Biznesowy babel

Coraz więcej cudzoziemców przyjeżdża do Polski, by tu spróbować szczęścia w interesach. Dlaczego zdecydowali się na taki krok? Co im się w Polsce najbardziej podoba, a co ich najbardziej drażni?

Kiedy przyjechał do Polski zimą 2006 r., był siarczysty mróz. Stał na sopockim molo i zastanawiał się, co właściwie robi w tym kraju. Gregoire Nitot, prezes firmy Sii zajmującej się usługami informatycznymi, wygląda tak, jak większość Polaków wyobraża sobie Francuza – uśmiechnięty brunet o ciemnych oczach. Wówczas jednak na zamarzniętym molo, nie było mu do śmiechu. – Naiwnością z mojej strony było sądzić, że otwarcie biznesu na rynku IT w obcym państwie, gdzie mało osób zna francuski, będzie proste. Miałem jednak 29 lat i ogromny zapał. Kiedy znajomi usłyszeli, że wyjeżdżam do Polski, by założyć biznes od zera, byli zszokowani. Bo jeszcze kilka lat temu większość Francuzów traktowała Polskę jak smutny i zimny kraj, w którym nie ma perspektyw dla przedsiębiorczego faceta z dobrym, paryskim dyplomem – opowiada.

Gregoire Nitot wiedział swoje. Gdy w 2000 r. trafił w ramach stypendium Erasmus do warszawskiej SGH, nabrał przekonania, że polski rynek będzie się rozwijał – spotkał wielu młodych ludzi głodnych sukcesu. Tej energii i entuzjazmu brakowało mu natomiast w zatłoczonej już firmami Francji.

Ale jesteście uparci

Wynajął małe mieszkanie w centrum Warszawy i 17 stycznia 2006 r. zarejestrował firmę. Pracował po 12 godzin na dobę, od poniedziałku do niedzieli. W bankach, urzędach, agencjach nieruchomości – wszystko załatwiał w języku angielskim. Pomagał mu znajomy Polak. W walentynki zatrudnił osobę odpowiedzialną za sprawy administracyjne i prawne. Bo dla obcokrajowca polska biurokracja i prawo podatkowe okazały się labiryntem nie do przejścia.

– Taki przykład – do rejestracji działalności potrzebowałem numeru konta bankowego. Jednak pracownica banku nie chciała mi go otworzyć bez podania adresu siedziby firmy. Tłumaczyłem jej po angielsku, że siedziby jeszcze nie ma, bo nie ma konta bankowego. A ona swoje. W końcu konto otworzono mi na siedzibę w moim mieszkaniu – wspomina.

Po setkach telefonów i spotkań Gregoire Nitot znalazł klienta, który zainteresował się współpracą z Sii. – Ponieważ projekt był prowadzony dla firmy z siedzibę w Tczewie, obaj pojechaliśmy na północ: on z Poznania, ja z Warszawy. Przekonanie go na ławce w hali dworcowej do podpisania umowy z moją firmą, która nie ma siedziby i pracuje tam tylko prezes, było trudne. Ale udało się!

W biznesplanie Sii zakładał, że po trzech latach działalności będzie zatrudniał 35 pracowników. Dziś Sii liczy 850 osób. Polskich pracowników ceni za inicjatywę, zaangażowanie i ogromną wiedzę. Oraz dużą chęć do pracy, w czym upatruje przyczyn francuskiej stagnacji i polskiego rozwoju. – Ale poza tym, polacy są uparci! Przez to ciężko znoszą krytykę i trudno ich przekonać do zmiany stanowiska. Dzięki temu są jednak też twardymi negocjatorami w biznesie – mówi. Na początku swoją działalność rozwijał w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, we Wrocławiu, w Łodzi, Krakowie lub Katowicach. Teraz w planach są jeszcze Lublin, Rzeszów lub Białystok.

By osiągnąć sukces, Gregoire Nitot ma dwie recepty: ambicja i ogromna determinacja. Do tego, by być dobrym szefem, potrzeba znacznie więcej. – Szacunek dla każdego pracownika, uczciwość i całkowita transparentność – wylicza. – Ludzie muszą wiedzieć, że nie przychodzą do pracy tylko po to, żeby się naharować dla dobra prezesa, ale że tworzą wspólnie coś dla wszystkich. Muszą mieć możliwość podejmowania ważnych decyzji i znać firmę tak samo jak ja.

