Buntownik z ważnego powodu

Miał być prawnikiem, ale krawat za mocno uwierał go w szyję. 
Wytrzymał w zawodzie kilka lat i poszedł na swoje. 
Dziś narzędziem jego pracy jest aerograf, a płótnem kaski, hełmy dla pilotów, baki motocykli. Piotr Parczewski tworzy na nich dzieła sztuki.

– Dzwoni do mnie człowiek z pytaniem, czy pomalowałbym mu kask. Odpowiedź jest oczywista: tak. Pytam, co chciałby mieć na tym kasku. Odpowiada: „nie wiem, może coś związanego z quadami, bo są dla mnie odskocznią od codzienności" – opowiada Piotr Parczewski. Ale dla niego to za mało, dlatego drąży temat. Mężczyzna łamiącym się głosem opowiada, że trzy lata temu urodził mu się syn. Niestety, porażenie mózgowe spowodowało, że jest głuchy i ma niedowład kończyn. Parczewski proponuje: – Zrobimy na kasku odcisk stópek małego dziecka, w tle zarys nóg skaczącego dorosłego mężczyzny, z drugiej strony dwie dłonie, jedna duża, druga mała, symbolizujące opiekę rodzica nad dzieckiem. Obrysujemy to grafiką „celownika" jako symbolu celu do osiągnięcia.

Kilka dni później wysyła projekt do mężczyzny, który ocenia krótko: na tym kasku jest całe nasze obecne życie.

Latem 40–letni Piotr Parczewski spędza w pracowni aerografu dziewięć godzin, w zimie czas ten wydłuża się do prawie pół doby. Nigdy nie pracuje tylko nad jednym projektem, zazwyczaj robi jednocześnie dwa lub trzy. Najpierw siedzi przed ekranem komputera i rysuje wzór, potem bierze w dłoń pistolet i rozpyla farbę na kaski i kadłuby motocykli. Opary lakierów mu nie przeszkadzają. Jego klientami są m.in. podróżniczka Martyna Wojciechowska, kabareciarz Michał Wójcik, mistrz olimpijski Kamil Stoch i Jędrzej Dobrowolski, czempion w prędkości zjazdu na nartach (242 km/h).

– Od zawsze miałem w ręku długopis czy ołówek. Potrafiłem godzinami siedzieć w pokoju i rysować. Kiedyś wszedłem do pokoju rodziców i jak każdy dzieciak zawracałem im głowę. Mama powiedziała wtedy: „Piotruś, idź może do pokoju i porysuj sobie". Nie wiedziała, że właśnie spędziłem pięć godzin na rysowaniu. W domu zawsze były jakieś książki związane ze sztuką: a to album z malarstwem dawnych mistrzów, a to coś o sztuce współczesnej. W większości należały do taty, który korzystał z nich podczas studiów na gdańskiej ASP – opowiada.

Ciasny węzeł krawata

Piotr Parczewski na tę samą uczelnię się nie dostał, ale wziął sobie wtedy do serca zdanie ojca: „Pamiętaj, synu, po prawie artystą możesz być zawsze, po ASP adwokatem raczej nie". Ukończył więc prawo na Uniwersytecie w Toruniu, przepracował w zawodzie kilka lat, ale nie potrafił się odnaleźć w świecie spraw, które bezpośrednio go nie dotyczyły. Garnitur i koszula go uwierały, węzeł krawata uciskał grdykę.

– Ale jednocześnie prawo rozszerzyło mi światopogląd. Patrzę na świat bardzo trzeźwo, nie jak artysta, ale bardziej jak strateg–planista. Wiele moich projektów to konsekwencja sprytnie przemyślanych i zrealizowanych działań. Nie czekam i nie liczę, że ciekawe projekty same do mnie trafią, ja inicjuję rzeczy, które potem dają efekty – mówi.

Wszystko zaczęło się na drugim roku studiów. Piotr wszedł do sklepu z gazetami z całego świata i znalazł w nim magazyn „Airbrush Action" poświęcony sztuce malowania aerografem, który działa niczym pistolet lakierniczy lub spray.

– W domu oprócz albumów z malarstwem na półce w pracowni taty leżał właśnie aerograf – wspomina. Był to sprzęt siermiężny, toporny i brzydki, wyprodukowany jeszcze w Związku Radzieckim, ale od czasu do czasu udawało się nim jeszcze malować. Na ostatnich stronach zagranicznej gazety był artykuł z cyklu „krok po kroku" ukazujący, jak powstaje grafika na baku motocyklowym Harley–Davidson. – Wtedy zaczęło mi coś świtać: skoro Amerykanie robią takie rzeczy, piszą o tym, a ludzie na całym świecie zachwycają się ich pracami, to czemu by nie spróbować?

