15 cm nad ziemią

Daj dziewczynie odpowiednie buty, a zawojuje świat 
– mawiała Marilyn Monroe. Jej słowa wzięła sobie do serca Taylor Reeve, projektantka damskich butów i właścicielka firmy TaylorSays. Jej szpilki zdobywają szturmem kolejne kraje. I nic dziwnego, skoro spód turkusowych butów ozdabiają tęczowe lody na patyku. Jeden z modeli zwieńczony jest metalowymi kolcami, a inny przypomina paszczę rekina.

Gdy dziewczyna zrzuca trampki i zaczyna chodzić w szpilkach, wiadomo jedno: nic nie dzieje się bez przyczyny. A jak było w twoim przypadku? Dlaczego zamieniłaś beztroską wygodę na ekstrawagancką elegancję?

Pamiętam doskonale komplement, którym uraczył mnie kolega ze studiów, gdy pojawiłam się pewnego dnia na zajęciach w niebotycznie wysokich szpilkach. Od tego czasu miałam pewność, że moje nogi ogromnie zyskują na takim podwyższeniu. Ba! Wysokie obcasy dodają pikanterii każdemu strojowi.

I balansując na tych niebotycznie wysokich szpilkach, wkroczyłaś na drogę biznesu...

Właściwie tak, chociaż najpierw snułam plany dotyczące projektowania zabawek. Zawsze wiedziałam, że moje przyszłe życie będzie się kręcić wokół sztuki. Musiałam tylko znaleźć swoją niszę.

Z jednej strony projektowanie, szkicowanie i malowanie. Z drugiej – marzenia o własnej firmie. Jak pogodzić te dwa pozornie różne światy, artystyczne wizje z liczbami i słupkami biznesplanu?

Pracowałam wcześniej nad kilkoma dużymi projektami dla różnych korporacji. I miałam to szczęście, że nigdy nie wymagano ode mnie rezygnacji z twórczej wolności. Pozwalano mi artystycznie szaleć do woli. Zwracano się do mnie z jakimś konkretnym pomysłem, ale już sposób jego realizacji zależał wyłącznie ode mnie. Takie zlecenia traktuję zresztą jak wyzwanie, którego prawdopodobnie sama nigdy bym nie podjęła. Pamiętam, ile frajdy sprawiło mi zaprojektowanie męskich kurtek narciarskich i snowboardowych. Mam świra na punkcie jazdy na desce. Nie mogłam się doczekać, aż skończę to zamówienie i zobaczę na stoku jakiegoś przystojnego snowboardzistę w kurtce mojego pomysłu. Miałam ochotę wydrzeć się na całe gardło: „Hej, koleś! To moja robota! Mój wzór!". Kiedy widzę ludzi na ulicach w ciuchach czy butach mojego projektu, wiem jedno: to najgenialniejsze uczucie na świecie.

Teraz jednak nie pracujesz dla innych, sama jesteś przedsiębiorcą, a twoja firma rozrasta się w postępie geometrycznym.

To się jakoś tak naturalnie wydarzyło. Byłam pewna, że koncepcja odlotowych, kolorowych butów na wysokim obcasie musi wypalić. Gdzieś tam we mnie głęboko rodziła się myśl, że może uda mi się stworzyć i wypromować własną markę. Myślałam o tym już wtedy, kiedy handlowałam w szkole koszulkami z nadrukami mojego projektu. Trzeba było jednak czasu, musiałam dojrzeć. Kiedy opracowywałam koncepcję własnej firmy, byłam już gotowa wziąć się za bary z biznesem.

Aż tak? Musiałaś się z nim bić?

Tak, bo to brutalny świat. Pełen chciwości i zachłanności. Tutaj każdy chce wyrwać kawałek tortu dla siebie. Długo uczyłam się reguł biznesowej dżungli. Najważniejsza lekcja, jaką dostałam, brzmiała: ufaj tylko właściwym ludziom.

Właściwym, czyli...

Tym, którzy nie oszukają i nie wykorzystają cię przy pierwszej okazji. A to niełatwe. Potykałam się, popełniałam błędy. Nikt przede mną nie rozłożył czerwonego dywanu. Droga do własnej firmy była bardzo wyboista. Ale z perspektywy ostatnich kilku lat mogę powiedzieć, że byłam pilnym uczniem, odrobiłam wszystkie lekcje. Znam teraz własną firmę jak nikt inny. Wiem, co jej służy, a co nie. Wiem, na jakie pułapki uważać i kto je może zastawiać.

Kiedy szczególnie skacze ci poziom adrenaliny?

