Tylko nie nazywaj mnie geniuszem

Kilkuletnia Ania uwielbiała koty. Wszystkie, bez wyjątku. Dachowce i te z rodowodem. Pochłaniała mnóstwo książek na ich temat. Pewnego razu trafiła na taką, która opisywała prawa dziedziczenia na przykładzie ras kotów. Od tej pory Anię pochłonęła genetyka.
Dziś Anna Kornakiewicz studiuje medycynę na I Wydziale Lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Ma jasno sprecyzowane plany. Chce być neurologiem. Co ją kręci? Funkcjonowanie mózgu, wpływ neurotransmiterów na procesy myślowe. Interesuje ją neurofarmakologia i odkrywanie nowych leków, łącznie z ostatecznym procesem wprowadzania ich na rynek.

Ilustracja Agnieszka Boroń
Anna listą swoich osiągnięć naukowych i tytułów mogłaby wytapetować pokój. W powszechnym rozumieniu jest więc młodym geniuszem. Ale sama reaguje na to określenie śmiechem. – Robię to, co lubię – ucina.
Czy geniusze istnieją? Jeśli tak, to jak ich wyłuskać? W Krajowym Funduszu na Rzecz Dzieci, który opiekuje się młodymi zdolnymi, w ogóle nie używa się tego określenia. – To łatka, która może tylko zaszkodzić – słyszymy. Bo przecież bardziej lub mniej nieudolnych prób zdefiniowania geniuszu w historii nie brakowało. Przeszło 100 lat temu Cesare Lombroso, włoski psychiatra, kryminolog i antropolog, w słynnym dziele „Geniusz i obłąkanie” pisał, że genialność została wraz ze zbrodniczością zaliczona przez niektórych psychiatrów do pewnego rodzaju zboczeń umysłowych. 50 lat temu eksperymentowano z genetycznym doborem geniuszy.
Przez ostatnie kilka lat próbowaliśmy dzieci, często te maleńkie, „programować” za pomocą kursów i kolejnych dodatkowych zajęć.
A dziś? Pewne jest to, że osoby wybitne istnieją, ale to zupełnie inny materiał ludzki niż przed wiekami. A najlepiej w wychowywaniu utalentowanych dzieci sprawdza się zasada zdrowego zaniedbania.

