Bądźmy dumni z siebie

Jeszcze się podczas mistrzostw zdziwimy, jak nam się Polska udała. Po to się wydaje miliardy na turniej. A miliony zysków? Też będą, ale według reguł UEFA: sukcesy wasze, w kieszenie nasze.

Zanim się jednak zaczniemy cieszyć, trochę jeszcze przyspieszymy z samobiczowaniem. Musimy wyrobić normę. Skoro nawet Niemcy przed mundialem w 2006 r. przepowiadali sobie z okładek „Bilda" wielki blamaż, skoro za swoje przygotowania wstydzili się przed Euro 2008 Austriacy i Szwajcarzy, my przecież nie będziemy gorsi.

– Niech wam się nie wydaje, że piekło już macie za sobą. Dopiero ostatnie tygodnie to prawdziwy koszmar – mówił Niemiec Horst Schmidt, gdy niedawno spotkał się z polskimi organizatorami Euro 2012. Schmidt to Pan Mundial. Organizował mistrzostwa świata w Niemczech i w 1974, i w 2006 r., jest wysyłany przez Międzynarodową Federację Piłkarską (FIFA) wszędzie tam, gdzie się pali. Pchnął na właściwe tory przygotowania do mistrzostw w RPA, wkrótce go zapewne wezwą do Brazylii, bo tam MŚ już za dwa lata, a stadiony jeszcze nie wyszły z ziemi.

W tłumie turystów, którzy przyjeżdżają z całego świata na mistrzostwa, mało jest maruderów. warto było starać się o euro chociaż po to, żeby ci ludzie w czerwcu i lipcu odkryli polskę za nas.

I wszędzie, gdzie Pan Mundial pracował, było tak samo: to się nie uda, tamto się nie uda. W ostatnich tygodniach przed turniejem każda dziura w asfalcie i niedokończona droga były katastrofą narodową. A później ruszał turniej i okazywało się, że nikt tej dziury nawet nie zauważył.

Polskę też to czeka, zwłaszcza że do ostatnich chwil będziemy się ścigać, by doprowadzić A2 do Konotopy. I zapewne przegramy. Droga z Warszawy do Wrocławia też pozostanie rozkopana. I co się stanie? Nic. Będzie tak jak teraz, gdy te drogi są niegotowe, a jakoś żyjemy.

Mundialu w Niemczech nie zatrzymały trwające podczas turnieju remonty autostrad, Euro 2008 nie sparaliżowało to, że Szwajcarzy zaczęli sobie w środku turnieju odnawiać drogę spod granicy z Włochami do Zurychu, spychając ruch na wąską przełęcz. A mundialu w RPA to, że dwie główne drogi z północy na południe zamieniały się w tory przeszkód z ruchem wahadłowym. Po prostu postaliśmy dłużej w korkach, pozwiedzaliśmy przełęcze. A gdy na tę rozkopaną drogę w Afryce wyszedł człowiek z czerwoną chorągiewką i dał znak, żeby się zatrzymać, bo on teraz przepędzi stado krów, to i krowy przepuściliśmy. Korona nikomu z głowy nie spadła. Nie spadła też w Niemczech, gdy okazało się, że pociąg utknął gdzieś w polu w środku nocy i trzeba było do hotelu wracać kilkadziesiąt kilometrów taksówką. Jeszcze się nie znalazł gospodarz, któremu wszystko by się udało.

Uśmiech celnika

– Obsesja perfekcji przeszkadza. Trzeba sobie powiedzieć: zróbmy dobre mistrzostwa na stadionach skrojonych na naszą miarę. Najważniejsza jest i tak atmosfera. Niemieckie mistrzostwa nie były doskonałe. Ale gdy kibice tańczyli na ulicach miast, a cały kraj przez miesiąc żył jak w bajce, komu chciało się wspominać o takich drobiazgach? – tłumaczył mi swego czasu Heinz Palme, Austriak, który pracował przy mistrzostwach w Niemczech, a potem nadzorował w imieniu austriackiego rządu przygotowania do Euro 2008.

W tym tłumie turystów, który przyjeżdża z całego świata na mundiale i Euro, naprawdę niewielu jest maruderów, odmierzających, co się komu udało, a co nie. Oni przyjeżdżają się bawić, zwiedzać, odkrywać. Jednym najbliżej do knajp i dyskotek, innym do muzeów.

