Chcę być zapamiętany

Trafił właśnie na listę 100 najwybitniejszych koszykarzy NBA. Ale Skrzywdzi go ten, kto powie, że jest tylko i aż jedynym polskim graczem w najlepszej światowej lidze. Bo Marcin Gortat prowadzi również szeroką działalność charytatywną, inwestuje w nieruchomości, ma restaurację i otwiera sieć barów. Przed państwem Leonardo da Vinci XXI w.

Szkoda, że czytelnicy tego nie widzą. Włączam dyktafon, a ty w tym czasie smarujesz maścią lewe przedramię z niedokończonym jeszcze tatuażem. Co to będzie?

Cover, czyli zakrycie poprzedniego tatuażu, wstrętnego gremlina. Był ewidentnym błędem młodości, bo niczego specjalnego nie oznaczał. Teraz mam symbol młota, zakończonego wikińską rękojeścią, który graficznie „rozwala" mi rękę. Mój nickname w USA, i wcześniej w Bundeslidze, to przecież „Polish Hummer", czyli właśnie Polski Młot.

Tatuaże są twoimi talizmanami?

Mają dla mnie duże znaczenie. Miesiąc temu zakryłem tatuaż wykonany kilka lat wcześniej. W studiu tatuażu od razu wpadł mi do głowy pomysł, aby był to polski orzeł, bo jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Jednym z moich ważniejszych tatuaży jest znaczek GROM–u. Dwa lata temu zostałem uhonorowany wojskowym odznaczeniem, Gromikiem, za pomoc weteranom i współpracę z nimi. Mam w wojsku kolegów, przyjaciół, więc zapytałem ich, czy mogę sobie taki symbol wytatuować. Czułbym się niekomfortowo bez ich zgody. Na łopatce mam też znaczek 57, bo to mój ważny numer, draftowy.

Gdy mówisz o wojsku, pojawia ci się błysk w oczach. Czy dobrze myślę, że gdybyś nie był koszykarzem, to byłbyś żołnierzem na misjach?

To jest w stu procentach pewne. Kręci mnie wojskowa dyscyplina, trening, jaki otrzymują chłopaki. Trzeba mieć poukładane w głowie, żeby to robić, a walka na misjach dodatkowo kształtuje charakter. Poza tym podziwiam żołnierzy za to, że mają w sobie mnóstwo siły i odwagi, aby walczyć o pokój w różnych częściach świata. Bycie żołnierzem to także nauka pokory, która jest niezwykle istotna. Jak sama widzisz – wszystkie piękne cechy.

Co sądzisz o głosach, że nawet misja stabilizacyjna oznacza zabijanie?

Nie rozumem, dlaczego wszyscy, mówiąc o żołnierzach, od razu myślą o zabijaniu. Pamiętajmy, że po różnych kataklizmach czy klęskach żywiołowych to właśnie żołnierze są pierwszymi osobami, które niosą pomoc. Oczywiście, robią to też cywile, ale dzięki doświadczeniu i odpowiedniemu przeszkoleniu to właśnie służby mundurowe budują szkoły, tamy, oczyszczają teren. Żołnierze chwytają za broń, kiedy jest potrzeba, kiedy muszą stanąć w obronie. Ryzykują, aby chronić życie i zdrowie innych. Nie zapominajmy o tym...

Dla uspokojenia emocji porozmawiajmy o byciu autorytetem. Twój agent mówił, że nie podpisujesz kontraktów reklamowych z producentami alkoholi czy energetyków, żeby dawać dzieciakom dobry przykład.

To świadome działanie, jakie obraliśmy razem z ludźmi z mojej fundacji MG13. Miałem potężne oferty od firm alkoholowych i innych, które nie wpisują się w cele fundacji, w promowanie przeze mnie sportu i zdrowego stylu życia. Ale myślę, że w przyszłości pewne rzeczy mogą się zmienić. Na pewno złagodzę swoje kryteria. Mam 32 lata i choć z roku na rok gram coraz lepiej, niedługo przyjdzie moment, że zawieszę buty na kołku. A dzięki sponsorom i reklamodawcom mogę kreować nowe projekty. Na tym mi zależy. Wolę pomóc dzięki nim setkom dzieciaków i domom dziecka, niż zastanawiać się, czy coś nie pasuje do mojego wizerunku. Chcę pomagać, a na wszystko potrzebne są wielkie fundusze, które obecnie płyną w dużej mierze z mojej kieszeni.

Pamiętasz moment, w którym pomyślałeś, że powinieneś być szczególnie w porządku, bo obserwują cię tysiące małolatów?

