Cud niepamięci

Ile dałbym, by zapomnieć cię... To słowa piosenki. Czasem warto zadedykować je twórcom i odtwórcom filmów klasy B.

Na wrześniowe wieczory polecam nową „Niepamięć" z Tomem Cruise'em. Jednak parafrazując tytuł, niepamięć to najlepsze, co po obejrzeniu tego dzieła mogą zrobić fani Cruise'a. A proszę mi wierzyć, że zaliczam się do grona tych najwierniejszych.

Jest także nowy Schwarzenegger (swoją drogą, czy w Polsce obowiązuje ustawa nakazująca wymyślanie bezmyślnych tytułów dla filmów Arnolda?). „Likwidator" jest niezły, jak na kino klasy B sprzedawane z koszów w supermarketach. Jako wierny fan byłego gubernatora poczekam jednak na jego kolejne dzieło udając, że ten film nigdy nie powstał. Mam już takich nieistniejących filmów ze Schwarzeneggerem kilka...

Jest także „Sęp". Och, to jest dopiero dzieło do wymazania z pamięci! Jeden z grających w nim aktorów obiecał mi prywatnie, że jeśli ten film obejrzę, to się nie rozczaruję... Osobiście wolałbym, żeby Schwarzenegger zamiast „Likwidatora" nakręcił serial pt. „Likwidator kiepskich scenariuszy zakładających, że odpowiednia muzyka i srogie miny aktorów nadrobią dłużyzny i zastąpią brak logiki". Ale obawiam się, że również i taki film szybko by popadł w niepamięć.

Polecam więc kilka klasyków, które akurat ukazały się w nowych, czasem poszerzonych o dodatki wydaniach – chociażby genialny kryminał „Siedem", niezły „J. Edgar" o życiu dyrektora FBI czy „Wejście smoka".