I warto było starać się o Euro 2012 chociażby po to, żeby ci ludzie w czerwcu i lipcu odkryli Polskę za nas. Tak jak my kilka lat temu podczas mundialu odkryliśmy Niemcy za Niemców. Nie banały o tym, że są porządni i bogaci, tylko że się stali jednym z najbardziej tolerancyjnych i przyjaznych krajów na świecie. Wtedy pierwszy raz usłyszeli to tak głośno i sami byli sobą zdziwieni. Austrii dwa lata później niestety już się tak odkryć nie udało, pod tym względem Euro 2008 było porażką. Choćby nawet Austriacy dokonali cudów organizacji – a nie dokonali – trudno im było wybaczyć Klagenfurt, gdzie kibiców witały zatrzaśnięte okiennice i dykta na sklepowych wystawach.

Czy oni tam w UEFA nie słyszeli, że druga linia metra się opóźni? słyszeli, tylko że od początku była ona luksusem. oni też pierwsi podpowiadali, że dworca centralnego nie trzeba wyrywać z ziemi. wystarczy go umyć.

– Dlatego dla nas dziś najważniejszym zadaniem jest wytłumaczyć ludziom Euro. Opowiedzieć mieszkańcom, jak będzie wyglądało ich codzienne życie podczas turnieju – mówi Mikołaj Piotrowski ze spółki PL.2012, nadzorującej przygotowania do turnieju. – Jeśli Polacy Euro 2012 zrozumieją, to je bardziej polubią i otworzą drzwi. Goście turnieju naprawdę większą uwagę zwracają na to, czy celnik się uśmiechał, a nie czy lotnisko było ze szkła czy tytanu. Kontakt z Polakiem i Polską zmienia nasz wizerunek o 180 stopni. Robiliśmy badania na ten temat w 14 krajach. Wszędzie powtarzało się to samo – najpierw stereotyp, a później wizyta u nas i zdziwienie: oni są naprawdę fajni.

Dworzec wystarczy umyć

Gdy pierwszy raz po przyznaniu Euro 2012 przyjechał do nas dziennikarz włoskiej „La Stampy", krzyczał w artykule: „Zabierzcie im ten turniej"! Gdy rok temu zobaczył z bliska PGE Arenę w Gdańsku, napisał, że to lamborghini wśród stadionów, a te włoskie wyglądają przy nim jak sypiące się cinquecento. Taką drogę przeszliśmy przez tych pięć lat od zdobycia turnieju. Dziś się przejmujemy, że nam na stadionach trawa nie rośnie, ale przecież nie wierzyliśmy, że w ogóle będą stadiony. Nie wierzyliśmy nawet w to, że się uda wywieźć gruzy Stadionu Dziesięciolecia, nie paraliżując życia na Pradze. Nie dowierzaliśmy też, gdy nam UEFA kilka lat temu powiedziała, iż komunikacja miejska w Warszawie jest tak dobra, że właściwie już gotowa na turniej. Jak to gotowa? U nas? Przecież my z niczym nie dajemy rady. Czy oni tam w UEFA nie słyszeli np., że druga linia metra się opóźni? Słyszeli, tylko że dla nich ta druga linia od początku była luksusem, a nie podstawową potrzebą na Euro. I oni też pierwsi podpowiadali, że Dworca Centralnego nie trzeba wyrywać z ziemi i stawiać w jego miejscu nowego. Wystarczy go umyć.

Między rozrzutnością a skąpstwem

Spanikowani i zabiegani może dopiero podczas mistrzostw docenimy to wszystko, co nam umyka na co dzień. Że mamy miasta nie tylko ze świetną komunikacją, ale i bezpieczne. Że nie zbudowaliśmy sobie z okazji Euro zamków na piasku, nawet jeśli dziś się martwimy, czy stadiony na siebie zarobią. Znaleźliśmy się gdzieś pomiędzy rozrzutnymi Portugalczykami, którzy na Euro 2004 postawili sobie aż 10 stadionów, bo każde większe miasto miało ambicje i uważało, że i jemu jakieś mecze się należą, a między Austriakami, którzy na swoich stadionach dobudowywali tymczasowe trybuny, żeby było taniej.