Tak, było ich kilka. Lata temu, kiedy dopiero zaczynałem grę w NBA, odwaliłem coś w klubie... Trener oraz działacze poprosili mnie wówczas na rozmowę i usłyszałem: „Słuchaj, musisz uważać, ludzie zwracają uwagę na to, kim jesteś, co robisz". To był pierwszy sygnał ostrzegawczy. Kolejne to te, kiedy jeździłem po całej Polsce, organizując z fundacją tzw. campy, czyli obozy koszykarskie. Rodzice tych dzieciaków dziękowali mi, mówili ważne słowa, m.in. o tym, że jestem idolem syna czy córki. I znowu to było jak walnięcie młotkiem. Pomyślałem: muszę uważać na to, co mówię, na każdy gest! Dziś mam ogromną świadomość odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa, także za ludzi z mojego otoczenia.

Ile osób zatrudniasz?

W samej fundacji MG13 kilkanaście osób, a poprzez inne spółki i działalności – ok. 200 ludzi. Swoimi czynami odpowiadam więc nie tylko za siebie. To, co robię i jak się zachowuję, ma ogromny wpływ na wszystkich, którzy są u mojego boku. Razem ciężko pracujemy na nasz wspólny sukces, budujemy dobre imię fundacji, rozwijamy się także na innych płaszczyznach... Lekkomyślność mogłaby to wszystko zniszczyć. Jeden głupi wybryk i cały nasz dorobek mógłby runąć jak domek z kart. Nie mogę sobie na to pozwolić, bo wiem, jak wiele mogę stracić...

Mówisz bardzo logicznie, świadomie. Można by pomyśleć, że posiadłeś wiedzę kilku biznesowych uniwersytetów.

Przede wszystkim kręci mnie to, co robię, i dużo podpatruję od innych. Gracze NBA często zakładają fundacje w USA, ponieważ pomaga im to w kwestiach podatkowych. Ja zdecydowałem się na utworzenie swoje fundacji w Polsce z zupełnie innych pobudek. Działam charytatywnie, bo mam taką chęć. Wiele ludzi dopytuje, co jest moim celem. Odpowiadam: fajnie mieć pieniądze, ale najważniejsze jest zbudowanie swojego „legacy", czyli dziedzictwa, jak mówią Amerykanie. Chcę być zapamiętany nie tylko jako sportowiec, któremu udało się osiągnąć wiele sukcesów zawodowych i zarobić pieniądze. Chciałbym, aby ludzie pamiętali, że pomagałem innym. Dążę do tego, aby zostawić po siebie jak najwięcej dobrego. Chcę, aby moje dzieci i wnuki były ze mnie dumne i kontynuowały to, co zacząłem. Dziś żyję wielką bajką i przygodą, ale nie zapominam też, że są ludzie, którzy nie mają tak dobrze i potrzebują pomocy. Skoro mam taką możliwość, staram się wyciągać pomocną dłoń.

Jak i kiedy obmyślasz biznesowe strategie, inwestycje?

O tym powstał nawet artykuł w amerykańskiej gazecie. Bałem się, że ludzie wezmą mnie za świra. Dziennikarz, zgodnie z prawdą, napisał, że po ciężkim meczu lub treningu siadam przed białą ścianą i wpatruję się w nią godzinami. Myślę o tym, kim jestem, do czego dążę i czego potrzebuję. To są te momenty, kiedy w mojej głowie rodzą się nowe pomysły. Czasami obmyślam sprawy nad basenem albo przed moim ulubionym akwarium. OK, restauracja, więc trzeba zrobić to i to... Zadzwonić tu i tu... Od razu rozkręcam cały plan biznesowy. Wiadomo, gdyby nie zaplecze finansowe, nie mógłbym robić wielu rzeczy. Poradziłem sobie bez ukończenia studiów. Nie udało mi się nawet zdać matury, bo wyjechałem grać do Niemiec. Mimo to nie czuję się gorszy od absolwentów najlepszych uczelni. Przeszedłem zupełnie inną szkołę. Żyłem w trzech krajach: w Polsce przez 18 lat, w Niemczech – cztery, a teraz mija mi 10. rok w USA. Poznałem tysiące ludzi i życie z różnych stron. Wyjeżdżając za granicę jako nastolatek, musiałem nauczyć się samodzielności i odpowiedzialności. Wiedziałem, że wszystko w moich rękach. Nie zawsze było kolorowo, ale się nie poddawałem. To była prawdziwa szkoła życia, a dzięki konsekwencji i ciężkiej pracy jestem tu, gdzie jestem.

Wiele znanych osób rozmienia się na drobne, robiąc milion niepotrzebnych rzeczy. Jak tobie się udaje trzymać się ściśle planów?