Był rok 1998, niewiele osób słyszało, co to jest aerograf i jak działa. Jedynie motocykliści znali jego działanie, tradycja ozdabiania i malowania jednośladów sięga początków motoryzacji. Piotr Parczewski postanowił, że pracę nad swoim pierwszym bakiem motocykla sfotografuje również krok po kroku, opisze kolejne etapy i wszystko wyśle do magazynu „Giełda Motocyklowa". Zadzwonił do redakcji, przedstawił się jako specjalista od zdobienia pojazdów aerografem i zaproponował materiał ze swojej pracy.

– Zrobiłem to z pełną premedytacją, mając świadomość, że moje „specjalizuję się" dotyczy jedynego jak na razie wykonanego projektu. Nie miałem jednak nic do stracenia, mogłem tylko zyskać. Po publikacji mój telefon się rozdzwonił – mówi. Okazało się, że ludzie byli głodni nowych możliwości ekspresji samego siebie. Posiadanie drogiego motocykla już nie wystarczało, odwieczna potrzeba wyróżniania się nakręcała mu klientów.

Kumple od zawsze

Ten pierwszy projekt nazywał się „Kamienna Dama". Parczewskiemu trzęsły się ręce, bo motocykl wart był wówczas tyle, ile średniej wielkości mieszkanie w jego rodzinnym Elblągu. W dłoni trzymał dłutko, którym najpierw musiał usunąć szparunek, czyli kolorową taśmę spod oryginalnego lakieru rozdzielającą od siebie dwa kolory. Dopiero wtedy mógł zacząć malować bak. Ale świadomość, jak drogi pojazd ma przed sobą, hamowała mu rękę za każdym razem, gdy zbliżał się do motocykla. W końcu się odważył. Dziś właściciel motoru jest jednym z najbliższych kolegów Piotra Parczewskiego.

Początki były trudne przede wszystkim technicznie. W Polsce nie było żadnych materiałów na temat techniki malowania aerografem, Parczewski do wszystkiego dochodził samodzielnie. Godzinami siedział w pracowni i eksperymentował. Również z technikami typowo lakierniczymi, o których jako prawnik nie miał pojęcia.

– Na początku zleciłem kilka typowych prac fizycznych normalnym lakiernikom, ale szybko zrozumiałem, że chodzi mi o wyższy poziom prac, i zająłem się tym sam. Pojawiały się też trudności emocjonalne, zastanawiałem się, czy sobie poradzę, czy wykonam projekt tak, jak oczekuje tego właściciel motocykla. Specjalnie nie używam słowa „klient" – ci ludzie byli pasjonatami. Każdy z nich, mimo że widziałem człowieka raz czy dwa w życiu, zachowywał się, jakbyśmy byli kumplami od zawsze – opowiada.

Mała czarna pełnia szczęścia

Parczewski dzień zaczyna o 7 rano. Szykuje dwie córki (Paulina, 8 lat, i Klaudia, 13 lat) do szkoły. O 8 już jest w pracowni lub swoim sklepie. Przy studio aerografu otworzył jednocześnie własny biznes, dystrybucję lakierów samochodowych renomowanych, światowych firm. Na początku obie działalności się uzupełniały – zimą malował mnóstwo motocykli i kasków. Latem, kiedy motocykliści szusowali po drogach, prezentując przy okazji jego prace, skupiał się na dystrybucji lakierów. Zanim w 2004 r. założył własny biznes, przez kilka lat pracował w zawodzie prawnika w przeróżnych instytucjach państwowych.

– Osobowość i schemat myślenia jednego z moich przełożonych tak mnie męczyły, że stwierdziłem: skoro i tak „po godzinach" tworzę i mam coraz więcej zleceń, to po jaką cholerę mam się użerać z ludźmi jego pokroju. Rzuciłem więc pracę i zająłem się aerografem na serio. Teraz przez okrągły rok tworzę projekty, a za dystrybucję lakierów odpowiedzialni są moi pracownicy – Michał, do którego należy obsługa sklepu i sprzedaż, oraz Czarek, moja prawa ręka. Mogę skupiać się tylko na tym, co kocham – uśmiecha się. 
– Jak już zagoszczę w końcu rano w pracowni, to pracę zaczynam od espresso. Uwielbiam dobrą kawę i nie wyobrażam sobie dnia bez filiżanki małej czarnej.

