Biznesmeni w gumowcach

Są młodzi i wykształceni, planują, inwestują, zarabiają. Do pracy nie wkładają białych koszul z kołnierzykiem, nie noszą czarnych teczek. I zdarza im się ubrudzić ręce. Mimo to są biznesmenami. Bo rolnictwo to biznes jak każdy inny.

Na 3 ha ziemi stoi ponad 100 jednakowych, foliowych tuneli. Ustawione rzędem konstrukcje ciągną się wokół polnej drogi. W środku spokojnie wzrastają małe, zielone krzaczki, a z gałązek zwisają czerwone warzywa. Grządek jest siedem, na każdej z nich kilkadziesiąt krzaków. W lecie, w tunelu temperatura dochodzi nawet do 60 st. Celsjusza. Zbiór papryki powoli się zaczyna.

Królewski biznes

Popularny mit historyczny głosi, że polska królowa Bona Sforza sprowadziła do Polski warzywa. Źródła podają, jakoby monarchini miała przywozić ze słonecznej Italii do kraju nad Wisłą nasiona warzyw, a następnie tutaj je rozdając, zakładała uprawy. Historycy są podzieleni. Przeciwnicy tej teorii twierdzą, że Polacy już wcześniej znali smaki warzyw. Prawdą jest jednak, że Bona, dzięki wielkim importom, rozpowszechniła w Polsce uprawy zieleniny. Losy królowej z włoskiego rodu żywo przypominają historię Piotra i Pawła Osowskich. W czasach PRL półki sklepowe świeciły pustkami. Wszelkie uprawy rolnicze podlegały ścisłej kontroli władzy. Rolnicy, którzy produkowali więcej żywności niż na własny użytek, nadwyżki musieli oddać do spółdzielni. Na polach też wiele nie rosło, a uprawy były do siebie bliźniaczo podobne.

I właśnie w takich warunkach narodziła się kolejna legenda... Na początku lat 70. jeden z mieszkańców podradomskiej wsi wyjechał za pracą do Holandii. Stamtąd przywiózł garść nasion papryki, które zasadził koło rodzinnego domu. Sąsiedzi z zazdrością i ciekawością spoglądali na wschodzące krzaki. Nasiona się przyjęły, a papryka, której próżno było wtedy szukać w sklepach, okazała się nie lada rarytasem. Wkrótce mieszkańcy wsi zaczęli wymieniać się nasionami, a wokół domów wyrastały kolejne grządki czerwonego warzywa. Dziś, ponad 40 lat później, okolice Radomia nazywane są zagłębiem paprykowym, które zajmuje teren czterech gmin. To stąd pochodzi ponad 80 proc. krajowej uprawy papryki.

Zagłębie samoistnie stało się monopolistą w paprykowym biznesie, jednak wewnątrz toczy się twarda walka o przetrwanie. Reguły wyznacza rynek, kto więcej inwestuje, kto dobrze sprzedaje, ten wygrywa. – Konkurencja jest wielka. Każdy ma tę samą uprawę, rynek jest przesycony – tłumaczy Piotr Osowski, który razem z bratem prowadzi uprawę papryk. Osowscy mają 120 tuneli papryk i... są drugim pokoleniem w tym interesie. Piotr poza pracą w gospodarstwie pracuje w banku, dlatego w rodzinnym biznesie zajmuje się stroną inwestycyjną i finansową. Paweł jest od logistyki. Bracia zatrudniają jeszcze czterech pracowników, a kiedy trzeba – obaj również wychodzą w pole. – Wakacyjny urlop spędzam w domu, pomagam przy uprawie – opowiada Piotr. Jeśli wtedy rąk do pracy jest dość, Paweł może złapać chwilę wytchnienia. Jednak urlop w sezonie letnim jest w tej branży rarytasem, na który mogą sobie pozwolić nieliczni. Większość musi zostać w pracy, a tej nigdy nie brakuje. – Nie możesz po prostu wyjechać i zapomnieć – mówi Piotr.