Virginie little: najłatwiejsze w robieniu biznesów w polsce są kontakty. Wszyscy jesteście ciekawi, dlaczego wybrałam polskę, co mi się w niej podoba i jak mi się tu żyje. jesteście bardzo otwarci na obcokrajowców.

Bonjour, Polsko

Virginie Little uważa Polaków za frankofilów. Już dziewiąty rok Francuzka prowadzi w Warszawie miesięcznik „Les Echos de Pologne". Chce go rozwijać w kierunku multimedialnym, bo w nowoczesnych technologiach i informatyce widzi przyszłość swej gazety.

Zaczęło się od obozu językowego w Bielsku-Białej. W 1995 r. Virginie Little miała 18 lat i jako lektorka uczyła polską młodzież języka francuskiego. Przez kolejne lata przyjeżdżała na wakacje do znajomych poznanych na warsztatach. Polacy zaimponowali jej energią i optymizmem. Doszła do wniosku, że polska mentalność bardziej jej odpowiada od rodzimej. We Francji nie mogła znieść... ciągłego narzekania na wszystko. W końcu w 2001 r. zdecydowała, że opuszcza ojczyznę.

– W Polsce panuje taki stereotyp, że jesteście marudami. Ale to Francuzi są w tym mistrzami. Również zapał do pracy Polaków jest nieporównywalnie większy niż Francuzów. Nie ma w was marazmu, który we Francji skutecznie zniechęca do wszelkich działań – mówi.

Gdy przyjechała, nie znała słowa po polsku. Dała sobie jednak trzy miesiące na znalezienie pracy. I udało się – w niecałe trzy tygodnie dostała posadę marketingowca w miesięczniku francuskojęzycznym „Le Courrier de Varsovie". Po półtora roku, z powodów osobistych, współwłaściciele pisma podjęli decyzję o zamknięciu tytułu. Ale Virginie szkoda było gazety, więc postanowiła założyć własną firmę. I w osiem miesięcy nauczyła się języka polskiego.

– Najłatwiejsze w biznesie jest dla mnie teraz nawiązywanie kontaktów. Wszyscy od razu są bardzo ciekawi, dlaczego wybrałam Polskę, co mi się w niej podoba, a co nie, jak mi się tu żyje. Natomiast samo kierowanie firmą do prostych nie należy. Z pomocą przychodzą mi Polacy. Jesteście bardzo otwarci na obcokrajowców – przekonuje.

Od października 2010 r. prowadzi w Radiu Wnet własną audycję „Bonjour, Polska". A od listopada 2011 r. na YouTube – kanał tematyczny o wspólnocie francuskojęzycznej w Polsce, Echos TV. I wyjeżdżać z Polski na razie nie zamierza.

Podobnie Akiko Miwa. Miała 44 lata, kiedy przyjechała do naszego kraju. Była po rozwodzie, w Japonii nie czuła się spełniona i denerwował ją rodzimy porządek. Potrzebowała odmiany. Znajomy, który od kilku lat mieszkał już w Polsce, namówił ją na kurs języka polskiego w Krakowie. Pomyślała: warto spróbować, zostanie najwyżej dwa–trzy lata i wróci. Był rok 1989. Podczas spaceru w Gorcach trafiła na polanę Styrek. Tak bardzo zachwyciła się widokiem Tatr, że postanowiła kupić polanę i wybudować pensjonat – Villę Akiko w Harklowej.

Akiko Miwa: kiedy polak popełni błąd, to mówi, że coś po prostu się stało. nie zagłębi się jednak w problem i nie spróbuje go rozwiązać. wybaczam wam jednak wszystko, bo gdy potrzebuję pomocy, zawsze ją dostaję.

– Nie wiedziałam jednak, co oznacza budowanie w miejscu oddalonym od najbliższej wsi o 3,5 km. Kompletne bezdroża, a ja nie miałam pojęcia o budowaniu – opowiada.

Dopiero gdy postawiono fundamenty, zaczęła zastanawiać się, w co się wpakowała. Sama wywoziła żwir i kamienie z miejsca budowy. Najtrudniejsza jednak okazała się... papierologia. Najbardziej zdziwił ją polski system podatkowy. Nie za bardzo rozumie, dlaczego z urzędem skarbowym musi rozliczać się co miesiąc. – Bo na przykład: w styczniu mamy zysk – od razu musimy płacić podatek dochodowy, w lutym jest strata – nikt się nie zastanawia, jak sobie poradzimy. W marcu znów minus – kombinujemy, jak przeżyć. W kwietniu z kolei zysk i znowu – łup – podatek dochodowy... W Japonii firmy rozliczają się raz do roku i mają przez to możliwość dokonywania inwestycji – mówi.

