Anatomia telewizji

Jako jedyna ubrała w marynarkę Jacka Kuronia i nie dopuściła, żeby Roman Polański wyszedł ze studia podczas programu na żywo. Nina Terentiew mówi o wadze intuicji podczas pracy nad programem i o tym, dlaczego nie zostanie szefem TVP.

Telewizja…
Oho, zaczynamy z wysokiego „c”.


Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek

Sens życia?
Narkotyk.

Zabija?
Jak każdy. Zwłaszcza kiedy się go nagle odstawi. Wewnątrz telewizyjnego świata jest się całkowicie odizolowanym od otoczenia; istnieje odrębny język, poczucie humoru, kod zrozumiały tylko dla wtajemniczonych. Niech pan spróbuje się postawić – dla przykładu – na miejscu dwudziestokilkuletniego inżyniera światła, który dzięki pracy w telewizji zyskuje magiczną moc: może odjąć gwieździe 20 lat albo zrobić z niej staruszkę. I te piękne kobiety, mówiące z ekranów do milionów widzów, uwieszają się mu na ramieniu: Marku, pamiętasz, ja mam ten profil gorszy – mówią – więc nie za ostro, zaświeć w sufit, może w kontrze, daj blachę z przodu.

I kiedy pan Marek nagle traci pracę w telewizji…
To jest dla niego koniec świata. Alkohol, psychotropy, znam sporo takich przypadków.

Pani się jakoś broni przed tym uzależnieniem?
Po latach ten narkotyk zaczyna inaczej działać. W pewnym wieku już się tyle nie poświęca: praca w telewizji przestaje dewastować życie osobiste, nie odbija się na zdrowiu. W moim przypadku daje poczucie całkowitego spełnienia... A wie pan, ostatnio syn uświadomił mi wagę użytego przez pana na początku sformułowania „sens życia”.
Zobacz film z planu sesji fotograficznej. Zdjęcia i montaż Mikołaj Tocki:

Co powiedział?
Wróciłam z Polsatu do domu „na czworakach”, po kilkunastu godzinach pracy, słaniałam się ze zmęczenia. I mówię: „Boże, kiedy ja wreszcie zacznę żyć?”. A on spojrzał zdumiony jak rzadko i odpowiedział: „Matka, ty teraz właśnie żyjesz”. Usiadłam, pomyślałam chwilę. Ma rację. Nie marzę o zbieraniu znaczków albo podróży dookoła świata po przejściu na emeryturę. Swoje pragnienia realizuję od ręki. „Ja żyję” – pomyślałam.

Bo co to znaczy osiągnąć sukces? Być spełnionym?
Dokładnie to. Być na swoim miejscu, nie mieć żadnych wątpliwości, że to, co się robi, jest tym, w czym niełatwo nas prześcignąć. Należy wierzyć w swój talent i umiejętności, bez względu na potknięcia. Przeć do przodu, cały czas zakładając, że sukces jest kwestią czasu. Nie osiągają go ci, którzy wychodzą z założenia, że jeśli się nie udaje, to znaczy, że światem rządzą kliki i układy. To bardzo polskie – łatwe, wygodne, usprawiedliwiające. Sukces jest udziałem ludzi, którzy skupiają się przede wszystkim na swojej pasji, na swoich twardych, merytorycznych umiejętnościach, a nie na zastanawianiu się, jak tu dotrzeć do odpowiednich ludzi.

Na przykład?
Zespół Enej, który cztery razy zgłaszał się ze swoimi piosenkami na polsatowski festiwal TOPtrendy i cztery razy upadał na podłogę. Mogliby pomyśleć: dobra, to jest ustawiane, ściemniony konkurs. Nie da się. Nie pomyśleli tak jednak, zgłosili się na casting w Olsztynie do „Must Be The Music”, wystąpili i wszyscy moi koledzy, wracając do Warszawy po usłyszeniu ich po raz pierwszy, nucili „Radio Hello”. Po kilku dniach Eneja grały wszystkie stacje radiowe od Zetki, Jedynki po RMF. Na listach przebojów zaczęli zostawiać w pobitym polu tuzy naszej sceny muzycznej. Bo są dobrzy w tym, co robią, wytrwali i konsekwentni. Tyle że przed kimś, kto osiągnął sukces, prędzej czy później stanie kolejne wyzwanie: jak go utrzymać...

Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek

Janusz Głowacki powiedział, że w USA niektórych winduje się na sam szczyt, by ich później spektakularnie z niego strącić. Taka gra. W Polsce jest podobnie, z tym że zazwyczaj pomija się pierwszy etap.
Przypomina mi się historia Cybulskiego, którego podrzucano do góry, aż w pewnym momencie zapomniano złapać. Powiedziałabym raczej, że w Polsce łatwo zapomina się dbać o sukces. On się często rozmywa, rozłazi, rozdrabnia, zanika... Wtedy opór i presja się zwiększają, więc wielu ­odpuszcza, trwanie na szczycie zaczyna być zbyt trudne, nieraz bardzo bolesne. Dochodzi polskie piekiełko.

