Spadająca gwiazda

9 października obchodziłaby 75. urodziny. Zostawiła po sobie stosy tekstów, wspomnień. Agnieszka Osiecka żyła intensywnie. „Bo to życie to bal jest nad bale. niech żyje bal. drugi raz nie zaproszą nas wcale..."
Stolik przy wejściu do warszawskiego SPATiF-u, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy, w knajpie na Foksal, kuluary STS-u, Mazury i warszawska Saska Kępa. Agnieszka Osiecka zawsze jest w jakimś kontekście. Ludzi, miejsc, okoliczności.

Sentyment do kapeluszy. Przyszedł z czasem. Choć może było to uczucie na wyrost...
Krytykowana, wychwalana. Oceniana. I to ocenianie stało się największym błędem ludzi, którzy tylko „byli” obok niej. Bo Agnieszka Osiecka była zbyt inteligentna, zbyt szybko biegły jej myśli, by zrozumiała je osoba związana na co dzień z gotowaniem obiadów, wychowywaniem dzieci, robieniem prania. Z całą tą życiową prozą. Agnieszka Osiecka miała w sobie zbyt dużą potrzebę wolności, by się taką osobą ograniczać.
Spadająca gwiazda. Kto ją zatrzyma? „A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja – rozdarte drzewo” – pisała w piosence śpiewanej później przez Krystynę Jandę.
Gdy pojawiła się po raz pierwszy w towarzystwie, była cicha. Skryta, rzadko kiedy zabierała głos. Głównie słuchała.

Warkocz

Wyróżniała ją uroda. Klasyczne rysy twarzy, długi, jasny warkocz. Nie bez powodu przywodziły na myśl arystokratyczne pochodzenie. Agnieszka Osiecka skupiała na sobie spojrzenia mężczyzn. I nikt by nie przypuszczał, że jeszcze kilka lat wcześniej podpierała ściany na szkolnych potańcówkach.
Obserwatorka ludzi, badaczka nastrojów. 1993 r.
Rodzice nie zaszczepili w niej pewności siebie. Sama tak ich wspomina: „Ważna była dla mnie przyjaźń z Zygmuntem Hertzem i Zofią Hertzową. Ja miałam zimnych rodziców i państwo Hertzowie byli dla mnie jak mama i tata, chociaż to może dziwne, bo nie byli dużo starsi ode mnie – pisała. – Pamiętam, że ojciec chciał mnie wszystkiego nauczyć, języków, a to tego, a to tamtego,
mama była bardzo praktyczna, ale nie było ciepła u nas w domu. A państwo Hertzowie na przykład zabierali mnie do kogoś na przyjęcia. Zosia dała mi swoją zieloną bluzkę, a potem krytykowała, że źle ją wyprasowałam. Właściwie byli dla mnie rodziną”.
Nic więc dziwnego, że po latach bliska jej osoba, Krystyna Sienkiewicz, tak mówiła: – Ona jest jakby przez kogo innego urodzona, nie przez tę rodzinę, tylko przez znajomych. Stworzyła w poezji dom tak piękny i doskonały, że nie umie tego zrobić w życiu.

Herbata na Saskiej

Jej pokój na warszawskiej Saskiej Kępie był zwyczajny, nie miał w sobie magicznej mocy, czaru przyciągania czy atmosfery, jaka zwykle towarzyszy miejscom, z którymi związani byli wyjątkowi ludzie. Zwykłe meble, sporo książek. No i ten stół. Ze szklanym blatem. Pod nim z biegiem lat przybywało zdjęć mężczyzn, którzy przemknęli przez jej życie. – Przyszpileni, niczym motyle – powiedział kiedyś o tej osobliwości jej bliski znajomy Jerzy Urban.
Agnieszka Osiecka z córką Agatą Passent. – Te relacje nie były ani typowe, ani przewidywalne. Podobnie jak decyzje innych kobiet, które potargane licznymi romansami szukają potem dla siebie miejsca w życiu – powie po latach jedna z przyjaciółek Osieckiej
Agnieszka Osiecka nie przywiązywała się do rzeczy. Nie miała kobiecej słabości do przedmiotów. Ta do kapeluszy przyszła z czasem. Nie malowała się, nie chodziła do fryzjera. Zrobiła to raz w życiu, za namową Hanny Bakuły. Ufarbowała włosy na rudo, obcięła grzywkę. Gdy wracała potem do domu, jak ognia unikała swojego odbicia w sklepowych witrynach.
Herbata. Mniej więcej na tyle było ją stać w kuchni. Zresztą gdy przyjmowała gości w swoim pokoju i niosła szklankę płynu z kuchni, było niemal pewne, że pocieknie jej po rękach.
Daniel Passent – z nim próbowała stworzyć dom. Bo choć sama otaczała się ludźmi skrzywdzonymi, którym trzeba było pomóc, nią samą opiekował się tylko on
Menu w jej rodzinnym domu od zawsze układała gosposia, pani Helenka. Były to więc kotlet, rosół i kompot. Ewentualnie: rosół, kotlet i kompot. I nie wiedzieć czemu, Agnieszka Osiecka zawsze się tym zajadała.
Sweter, czasem dwa różne pantofle, które dziwnym trafem trafiały na jej stopy. Albo kostium kąpielowy spinany agrafkami, inaczej zbyt luźne ramiączka zsunęłyby się na basenie w Victorii. Powierzchowność, która tak niewiele ją obchodziła. I która przez tak wielu była oceniana. – A co ma język do butów? Czy jak ktoś ma ładne buty, to znaczy, że jest dobrym poetą? A może: jak ma złe buty, to jest złym poetą? – denerwowała się potem jej przyjaciółka Hanna Bakuła.