W góralach, wśród których żyje, ceni spontaniczność, charyzmę i twardy charakter. Ale nie potrafi zrozumieć niesłowności, a raczej nieścisłości. Bo gdy na przykład zamawia towar i pyta, kiedy po niego przyjechać, dostaje odpowiedź, że w następnym tygodniu. Jedzie więc w poniedziałek – nie ma. Jedzie we wtorek – nie ma. W środę – również. I tak aż do piątku.

– Podobnie jest, gdy ktoś popełni błąd. Polak mówi wówczas, że coś po prostu „się stało", ale nie ma zamiaru zagłębić się w problem i go rozwiązać – mówi Akiko Miwa. I wybacza wszystko, bo kiedy potrzebuje pomocy – zawsze ją od Polaków otrzymuje. Kiedyś w zimie zamarzła jej woda. Sąsiedzi bez chwili wahania zaproponowali, żeby podłączyła się do nich.

Na to, co ma w pensjonacie, zapracowała sama – trzy samochody terenowe do transportu gości, automatyczny agregator do prądu, własną, biologiczną oczyszczalnię ścieków kontrolowaną przez komputer, system do nagrzewania wody, dwa ujęcia wody – jedno z odwiertu na głębokości 60 m i drugie – z gór.

Od kilku lat Akiko Miwa jest również ekologicznym rolnikiem. Prowadzi własne gospodarstwo. Ma owce, kozy, kury i próbuje namówić miejscowych do wprowadzenia u siebie nowych technologii, sprawdzonych już w Japonii – m.in. utylizacji śmieci i naturalnych opakowań zamiast reklamówek. Założyła też Polsko-Japońskie Stowarzyszenie na rzecz Regeneracji Środowiska Tęcza, którego celem jest szerzenie świadomości ekologicznej. Bo ta wciąż jeszcze u Polaków kuleje.

Latynosi znad Wisły

Jose Gerardo Arroyo Gonzales pochodzi z Kostaryki. Gdy zakładał biznes w Polsce, od początku jechał na taryfie ulgowej. – Wcześniej studiowałem w Polsce, znałem więc język – mówi. – To ważne, bo znam wielu biznesmenów z Hiszpanii i Ameryki Południowej, którzy po założeniu biznesu po pewnym czasie musieli z niego zrezygnować. Bariera językowa i kulturowa okazała się dla nich zbyt duża.

Pod koniec lat 90. Jose Gonzales dawał indywidualne lekcje języka hiszpańskiego. Kiedy wspólnie z żoną Elżbietą zorientowali się, że coraz więcej osób interesuje się nauką języka, postanowili założyć szkołę Iberia. Był rok 2001. Opracowali własny system nauczania. Z czasem okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Pracy zrobiło się tak dużo, że musieli zatrudnić dodatkowych nauczycieli. Oprócz tego otworzyli również biuro tłumaczeń.

– Prawdziwy boom językowy rozpoczął się po wejściu Polski do UE. Dla ludzi z Południa najbardziej uciążliwa była wtedy wasza biurokracja. My lubimy załatwiać sprawy krótko i szybko, ale na szczęście tymi sprawami zajęła się moja żona. W ostatnich latach dużo się zmieniło. Osoby rozpoczynające działalność gospodarczą mają łatwiej. Wiele spraw można załatwić w jednym okienku, a na przelewy pieniężne nie czeka się już kilka dni – przekonuje.

Pierwsi uczniowie Jose Gonzalesa zafascynowani językiem hiszpańskim często wybierali potem studia iberystyczne. Dzisiaj są nauczycielami i tłumaczami. Kilka osób wyjechało też na studia do Hiszpanii lub któregoś z krajów Ameryki Południowej. Tam zostali i założyli rodziny.

– Przeszli więc podobną drogę jak ja. Tylko w odwrotnym kierunku – żartuje. – Dziś to Polska jest moją drugą ojczyzną. Tu zdobyłem wyższe wykształcenie, tu założyłem rodzinę. Podoba mi się wasza gościnność, serdeczność i zaradność. Nie na darmo mówi się o was: Latynosi Północy!