Szef na traktorze

W branży rolniczej wzmożony czas pracy wyznaczają nie słupki sprzedażowe, ale pogoda, od której zależy także późniejszy zysk. Deadliny to nic innego, jak pory roku. Jesień to na ogół czas siewów, wiosna to przede wszystkim pielęgnacja upraw. Najintensywniejsze jest lato, gdy nadchodzi pora zbiorów. Jeśli słońce dopisuje, warzywa szybciej dojrzewają, więc szybciej trzeba je zerwać. Nie ma mowy o zmęczeniu, zwolnieniu lekarskim, urlopie na żądanie czy zwykłym. – Nie można odpuścić – kwituje Emil Ropiak, który rolnictwem zajmuje się... odkąd pamięta. Choć większość jego rodziny także pracuje w rolnictwie, on sam do branży nie trafił przypadkiem, skończył studia rolnicze. – To mój wybór, sprawia mi dużo radości. Sam sobie jestem szefem, wszystko zależy ode mnie. Jeśli chcę więcej zarabiać, muszę więcej pracować – przekonuje. I zaraz przyznaje, że prowadzenie gospodarstwa ma też swoje minusy. To stres, bo terminów nie można tu przełożyć. Ale ciemnych stron jest więcej. Rolnictwo przypomina bowiem grę na giełdzie, nigdy nie ma pewności. Choć plan, co gdzie i kiedy siać, układa się już kilka miesięcy naprzód, to nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień. – Nie wiem, czy przyjdzie nawałnica czy susza, czy później sprzedam zbiory i czy kontrahenci będą uczciwi – wylicza Emil. W rolnictwie nie ma pewnych inwestycji, zamrożonych środków. – Pieniądze są moje, dopiero jak mam je w portfelu – dodaje. A czy trafią do portfela, zależy przede wszystkim od pogody. – Jak nie ma pogody, to kaplica – puentuje Konrad Kleniewski, który w swoim gospodarstwie poza 110 ha ziemi ma jeszcze 40 krów i 20 świń. Chociaż do minionego lata przygotował się należycie i posiał gdzie trzeba, zima kazała mu zweryfikować plany. – W tym roku przez tydzień był duży mróz, ale nie spadł śnieg. Zboża wymarzły, dlatego na wiosnę trzeba było jeszcze raz zaorać i posiać – opowiada. Niepewność sił natury nie pozwala na prognozowanie obrotów nadchodzącego sezonu. Zresztą w rolnictwie sezon to pojęcie względne, wyznacza go nie miniony rok, ale minione pięć lat. Bywa, że rolnicy przez dwa lata notują niewielki zysk, a nawet straty, ale przychodzi kolejny rok, gdy pogoda jest łaskawa i rachunki się wyrównują. Biznes znów jest opłacalny.

Kasa się zgadza

Gospodarstwo Emila jest mniejsze, ale za to sam, bez pomocy rodziny, uprawia 20 ha ziemi. W przeciwieństwie do większości rolników nie dostał jej, ale dzierżawi. Roczny koszt to ok. 12 tys. zł. – Dzięki temu nie musiałem się zadłużać – tłumaczy. Na kredyt dokupił jeden traktor za 50 tys., za trzy lata spłaci maszynę. Gospodarstwo Emila jest niewielkie, to pozwala mu ograniczać koszty inwestycyjne, bo im większa rola, tym większe pieniądze w grze.

Co innego Konrad, który w biznes wkłada znacznie więcej. Kilka lat temu kupił traktor za 250 tys. zł, poza tym w obejściu ma jeszcze cztery ciągniki i dwa kombajny. Każda z maszyn to koszt od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. Wsparcie unijne nie wystarcza. Bo choć, owszem, rolnicy mogą się ubiegać o dotację, to i wymogi są większe, nakłady więc rosną. Jak tłumaczy Mateusz Baranowski – rolnictwo to biznes jak każdy inny. Z jedną różnicą: trudno tu zacząć od zera. – Przeważnie to interes przekazywany z pokolenia na pokolenie. Nie ma możliwości w krótkim czasie dorobić się olbrzymich pieniędzy. Bo pieniądze są dość spore, ale nie przychodzą łatwo – tłumaczy Baranowski. Do wszystkiego należy doliczyć koszty i ciągłe, niemałe inwestycje. A jak dodaje Piotr Osowski, jest w co inwestować. – Sukces polega na jak najszybszej produkcji papryki – przekonuje. Im później warzywo dojrzewa, tym zysk jest mniejszy. Wyścig trwa nieustannie, każdy chce być pierwszy, żeby móc dyktować ceny na rynku. – Zwiększenie efektywności produkcji przekłada się na przyspieszenie wegetacji – tłumaczy Osowski. Najważniejsze jednak, że jest również czym inwestować. Jego gospodarstwo w jednym sezonie jest w stanie wytworzyć nawet 250 t papryki, co daje blisko pół miliona obrotu.