Zawsze jest trudniej?
Zawsze. Pamiętam, jak weszłam kiedyś przed występem do garderoby Maryli Rodowicz. Patrzę, a ona kuśtyka, masuje spuchniętą kostkę, zastanawia się, czy pęknięta, czy tylko zerwała więzadło. I nagle słyszy, jak inspicjent woła ją na scenę, i wszystko zaczyna się dziać w przyspieszonym tempie: zakłada 20 centymetrowe szpilki, wychodzi, daje show na 100 procent możliwości, wraca do garderoby i znów zaczyna cierpieć. Dla mnie Mania jest modelowym przykładem kogoś, kto potrafi przełamać własne słabości, uporać się z przeciwnościami i utrzymać na szczycie. Przecież jakbym ją wtedy zapytała: Marylka, kiedy ty wreszcie zaczniesz żyć, to chyba by mną rzuciła o ścianę. „Mańka, jak ty ustałaś na tych obcasach?” – spytałam. „Na scenie nie czułam bólu” – usłyszałam. To jest to!
Menedżer w telewizji to zawód, w który wliczone jest ryzyko sapera. Inwestuje się ogromne pieniądze. Zatrudnia się najlepsze gwiazdy, a czasem sukces robi zupełnie inny program
Nina Terentiew

„Istnieją dwa rodzaje dziennikarstwa – można bić albo głaskać”. Pani to powiedziała.
Aż tak ostro tego nie ujęłam. Można pytać, nie przejmując się niczym i liczyć się z ewentualnością, że rozmówca dostanie blokady albo wyjdzie ze studia, trzaskając drzwiami. Można również stworzyć przestrzeń, w której będzie się czuł bezpiecznie, mając świadomość, że szanuje się jego tematy tabu. Atakować można polityków, artystów nie ma potrzeby.

Pani zawsze wybierała tę drugą drogę.
I dzięki temu jako jedyna osoba w historii telewizji ubrałam Jacka Kuronia w marynarkę i przekonałam publiczność, że Bogusław Linda potrafi być fantastycznym rozmówcą. Co się pan tak patrzy?
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek

Nie wierzę w marynarkę Kuronia.
Zgodził się na występ w „Bezludnej wyspie” pod jednym warunkiem: że zrezygnuję z jednopłciowej konwencji programu i obok niego pojawią się dwie wspaniałe kobiety. Zażyczył sobie towarzystwa Stanisławy Celińskiej i Krystyny Jandy. „Tylko z tymi paniami mogę pojechać na bezludną wyspę” – powiedział. „OK” – odparłam. „Ale coś za coś: wystąpi pan w marynarce”. Uznał to za zbyt wygórowaną cenę i podziękował. Nie odpuściłam, zaczęłam twarde negocjacje i ostatecznie ustaliliśmy, że w czasie nagrywania programu będzie mógł ją w każdej chwili zdjąć.

Zdjął?
Nie zdjął, a po tygodniu zadzwonił: „Ja wiem, że to jest kostium zakupiony przez TVP, ale – zawahał się – czy mógłbym ją sobie zatrzymać?”. Odkupił ją już następnego dnia.
Z Lindą było tak, że od zawsze miał w telewizji opinię kogoś, kto nie mówi. Niemowa Linda. Zadzwoniłam i zapytałam, czy nie zgodziłby się na udział w „Zwierzeniach kontrolowanych”. Odpowiedział oczywiście „na Lindę”: „Yyy, nooo wiesz, jaaaa jesteeem”. Powiedziałam, że wiem, kim jest, bo się przyjaźnimy – fantastycznym człowiekiem i świetnym rozmówcą, ale jeżeli ma zamiar w ten sposób odpowiadać w programie, to lepiej go nie realizujmy i dalej pozwólmy wierzyć wszystkim, że nie mówi. „Yyy… to realizujmy” – powiedział.

A program był nagrywany przy barze, za którym kręcił się czujny barman.
Pudło. Nie upiłam go, nie pan pierwszy mnie o to podejrzewa. Warunkiem „Zwierzeń kontrolowanych” była możliwość korzystania z dobrodziejstw baru dopiero po nagraniu. Linda autentycznie się otworzył. Odczuwał komfort, swobodę, wiedział, że nie padnie nieprzychylne mu pytanie. Bardzo dbałam, żeby go nie zamknąć.

„Bo bywa, że rozmowa z gościem to stąpanie po kruchym lodzie” – kolejny passus.
Tym razem zacytowany wiernie. Dotyczy przede wszystkim mojej rozmowy z Romanem Polańskim w latach 80., już po jego wyjeździe z USA. I teraz zapewne niejeden mistrz dziennikarstwa powiedziałby panu, że fakt, iż rozmawialiśmy kilkanaście miesięcy po jego wyjeździe ze Stanów, stanowił powód, żeby delikatnie, ale zdecydowanie podjąć ten temat. A ja byłam stuprocentowo pewna, że jeżeli pojawi się w moich ustach nazwisko Samanthy Gailey, to on wstanie i wyjdzie ze studia, nie dając mi w twarz tylko dlatego, że jestem kobietą. Program szedł na żywo. Polski telewidz mógł się dowiedzieć o kulisach pracy nad „Wstrętem”, „Dzieckiem ­Rosemary” czy „Chinatown”. Lód był cienki, stawka wysoka, jeden fałszywy krok i moglibyśmy mieć skandal.

Fot. Zuza Kraje