Widziałaś tablicę, kiedy weszłaś do fundacji? Wszystkie działania rozpisane godzina po godzinie, co, gdzie i kiedy robię. Bycie zorganizowanym jest niezwykle istotne przy dużej liczbie obowiązków. Dzięki temu wszystko działa jak w zegarku. Poza tym ufam osobom, z którymi współpracuję. Wszyscy znają mnie na tyle dobrze, że wiedzą, ile spotkań, wywiadów etc. mogą mi zaplanować na każdy dzień. Zawsze pamiętają też o tym, że codziennie muszę mieć czas na trening i regenerację. Poza tym jestem sumienny i wyznaję zasadę: najpierw obowiązki, później przyjemności. To jest chyba to, co odróżnia mnie od wielu kolegów po fachu... Prostym przykładem są chociażby moje treningi przed sezonem i w jego trakcie. Jeśli wspólnie z moją drużyną Washington Wizards mam ustalony trening na godzinę 11.00, zaczynam sam dwie godziny wcześniej. Mam siłownię, indywidualny trening z piłką i dopiero później dołączam do drużyny. To jest moja rutyna, moja normalność. Nikt mnie nie pilnuje. Nauczyłem się tego lata temu, kiedy trenowałem sam. Pamiętaj też o tym, że prowadzę fundację. Pracuje w niej kilkanaście osób, ale lubię wiedzieć, co się dzieje, na jakim etapie są trwające inicjatywy i jakie nowe działania są podejmowane. Kiedy jestem w Stanach Zjednoczonych, każdy dzień zaczynam od kontaktu z ludźmi w Polsce. Analizujemy i omawiamy wszelkie ważne kwestie. Kiedy przylatuję do kraju, najczęściej można mnie spotkać w naszej siedzibie w Łodzi. Długa lista obowiązków powoduje, że najbliższy kontakt mam głównie z rodziną i przyjaciółmi. Na spotkania ze znajomymi nie pozostaje zbyt wiele czasu, bo aktywności w różnych dziedzinach wciąż przybywa. Całkiem niedawno zostałem ambasadorem Muzeum Narodowego. To dla mnie wielki zaszczyt, chcę je aktywnie promować na świecie.

Wiesz, jak stać się gwiazdą koszykówki. Pod twoim nazwiskiem działają dwie Szkoły Mistrzostwa Sportowego, a w planach kolejne...

Szkoły w Łodzi i Krakowie działają prężnie od kilku lat i są w pełni inicjatywą moją oraz mojej fundacji. W planach są nowe: w Poznaniu, Trójmieście i na pewno jakaś na wschodzie Polski. Są to szkoły prywatne, ale dzięki naszym partnerom uczniowie nie muszą płacić czesnego. Szkolimy narybek i wierzymy, że za kilka lat będzie reprezentować nasz kraj podczas mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich. Poza szkołami od dłuższego czasu organizujemy także obozy sportowe dla najmłodszych w wieku 9–13 lat. Uczestnicy naszych campów mają okazję wyjechać do USA i zobaczyć mecz NBA na żywo. Wspólnie z NBA prowadzimy też Junior NBA Clinic. Chcemy również pomagać tym, którzy są chętni wyjechać do amerykańskich college'ów. Jedyne, czego mi brakuje, to drużyny w ekstraklasie, ale na to potrzebne są milionowe nakłady.

Ciekawe jest to, że pracujesz, głównie w fundacji, tylko z bliskimi znajomymi, często z dzieciństwa.

W USA jest ze mną Michał Micielski, przyjaciel i agent w jednej osobie. Znamy się od pierwszego kozła, jeszcze z łódzkiej drużyny. Grasowaliśmy jako młode szczawiki po klubach... Od zawsze sobie pomagaliśmy i ufam mu bezgranicznie. W fundacji, owszem, pracują koledzy sprzed lat. Z jednym z nich grałem w koszykówkę, inny – co ciekawe – pisał pracę magisterską na mój temat! Jest też mój brat Filip. Ale mimo kumpelskich relacji nie są to osoby przypadkowe. Dzięki ich ciężkiej pracy i zaangażowaniu udało się nam stworzyć jedną z prężniej działających fundacji w Polsce. Wielka w tym zasługa Kuby Kopcia, prezesa MG13, którego poznałem kilka lat temu podczas jednej z dużych kampanii społecznych. Dzięki tym wszystkim osobom pomagamy dzieciakom, weteranom wojennym, instytucjom, domom dziecka i wielu, wielu innym...

To do ziomków masz największe zaufanie?

Tak, bo najbardziej ceni