Role jak w korpo

Prowadzenie gospodarstwa to nie tylko wielka odpowiedzialność i brak urlopów, ale także ciężka fizyczna praca. Gospodarstwo Mateusza specjalizuje się w produkcji mleka, a ściśle – w hodowli bydła mlecznego. To właśnie zwierzęta wyznaczają rytm dnia. Ledwo wyjdzie słońce, zegar wybija godzinę 5.30, a on już musi być na nogach. Na początek zamiast zebrania zarządu jest poranny udój i związany z nim obrządek. Później, w zależności od sezonu, każdy wykonuje zaplanowaną pracę. Zamiast tabelek w Excelu czy szkicowania briefów jest przerzucanie obornika albo przygotowywanie paszy. Wszystko trwa do 16.30, zamiast ostatnich e-maili i telefonów przychodzi pora na wieczorne dojenie krów. Zwykle o 18 nadchodzi upragniony koniec pracy, ale to nie znaczy, że o pracy można zapomnieć. Bo jak każdy zaangażowany pracownik, Mateusz pozostaje w gotowości. Często zdarzają się nocne interwencje, jeśli np. u krowy zaczyna się poród. – Nie ma chwili, w której można sobie powiedzieć, że wszystko jest zrobione i nic mnie już nie interesuje. Na szczęście nie jestem w pracy pozostawiony sam sobie. Jak wiadomo, rolnik nie odchodzi na emeryturę, tak więc rodzice i żona mi pomagają. Każdy ma swoje obowiązki – przekonuje Baranowski. Gospodarstwa rolne nie tylko trybem pracy przypominają miejskie przedsiębiorstwa, ale również formą prawną. Coraz więcej rolników wybiera rozliczenia podatkowe VAT.

Moja droga

Gospodarstwo rolne najczęściej jest dziedziczone, co nie znaczy, że dla potomków rolników praca w polu jest przymusem. Na wsi utarło się jednak, że ostatni, najmłodszy syn zostaje w gospodarstwie. Niepisaną tradycję podtrzymali Paweł Osowski i Mateusz Baranowski. Ten drugi jest też najmłodszym gospodarzem w swojej miejscowości. – Stało się to dość banalnie. Ojciec osiągnął wiek emerytalny – opowiada. I chociaż jest rolnikiem z tradycji, nie wyobraża sobie siebie w innym miejscu. – Ciężko mi powiedzieć, czym bym się zajął, gdyby nie rolnictwo. Nie zastanawiałem się nigdy nad tym. Od dziecka wiedziałem, co mnie czeka. Wychowano mnie tak, żebym sam chciał to robić. Cóż, przynajmniej tak mi się wydaje – ucina Baranowski. Pielęgnowanie tradycji to tylko jeden z powodów bycia rolnikiem, na pierwszym miejscu zwykle jest pasja. – Gdybym tego nie lubił, tobym tego nie robił. Lubię patrzeć, jak wzrasta to, co zasieję – przekonuje Konrad, bo satysfakcja jest tutaj najważniejsza. – Zawsze chciałem pracować na wsi, blisko natury i z dala od wyścigu szczurów – wtóruje mu Emil. Większość rdzennych rolników nie wyobraża sobie życia w mieście i, jak zgodnie mówią, miasto ich męczy. – Kiedy odwiedzam brata w Warszawie, to już drugiego dnia nie mam siły. Wszyscy najpierw śpią do południa, a później wszędzie się spieszą – dziwi się Konrad. Prawdziwych pasjonatów roli odstrasza miejski blichtr i ciągła pogoń. – Nigdy nie przepadałem za miejskim życiem, nawet same wyjazdy przyprawiają mnie o ból głowy – żali się Mateusz.

Emil, zanim wziął ślub, w stolicy bywał często. Stamtąd pochodzi jego obecna żona i choć zakochał się w niej bez pamięci, to proponując małżeństwo, postawił jej jednocześnie ultimatum – jeśli chce dzielić z nim życie, to musi się liczyć z tym, że zamieszkają na wsi. Zgodziła się, dziś pomaga mu w pracy. Uciechy i wygoda miasta nie rekompensują życia w ciągłym biegu. Jak tłumaczy Emil, nie jada w restauracji, bo woli jedzenie z własnych upraw. A jeśli chce iść do kina, to zwyczajnie wsiada w samochód i za godzinę jest już w mieście. Resztę, jak przekonuje, ma na miejscu – może nie takie duże, może nie takie świecące, ale jest.

Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest w tym gronie Piotr Osowski. Choć uprawa papryk pozwala mu na dostatnie życie, to sam czuje, że zostając na wsi, coś traci. – Ciągnie mnie do ludzi – rozkłada ręce.