By się chciało jak się nie chce

Dni, które nie różnią się od siebie. Wszystkie są jednakowo szare. 
Praca, która przestała wywoływać jakiekolwiek pozytywne emocje. Koszmary, które nie kończą się wraz z nastaniem dnia. 
Codziennie do biur i fabryk wyrusza armia zniechęconych ludzi. Co zrobić, by nie zasilić jej szeregów?

Anna przez kilka lat pracowała w dziale PR jednej z większych firm mediowych. Początkowo miała poczucie, że chociaż wyrabia sporo nadgodzin, to jednak zdobywa nowe umiejętności i doświadczenie. Szybko jednak zorientowała się, że jej zapał nie udziela się innym. Co gorsza – jej osiągnięcia nie przekładają się w żaden sposób na ewentualny awans, o podwyżce nie wspominając. Wszelkie próby rozmów z przełożonymi kończyły się zwykle uszczypliwymi komentarzami w stylu, że jest jeszcze młoda i musi cierpliwie czekać na swoją kolej. W efekcie Anna dalej robiła to, co do niej należało. Ale niemal zupełnie straciła wiarę w sens tej pracy. Niepostrzeżenie w jej życiu zagościła bezsenność. Apatia stała się stałą towarzyszką dnia. Z najwyższym trudem zmuszała się, by iść do pracy.

Podobną historię mogłoby opowiedzieć dużo więcej osób. Bo wypalenie zawodowe jest poważnym problemem współczesnego świata. Tylko we Francji dotyka ponad 3 mln osób, czyli blisko 13 proc. wszystkich zatrudnionych. Nie lepiej jest w innych krajach Europy Zachodniej. Choć w Polsce nie przeprowadzono dotąd podobnych badań, to i bez nich wiadomo, że sprawa jest bardzo poważna.

Cudów nie ma

– Wypalenie zawodowe to stan odmienny od normalnego, w którym występują trzy elementy: zmęczenie i obniżenie poziomu energii, obojętność wobec ludzi, a także poczucie bezradności – wylicza Jacek Santorski, psycholog i dyrektor Akademii Psychologii Przywództwa. Zwraca przy tym uwagę, że ktoś może odczuwać zmęczenie, ponieważ nie chce obniżyć swojego poziomu życia. I pracuje niemal obsesyjnie, by spłacić kredyt, który zaciągnął na zakup mieszkania. W takim przypadku trudno mówić o wypaleniu. Przemęczony organizm można dość łatwo wyprowadzić na prostą. Wystarczy kilka solidnie przespanych nocy. – Jeśli jednak sen nie przychodzi przez kilka tygodni, to wtedy w grę może wchodzić wypalenie.

Niektóre osoby są szczególnie nim zagrożone – ostrzegają psycholodzy. To przedstawiciele tych zawodów, w które jest niejako wpisana pomoc innym. Czyli lekarze, pielęgniarki, terapeuci czy nauczyciele. – Problem dotyczy też osób przeciążonych pracą, które jednocześnie nie mają wpływu na to, co się dzieje w biurze. Często stoją najniżej w hierarchii organizacyjnej firmy – mówi Ewa Kawecka, coach i doradca zawodowy. – Wypaleniu zawodowemu sprzyja również konflikt wartości. Jeżeli zajmujemy się sprzedażą produktów, w których skuteczność nie wierzymy (np. niektórych leków) bądź uważamy, że są szkodliwe (np. papierosy), to nie oczekujmy cudów. Długo w takiej pracy nie wytrzymamy!

Syndrom wypalenia zawodowego dotyczy także osób bardzo ambitnych, idealistycznie postrzegających cel swojej pracy. – Ich oczekiwania i głębokie przekonanie o nieskończonej możliwości wpływu na rzeczywistość zderzają się z realiami. A dokładniej: własnymi siłami, wytrzymałością psychiczną i ograniczeniami w firmie – tłumaczy psycholog Joanna Heidtman.