Portugalskie pomniki rozrzutności są dziś kulą u nóg tamtejszych samorządów, austriackie tymczasowe trybuny zostały rozebrane, sprzedane Chińczykom, a po mistrzostwach nie został ślad. Polska wybrała co innego. Zawsze można mieć pretensje, że wydaliśmy pieniądze na budowę trybun, a nie na edukację czy zdrowie, ale zarzuty marnotrawstwa, igrzysk kosztem chleba i edukacji to nieporozumienie. Euro to nie letnie igrzyska, na które w jednym mieście trzeba zbudować 30 obiektów i później zachodzić w głowę, jak nie dokładać do toru kolarskiego albo strzelnicy. I od igrzysk niech nas na razie ręka boska broni. Ale na Euro potrzebne były tylko cztery stadiony w 40-milionowym kraju. W wielkich miastach, a nie jak w Portugalii 40-tysięczniki w 80-tysięcznych gminach. I każdy z tych polskich jest wielofunkcyjną areną, która przyjmie sport, kulturę, biznes. To, czy te stadiony będą zarabiać, nie zależy od tego, czy Narodowy miał proste schody i czy wszystko było oddane na czas, tylko od tego, jak sobie będzie radzić Polska, jak grube będą nasze portfele, czy nas będzie stać na dobre koncerty itd.

Nie byliśmy rozrzutni. Budżet igrzysk w Londynie, które zaczną się trzy tygodnie po Euro, rozrósł się przez siedem lat przygotowań dwukrotnie. Brazylii powiększa się budżet na mundial, Francuzom na Euro 2016. A nasz nie, choć trzeba przyznać, że i tak był wysoki. Stadiony to tylko kilka miliardów złotych ze 110, które wydamy na turniej. Dużo, ale z tego ponad 40 mld dostaliśmy z Unii Europejskiej, a większość inwestycji powstałaby i tak, gdyby nie było mistrzostw. Euro tylko je przyspieszyło: budowę dróg, rozbudowę lotnisk – to oczywiste. Ale oczyszczalni Czajka też.

Małe nie jest piękne

Nie łudźmy się, że się te koszty szybko zwrócą w twardej monecie albo że Euro rozpędzi nam gospodarkę. Te wszystkie wydatki pozwoliły nam bezpieczniej przejść przez kryzys. Sam turniej niewiele tu zmieni. – Nasz bonus to może być około 20 mld wynikających z przyspieszenia projektów infrastrukturalnych – dodaje Mikołaj Piotrowski. Bezpośrednie polskie zyski – to, co zostanie w naszych kieszeniach w czerwcu i lipcu – spółka szacuje na około 750–800 mln zł. Tyle zostawią kibice, którzy przyjadą na turniej.

Na Euro zarobi głównie Europejska Unia Piłkarska. Wiedzieliśmy, że tak będzie. Podział łupów jest od dawna jasny: kraj dostaje impuls do rozwoju, UEFA otrzymuje pieniądze. Od nas jest baza, od niej nadbudowa. My przygotowujemy teren, dajemy ulgi podatkowe, a ona przywozi tu swój produkt i wszystko przeprowadzi według swoich procedur. Ten produkt jest jak coca-cola czy hamburger. Nieważne, gdzie trafi, ma mieć wszędzie takie same składniki, można dodać tylko lokalne przyprawy. UEFA wyciska z niego coraz więcej zysków. Przez 20 lat od mistrzostw Europy w Szwecji, reklamowanych hasłem „Małe jest piękne", liczba uczestników turnieju podwoiła się, a zyski wzrosły 30-krotnie. Kiedyś organizację turnieju brały na siebie lokalne komitety, one pożyczały pieniądze pod przyszłe zyski, a UEFA tylko temu patronowała. Prosiła rządy o wsparcie, a nie wymagała. Dziś turniej jest za duży, by nad nim zapanować w ten sposób.

To powołane przez UEFA spółki organizują mistrzostwa, ona daje na to pieniądze, wymaga i bierze coraz więcej władzy dla siebie. Osiem lat temu w Portugalii jeszcze dopuściła do spółki rząd, ale z ledwie pięcioprocentowym udziałem w zyskach. I to był ostatni raz. Wtedy też zgodziła się, by transmisje telewizyjne robili miejscowi specjaliści. To też był ostatni raz. Sparzyła się na tym i w Austrii, a w Szwajcarii miała już swoją spółkę do produkowania transmisji, a prawa do nich sprzedawała już przez komercyjnego pośrednika.

To jest ruch w jedną stronę: coraz więcej biznesowego podejścia, coraz mniej spraw zostawionych przypadkowi. Do Polski i na Ukrainę przyjechał pracować sztab ludzi, którzy przedwczoraj szykowali turniej w Portugalii, a wczoraj w Austrii i Szwajcarii. Dyrektor turnieju Szwajcar Martin Kallen organizuje już trzecie Euro z rzędu. To są mistrzostwa koncernów i sieciowych kancelarii. Warner Bros. projektuje oprawę graficzną turnie