Zanim zasiądzie do projektów, musi jeszcze rozdysponować zadania pomiędzy pracowników, pozałatwiać firmowe sprawy niecierpiące zwłoki, a potem w końcu wsiąka w pracę. Czasami siada do komputera, żeby przygotować nowe wizualizacje, czasem od razu maluje. Zajęcie pochłania go tak mocno, że zdarza mu się mówić: wychodzę do pracy w poniedziałek o 8 rano, a jak wracam, to już jest piątek i godzina 20.

Żona nie narzeka. Odwrotnie, kibicuje Parczewskiemu od samego początku, kiedy to siedział w pracowni po kilkanaście godzin i praktycznie nie było go w domu. Większość obowiązków związanych z dziećmi i prowadzeniem domu jest więc na jej głowie, chociaż również pracuje. W jednej z agencji rządowych odpowiada za rozwój i wspieranie rolnictwa.

– Jest bardzo wyrozumiała, a to ogromnie pomaga mi w pracy. Zawsze obiektywnie oceniała to, co robię. Nie znaczy to, że wyłącznie chwaliła, bo zdarzają się momenty, gdy wylewa mi wiadro cucącej wody na głowę. Ale muszę przyznać, że dziewczyna ma wyczucie i wie, czy coś jest dobre, czy projekt należy jeszcze dopracować. Jest moim osobistym, konstruktywnym krytykiem. Znamy się od 23 lat i chyba mamy mózgi połączone Bluetoothem, bo często zdarza nam się dzwonić do siebie w tym samym momencie – mówi.

Młodzi herosi

Wzorem dla Parczewskiego nie są konkretni biznesmeni, ale obrane przez firmy strategie. Na przykład producenta motocykli Harley–Davidson, który stworzył wokół siebie legendę pociągającą ludzi na tyle, by chcieli posiadać motocykl Harleya jako synonim wolności. Również firma Apple, która wyprodukowała przedmioty kojarzące się wszystkim z wysoką jakością oraz wyszukanym designem.

– A także Red Bull i GoPro. Czyli firmy, które postawiły na „młodych herosów". Oglądasz w telewizji reklamę z kolesiem, który niczym ptak szybuje między skałami, wywija piruety na desce windsurfingowej, potem idziesz do sklepu i sięgasz po puszkę z napojem z myślą, że jak wypijesz łyk czy dwa, to też staniesz się takim herosem. Właśnie ta umiejętność planowania i strategii jest dla mnie wzorem 
– tłumaczy.

Kręcą go wyzwania i nowe, kolejne zlecenia tematyczne. W swoim portfolio ma mnóstwo projektów dla motocyklistów, zawodników żużlowych, a także kartingowych. Brał udział w programach telewizyjnych – MTV „Pimp My Ride" (odpowiadał za wykonanie stylizacji i malowanie dwóch samochodów przerabianych na potrzeby programu) i MTV „N–Style" (realizował projekt graficzny na desce do kitesurfingu) – napisał ponad setkę artykułów do prasy branżowej, m.in. do „Świata Motocykli", „Motocyklu", „Windsurfingu", „Auto Tuning Świata", „Nowoczesnego Warsztatu", stylizuje hełmy dla pilotów myśliwców F–16 i Mig–29, maluje hełmy dla drużyn akrobacyjnych Biało–Czerwone Iskry i Orliki. Realizował również projekty dla Jurka Owsiaka przy Przystanku Woodstock, dla koncernu Honda przy okazji premiery nowego motocykla firmy. Poza tym prowadzi również szkolenia z zakresu malowania aerografem. – Jestem szczęściarzem na maksa – mówi. – Nic, ale to nic nie chciałbym zmienić w moim życiu. Mam wspaniałą żonę, dwie supercórki, najlepszych na świecie rodziców i do tego jeszcze codziennie chodzę do pracowni „sobie pomalować". Co może być lepszego? To jest praca, której nigdy nie nazwałem pracą. Zajmuję się aerografem już przeszło 18 lat, a nadal czuję ekscytację, kiedy po 
12 godzinach w pracowni wracam do domu i... nie mogę doczekać się kolejnego dnia. Bo muszę jeszcze coś domalować, poprawić czy lecieć dalej z kolejnym projektem.