Świat nowych folwarków

Co zatem zrobić, by odnaleźć w sobie wewnętrzną motywację do działania? Innymi słowy: co zrobić, by chciało się chcieć? – Na to pytanie nie ma, niestety, prostej odpowiedzi. Jeżeli zmagamy się z objawami psychosomatycznymi czy stanem depresyjnym, warto poszukać pomocy u psychoterapeuty. Kiedy jesteśmy na etapie ogólnej irytacji i zniecierpliwienia, możemy udać się do certyfikowanego coacha kariery – radzi Ewa Kawecka. A Joanna Heidtman dodaje, że czasem trzeba popracować nad swoim myśleniem. – Dużo ciężej jest osobom, które mają poczucie misji. Chcą, by wszystko było zrobione idealnie, dlatego poświęcają cały swój czas pracy. W takiej sytuacji koniecznie trzeba zmienić nastawienie, odbudować motywację, przy jednoczesnym urealnieniu oczekiwań – dodaje Heidtman. Zaznacza jednak, że jeśli objawy wypalenia pojawiły się na skutek chronicznego poczucia bezradności i stresu, związanego np. z mobbingiem, to trzeba odciąć się od tych bodźców. I jak najszybciej zmienić pracę.

– Mamy teraz w Polsce do czynienia z sytuacją podobną do tej, w której przez stulecia byliśmy zapleczem rolniczym świata. Tyle że teraz folwarki zostały zastąpione przez centra outsourcingowe. Osoby zatrudnione w call center wykonują pracę powtarzalną, żmudną. Nie mają zapewnionej dostatecznej liczby przerw, czasu na złapanie oddechu. Takie warunki są znacznie bardziej niebezpieczne dla naszego samopoczucia niż kapryśny szef – mówi Jacek Santorski.

Szukanie nowej pracy również jest obarczone sporym ryzykiem: jeden nieostrożny ruch i wpadniemy w spiralę samospełniającej się przepowiedni. Przykładowo ktoś czuje się fatalnie w biurze, a jednocześnie nie wierzy w to, że może cokolwiek w swoim życiu zmienić. Na rozmowy w sprawie nowej pracy chodzi więc bez wiary. W efekcie wypada na takich spotkaniach fatalnie i... czuje się jeszcze gorzej. Z błędnego koła można się jednak wyrwać. Najważniejsze, by nie powielać takiego zachowania. – Im szybciej odnajdziemy północ na zawodowym kompasie, czyli ustalimy, co sprawia nam największą satysfakcję i czego oczekujemy od otoczenia, tym bardziej optymistycznie będziemy patrzeć w przyszłość – przekonuje Joanna Heidtman.

Sens utracony

Nie zawsze jednak zmiana zawodu jest jedynym wyjściem z sytuacji. – Wypalenie jest kwestią nie samego zawodu, ale całego środowiska pracy. Dlatego zamiast myśleć o przebranżowieniu, lepiej poszukać miejsca, w którym szef będzie nas doceniał – mówi Jacek Santorski. Trudne? Owszem, ale wykonalne. Psycholog przestrzega przy tym, by nie zrzucać całej winy na innych, choćby na atmosferę panującą w korporacji. Wiele zależy od nas. I tu zaczynają się schody. – Bo nie umiemy żyć. Po prostu – mówi krótko. I radzi, by zamiast wykonywać nieporadne ruchy, skupić się na przeżywaniu określonego momentu. Najprościej rzecz ujmując: praca to praca, a kochanie to kochanie.

Takie rady wzięli sobie do serca przedstawiciele pokolenia Y. 
– To ludzie zdecydowanie bardziej świadomi swoich potrzeb. Co więcej – potrafią wyegzekwować ich realizację. Pracują, by żyć, a nie odwrotnie. Z takim podejściem łatwiej im zadbać o kluczowy element satysfakcjonującego życia, czyli równowagę pomiędzy pracą a życiem – przekonuje Ewa Kawecka. Wtóruje jej Jacek Santorski. – Pokolenie Y jest wolne od złudzenia, że w jednym miejscu pracy spędzi całe swoje życie. Wie doskonale, że w ciągu swojej kariery będą je zmieniać wielokrotnie. Mają również inną hierarchię wartości: wolą kolekcjonować przeżycia niż przedmioty – mówi.

Anna ostatecznie zdecydowała się odejść z korporacji. Doszła do wniosku, że tak naprawdę zawsze marzyło jej się coś innego – pisanie scenariuszy do seriali. Szybko okazało się, że ma do tego prawdziwy talent. Teraz działa przy kilku produkcjach. I choć starym zwyczajem wyrabia nadgodziny, to czuje, że jej praca odzyskała sens.