Studium przypadku

Po pierwsze: dwuletnia Elsie Tan Roberts, która już należy do elitarnej Mensy. Tym samym jest w grupie 0,2 proc. najinteligentniejszych dzieci w swoim wieku. Potrafi wymienić 35 stolic państw i rozróżnić prawidłowo trzy typy trójkąta. Jej iloraz inteligencji wynosi 156. Pierwsze słowo wypowiedziała w wieku pięciu miesięcy, a pierwsze kroki stawiała, mając niecałe dziewięć.
Po drugie: Sho Yano, student Uniwersytetu Chicagowskiego. Zaczął studiować w wieku dziewięciu lat. Wcześniej na egzaminie dostał 1,5 tys. punktów na 1,6 tys. możliwych. Po zdobyciu dyplomu naukowego w wieku 12 lat rozpoczął studia medyczne. Iloraz inteligencji Sho wynosi 200. To sporo, zważywszy, że za geniusza uznaje się osobę z IQ równym 130, a Einstein miał 170. Trzyletni Sho pisał już i czytał. Jako pięciolatek wykonywał muzykę klasyczną i komponował. W wieku siedmiu lat chodził do szkoły średniej, która jednak, zdaniem rodziców, nie była na dostatecznie wysokim poziomie. Dlatego Sho miał dodatkowe zajęcia w domu.
Po trzecie: Balamurali Ambati. Skończył liceum w wieku 11 lat, dwa lata później zdobył licencjat z biologii na Uniwersytecie w Nowym Jorku. Szkołę medyczną skończył, mając lat 17, i został rezydentem na Harvardzie.
Opisów podobnych przypadków nie brakuje. Udokumentowane, poświadczone przez szacowne gremia. Dla chętnych są filmy na YouTubie prezentujące niewiarygodne osiągnięcia kilkulatków. Nic dziwnego, że patrząc na nasze dziecko, dopada nas chęć odkrycia w nim geniusza. Gdyby ta chęć okazała się nie do przezwyciężenia, od razu przyda się garść zastrzeżeń. Tak więc: geniusz i dziecko uzdolnione to jakby różne kategorie wagowe. – Poza tym tempo rozwoju i dojrzewania układu nerwowego jest indywidualną cechą – przestrzega dr Magdalena Śniegulska, psycholog rozwojowa dzieci i młodzieży (Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej).
Nasz iloraz inteligencji  w ostatnich latach rośnie. jednak proporcje między uzdolnionymi a przeciętną resztą pozostają bez zmian.  Tylko 2,5 proc. populacji to ludzie wybitni
Jak to rozumieć? Przez analogię do rośnięcia. Jedni wystrzeliwują w górę na początku szkoły podstawowej, inni dorastają powoli. W przedszkolu i w klasach 1–3 najlepiej widać różnice w rozwoju dzieci. To wtedy pojawiają się takie, które na tle klasy mają zdolności, przykładowo matematyczne, wyraźnie przekraczające poziom swojej grupy wiekowej. Później, z upływem czasu, to się rozmywa. W liceum geniuszy nie ma już tylu, co w podstawówce. I nie jest to kwestia zmarnowanych talentów.
Psychologowie są zgodni, że nasz iloraz inteligencji w ostatnich latach rośnie, ale proporcje między uzdolnionymi a przeciętną resztą pozostają bez zmian. Skoro tak, czy można wyprodukować więcej geniuszy? Większość badań pokazuje, że w każdym z nas tkwi określony potencjał i nie możemy się „ulepszać” w nieskończoność. – Zgodnie z zasadą krzywej Gaussa, tylko 2,5 procent populacji to ludzie wybitni – mówi Magdalena Śniegulska.

W poszukiwaniu geniusza

 – Tylko jak rozumieć te procenty? Krzywa będzie działać w zależności od tego, do czego ją przyłożymy. Do osiągnięć szkolnych, wyników testów inteligencji? Człowiek uzdolniony to przede wszystkim osoba, która ma wyższe potrzeby edukacyjne niż reszta – przekonuje Maria Mach, dyrektor biura Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci, którego sama jest stypendystką. Z piątego rocznika. W Rzeszowie, w pierwszej klasie liceum wystartowała w olimpiadzie. Zwróciła na siebie uwagę dyrektora szkoły, który zgłosił ją do Funduszu. W ten sposób poznała ludzi, którzy interesują się tym samym co ona. Nie to, żeby wcześniej czuła się dziwolągiem. Bo czy w ogóle nim była? W swojej naiwności szukała jedynie na szkolnych korytarzach kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o Senece.
Granica wieku, kiedy można szukać w dziecku talentu i go rozwijać, to… granica zdrowego rozsądku. A w przypadku Funduszu – czwarta–piąta klasa szkoły podstawowej. – Zdiagnozowanie niektórych uzdolnień w bardzo młodym wieku jest niewykonalne. Chociażby uzdolnienia humanistyczne. Tu potrzebna jest pewna dojrzałość. Stosunkowo łatwo rozpoznaje się natomiast talenty matematyczne, plastyczne – mówi Maria Mach. A jeśli już się odkryje talent? Podstawowa zasada w Funduszu brzmi: nie nakręcać się. – Staramy się nie wytwarzać wokół tego człowieka otoczki niezwykłości. Przenosimy punkt zainteresowania z dziecka na przedmiot jego zainteresowań. To nie ty jesteś ważny jako świetny matematyk. To matematyka jest ważna jako coś świetnego, co można robić w życiu.