Tak się dzieje za każdym razem przed wypuszczeniem nowego produktu na rynek. Staję wówczas przed niewiadomą. Czy się przyjmie? Czy się sprzeda? Prowadzenie własnej firmy to jak przejażdżka kolejką górską w wesołym miasteczku. Są straceńcze spadki, na łeb na szyję, i desperackie pięcie się w górę. Ale ja się nie boję. Siedzę w pierwszym wagoniku tej kolejki z rozpostartymi ramionami...

Wyjątkowe, seksowne, odważne. Jak sama mówisz, te trzy słowa opisują styl szpilek, które tworzysz. Dodałabyś coś jeszcze?

Kobiecość. Bo tworzę dla kobiet nowoczesnych i odważnych. Inspiruję się ich pragnieniami i marzeniami.

Cukierkoworóżowe lub odblaskowoczerwone, ewentualnie neonowożółte lub w czarno–granatową panterkę. Takie są te nasze marzenia?

To bajkowy świat, który uwodzi motywami i kolorami. Kusi i obiecuje. Jest diabelnie sexy. Zaprasza do gry w tworzenie wyjątkowej wersji siebie.

Z trupimi czaszkami o diamentowych oczach lub biuściastymi pięknościami na podeszwach tych niebotycznych szpilek?

Na tym polega nowoczesna sztuka, na puszczaniu oka do świata.

Zawsze taka byłaś: pewna siebie, gotowa brać życie za rogi?

Dziś decyduję sama o sobie. Był jednak ktoś, kto niewątpliwie przyczynił się do wyboru mojej drogi zawodowej. Moi rodzice. Ich wpływ był niezwykle pozytywny. Zawsze stali za mną murem. Pokazali, że ciężką pracą można wiele osiągnąć. Dzięki nim szybko się zorientowałam, że można wyżyć z pasji. Gdy oznajmiłam: „Mamo, tato, zostanę artystką", znieśli to dzielnie i z godnością.

Zaproponowali, żebyś usiadła i poczekała, aż ci przejdzie?

Nie! Powiedzieli: „Jeśli tego naprawdę chcesz, to zabieraj się do pracy! I to już!".

Bo nie sztuką jest mieć szalone wizje. Sztuką jest je realizować... Pytanie tylko: jak to robić, by starczyło pasji i zapału do pracy?

Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za całokształt przedsięwzięcia, a firmą zająć się jak własnym dzieckiem. Czyli bez chwili przerwy, bez odpoczynku, bo przecież dziecko wymaga opieki i doglądania non stop. A przy podejmowaniu ważnych decyzji warto słuchać tego, co podpowiada szósty zmysł. Bo on czasami ostrzega przed jakimś ruchem biznesowym, a czasami nakłania do rzucenia się na głęboką wodę.

Kiedy tak zajmujesz się swoją firmą bez wytchnienia, nie przychodzi ci czasami do głowy, że może lepiej byłoby mieć stabilną, unormowaną pracę?

Nie narzekam. I nie ciągnie mnie do etatu w biurze. Jestem przekonana, że w moim przypadku skończyłoby się to katastrofą. Rzeczywiście, pracuję od poniedziałku do niedzieli, ale sama tak chciałam. Nie mam poczucia, że jestem niewolnicą swojej firmy. Czasami siedzę nad deską kreślarską do wieczora: projektuję kształt buta, dobieram kolory, wymyślam wzór, tworzę rysunki, które znajdą się na podeszwie. A czasami mam chwilę oddechu, kiedy mogę poświęcić się malowaniu na płótnie, dla własnej przyjemności. Większość tego, co wtedy powstanie, prędzej czy później i tak zostanie odwzorowana na moich produktach. Czasem podglądam to, co produkują inne firmy. Śledzę uważnie wszystkie trendy w modzie, bo trzeba być w peletonie zmian, a nie na szarym końcu.

Czy Taylor Reeve bizneswoman ma jeszcze czas, by spokojnie pomarzyć?

Muszę znaleźć choć kilka chwil dla siebie, bo inaczej człowiek by zwariował. Często można mnie znaleźć w kuchni, gdzie gotuję dla męża albo dla przyjaciół. Chodzę na spacery z suczką Bellą, która stała się również – nomen omen 
– moją inspiracją do modelu butów Hells Bells. Szczerze mówiąc, w moim życiu strefy prywatna i zawodowa wciąż się przenikają. Nawet gdy idę potańczyć do klubu, to patrzę głównie na... parkiet. Tyle tam ciekawych par butów. Również kiedy rozmawiam ze znajomymi, prędzej czy później kończy się na dyskusji o butach.

Stawiasz przed sobą konkretne cele?

Marzy mi się władza nad światem! Wszyscy mają stać na pointach! W przypadku moich butów – dosłownie na pointach. A poważnie... Trzymam się obranej ścieżki, bo to nią powinnam iść dalej.