Te wszystkie Małgośki

Świetnie pływała. Dosłownie i przez życie. Na każde stolikowe spotkanie przychodziła przygotowana. Bo w tamtych czasach niekulturalnie było opowiadać coś bez puenty. Bez puenty znaczyło tyle co bez sensu.
Daniel Passent – z nim próbowała stworzyć dom
Agnieszka Osiecka miała sławnych mężów (Wojciech Frykowski, Daniel Passent) i jeszcze sławniejszych przyjaciół. – Niestety, należę do pokolenia, które zaczęło wymierać młodo – pisała później. – I ci wszyscy ludzie, którzy dzisiaj są legendami czy legendkami – ludzie tacy jak Marek Hłasko, Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela – oni wszyscy byli kiedyś kolegami czy przyjaciółmi moimi z krwi i kości, i czasem czuję się bez nich bardzo samotna.
Napisała jakieś dwa tysiące piosenek. Czyli dwa tysiące przebojów. Na jej konto w ZAiKS-ie wpływały tantiemy za piosenki śpiewane przez: Marylę Rodowicz, Skaldów, Czerwone Gitary, Irenę Santor, Danutę Rinn, Łucję Prus, Alibabki, Urszulę Sipińską, Majkę Jeżowską, Jaremę Stępowskiego...
Ona jednak nigdy nie myślała, że tworzy coś wielkiego. Nie uważała się za wielką artystkę. Nieco ironicznie wolała określenie: poetessa. Ale to ją, nie Miłosza, cytują.
Natchnienie czerpała z życia. Od ludzi. Miała niesamowitą zdolność dostosowywania się do sytuacji. To ona pozwalała jej odnaleźć się na salonach i pod sklepem, gdzie sprzedawano alkohol. – Gdyby została przy naszym inteligenckim stoliku, gdzie gnietliśmy się we własnym sosie, nie powstałyby te wszystkie Małgośki – wspominają znajomi. I dlatego to nie ona była wykorzystywana, gdy garnęło się do niej nieciekawe towarzystwo z Saskiej Kępy, kuszone wizją łatwego zdobycia trunku. Bo to ona to towarzystwo wykorzystywała jako potencjalne źródło natchnienia.
Agnieszka Osiecka z córką Agatą Passent
Zresztą innym razem dokładnie w tym samym celu wybrała się na „okazyjną, zagraniczną” wycieczkę świętować Nowy Rok. Potem powstał „Nareszcie Sylwester w Budapeszcie”.
Bar Saks na Saskiej Kępie. – Tak. Piękna legenda brzmi: Osiecka siedzi w Saksie, obserwuje ludzi i pisze na serwetkach piosenki – wspominała po latach jej jedyna córka, Agata Passent. A bez legendy? – Przychodziłam ją stamtąd wyciągać. W końcu przestałam, bo nie miało to sensu.
Alkohol to trudny temat. Najlepiej, by go nie było. A wspominając Agnieszkę Osiecką, nie można od niego uciec. Z prostego powodu: towarzyszył jej od młodości do ostatnich niemal chwil życia. – Wtedy wszyscy pili. Kto nie pił, był dziwakiem – mówią jej dawni znajomi. – Jedni kontrolowali się lepiej, inni gorzej.
A ona? W „Balladzie o uczonym Balbusie i przejeżdżającym tramwaju” zawarła znaną prawdę: alkohol szkodzi zdrowiu, ale pomaga żyć.

Rozrzutność

Nie ma drugiej osoby, która zostawiłaby po sobie tak wielkie grono przyjaciół. Każdy z nich ma w głowie swój wizerunek Agnieszki. Ten jedynie słuszny.
Agnieszka Osiecka miała znanych przyjaciół... Jarosław Abramow--Newerly i ona, w kawiarni, 1963 r.
 – Zimowymi wieczorami lub w nocy piłyśmy przez telefon. Polegało to na tym, że każda z nas brała szklankę do łóżka. Leżąc wygodnie, rozmawiałyśmy przy whisky z lodem, godzinami – wspominała swoją przyjaźń z Osiecką Hanna Bakuła. – Trzeba pamiętać o tym, że nie było wtedy taksówek. Znalezienie jakiejś graniczyło z cudem. Po co jechać z placu Konstytucji na Kępę, skoro można było wejść do łóżka i sięgnąć po słuchawkę?
Agnieszka Osiecka. Warszawa, 1990 r.
Osiecka w swoich „przyjaźniach” bywała rozrzutna. Stąd i cudzysłów dla określenia tych relacji jest niezbędny. Jednego dnia potrafiła przytulić do serca, słuchać, matkować. Innego dnia nie poznawała człowieka. Bolało to szczególnie ludzi z małych miasteczek, do których jeździła na spotkania ze swoimi, dziś by się powiedziało, fanami. Potrafiła przejść z kimś na „ty”, by następnego dnia wypalić: „Ależ ja pani nie znam!”. Osoby, które trwały przy niej latami, usprawiedliwiają to zachowanie: wynikało z gonitwy jej myśli, mało kto za nią nadążał.

Wyrzuty sumienia

Dziecko? To trudny temat. Katarzyna Lengren, jej bliska znajoma, tak to tłumaczyła: – Podobnie jak decyzje innych kobiet, które potargane licznymi romansami szukają dla siebie miejsca w życiu. Na początku wszystko się udawało. Daniel Passent jest inteligentnym człowiekiem i uroczym. Pasowali do siebie. Agnieszka nie wytrzymała jednak presji nudy.
Z Marylą Rodowicz i watą cukrową. Na warszawskim Starym Mieście, 1990 r.