A po szkole brazylijskie seriale

Zawiercie w województwie śląskim. 55 tys. mieszkańców. Stąd pochodzi Anna Kornakiewicz. To dobre miejsce na start. O ile tylko ktoś potrafi się sam uczyć, nie potrzebuje snobistycznego przedszkola, najlepszej w kraju szkoły i dodatkowych kursów. Jej gimnazjum było w pierwszej trójce w województwie. A liceum? Powiedzmy, że z tradycjami. Jej mama je kończyła, a ona – kontynuowała tę tradycję.
Ania składała aplikację do Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci w trzeciej klasie gimnazjum. W rubryce „zainteresowania” wpisała: genetyka i nauki neurobiologiczne. Osiągnięcia: olimpiady przedmiotowe na poziomie gimnazjalnym. Była już wtedy dwukrotną laureatką olimpiady biologicznej, z języka polskiego, chemicznej i fizycznej. Od zawsze jej idolem i autorytetem był ukochany dziadek, inżynier. Miał we wnuczce partnerkę w logicznym łamaniu głowy. To on uczył ją twierdzeń Pitagorasa czy Talesa. Niby nic w tym dziwnego.
Tyle że Ania była wtedy w przedszkolu. – Dziadek zawsze miał dla mnie przygotowane tablice matematyczne i geograficzne. Odpytywaliśmy się. Lubiłam też nasze gry słowne: kto znajdzie najwięcej wyrazów na daną literę – wspomina. W tamtych czasach jedną z jej ulubionych książek było „500 zagadek matematycznych”. Z czasem pojawiły się zagadki chemiczne, biologiczne. Uwielbiała rozgryzać mechanizmy działania.
 – Zawsze sama stawiałam sobie wyzwania – opowiada Anna. W podstawówce zgłaszała się do kolejnych konkursów w tajemnicy przed rodzicami. Dopiero gdy już zdobyła wyróżnienie, wspominała im o tym. Dlaczego? – Nigdy nie potrzebowałam dodatkowej motywacji czy dyscypliny. Potrafię się świetnie zorganizować.

Nigdy nie chodziła na dodatkowe zajęcia. Nikt nigdy nie mierzył jej czasu, który poświęca na naukę. Zawsze sama go sobie dawkowała. Miała czas spotkać się ze znajomymi, pojeździć konno. Po szkole biegła do babci na obiad. Siedziały potem razem do późnego popołudnia.
Rozmawiały i oglądały brazylijskie seriale. Po nich wracała do domu i rozmawiała z mamą. Nauka była w międzyczasie.
Miała przyjaciół, nie potrzebowała się nikomu przypodobać. Nie dawała spisać pracy domowej, bo zwykle sama jej nie miała. – Powtarzanie po raz kolejny podobnych zadań było stratą czasu, który mogłam przeznaczyć na naukę czegoś nowego – tłumaczy. I szczerze przyznaje, że choć uczyła się dużo, to nie więcej niż inni. Gdy niektórzy koledzy ze szkoły siedzieli nad książkami po kilka godzin, by dostać trójkę czy czwórkę, ona, robiąc znacznie mniej, kończyła z piątką. Teraz, na studiach, jej znajomi zarywają noce przed sesją. A ona? Ma żelazną zasadę: nie uczy się do późna i śpi zwykle osiem godzin. Chyba że idzie akurat na imprezę. Wyliczanie tytułów i osiągnięć krępuje ją i śmieszy. – Takie to sztuczne i formalne – mówi. Dlatego wymienia tylko te najważniejsze.
Jeszcze w liceum była laureatką Ogólnopolskiej Olimpiady Biologicznej. Później reprezentowała Polskę na Olimpiadzie Międzynarodowej w Kanadzie. Zdobyła brązowy medal. Dzięki Krajowemu Funduszowi na Rzecz Dzieci trafiła na staż do Harvard Medical School w Bostonie. Program Research Science Institute organizował MIT (Massachusetts Institute of Technology) dla 50 Amerykanów i 25 osób ze świata. W Konkursie Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej w Paryżu reprezentowała Polskę. Rok temu brała udział w programie badawczym w Instytucie Karolinska w Szwecji. Jest stypendystką Amgen Scholars, fundacji działającej przy jednej z największych firm farmakologiczno-biotechnologicznych. A ostatnio została członkiem Collegium Invisible, stowarzyszenia działającego na zasadzie mistrz–uczeń