, zaczynając od zbytniego skupienia się na zwiedzaniu. W ten sposób szybko kończą się pieniądze i już nie można, ale trzeba pracować. Po pierwszych kilku miesiącach okazało się również, że HighSolutions wymaga ode mnie zbyt dużego zaangażowania, dlatego zrezygnowałem z tej firmy i skupiłem się na rozwijaniu biznesu z powerbankami. Zmieniłem też styl działania. W Bangkoku zacząłem pracować w systemie trzy–cztery dni intensywnej pracy, a potem dłuższy weekend. Jednak cały czas jestem wtedy pod telefonem – przyznaje.

Pod wpływem własnych doświadczeń i lektury książki Timothy'ego 
Ferrissa „Czterogodzinny tydzień pracy" postanowił organizować „nomadcampy", poprzedzone szkoleniem na temat zakładania biznesu w dowolnym miejscu na świecie. – Planujemy 20–30–osobowe grupy osób, które przez trzy miesiące mogłyby wspólnie pracować pod opieką naszych mentorów. Podobne rozwiązania funkcjonują już na świecie. Koszt uczestnictwa w takim obozie waha się od 500 do 
1500 dol., w zależności od oferty – tłumaczy Krystian Koronowski. Pierwsza grupa ruszy już w przyszłym roku, w Tajlandii. Kolejne planowane są w Indonezji i Hiszpanii. – Ludziom wydaje się, że łatwo prowadzić biznes, leżąc na plaży. A realia są takie, że zanim się to wszystko dobrze zorganizuje, pracujesz nawet nie osiem, ale 16 godzin dziennie.

Wszystkie drogi prowadzą do oazy

Gdyby nie klienci z Europy Zachodniej, Marcin Graczyk mógłby zapomnieć o pracy zdalnej. – Pod tym względem jesteśmy 10 lat za Zachodem. Na szczęście moich klientów nie interesuje, gdzie aktualnie pracuję. Kiedy piszę, że właśnie przenoszę biuro do innego kraju i przez dwa–trzy dni będę nieobecny, tylko mi kibicują. Tymczasem jak rozmawiam ze znajomymi w Polsce, także tymi, którzy posiadają własne firmy, to w głowach im się nie mieści, że można pracować z innego miejsca niż zza biurka