Romans z ulicy mainstreamem

Niegdyś związane z undergroundem i kontrkulturą, dziś stają się pełnoprawną częścią sztuki współczesnej. Nielegalne dzieła na murach są dziś przenoszone do sterylnych wnętrz galerii i kupowane za krocie przez kolekcjonerów. Pytanie tylko, czy sztuka ulicy nie zatraci swego pazura.

To odwieczny schemat świata sztuki – najpierw coś będącego totalnie pod prąd, wywrotowego jest traktowane jako ciekawostka, dziwactwo. Później następuje etap obłaskawiania dzikusów, aż w końcu jest wchłaniane przez mainstream. Tak właśnie było z hip-hopem, który z lokalnej muzyki Afroamerykanów z Bronksu, przez jakiś czas uznawanej za rap gangsterów, stał się jednym z najpopularniejszych nurtów muzyki słuchanym przez wszystkich na całym świecie. Podobnie było z komiksami. Zaczęło się od traktowanych z przymrużeniem oka historyjek dla dzieci, ale po takich epokowych dziełach jak „Maus" Arta Spiegelmana, który podjął arcytrudny temat Holokaustu, dziś komiks uważany jest za pełnoprawną część sztuki wizualnej i literatury zarazem.

To samo dzieje się ostatnio z graffiti i muralami. Nielegalne malunki na budynkach, kojarzące się przez lata z wandalizmem czy wojnami kibiców, którzy na murach walczą o strefę swoich wpływów w poszczególnych dzielnicach miasta, dziś stają się częścią sztuki współczesnej.

Zaczęło się od Basquiata, który z twórcy graffi ti przeistoczył się w ikonę pop-artu lat 80. W swoich obrazach wykorzystywał doświadczenia zdobyte w czasie nielegalnych akcji malowania graffi ti na mieście – umieszczał na płótnach napisy, gryzmoły, a nawet prymitywne obrazy jak z naskalnych rysunków. Jego głośna przyjaźń z Andym Warholem wyniosła go na szczyty nowojorskiej bohemy.

Teraz taki sukces odnosi Banksy, brytyjski artysta, którego publicznie nikt nie widział. Znany z graffiti i przede wszystkim charakterystycznych szablonów, którymi początkowo zamalowywał mury w Londynie, dziś prezentowany jest w galeriach na całym świecie i w wysokonakładowych albumach sztuki współczesnej. Ceny jego prac, obrazów z szablonów, dochodzą nawet do 100 tys. funtów. Banksy na szczęście mimo zaakceptowania przez rynek sztuki wciąż gra mu na nosie. Swego czasu zamieścił w internecie zdjęcia z jednej z aukcji swoich dzieł i podpisał je: „Nie mogę uwierzyć, że ci kretyni naprawdę kupują to gówno". Zyskał status gwiazdy i ikony kontrkultury, choć jak zwykle mamy paradoks – jeden z najsłynniejszych antykapitalistycznych twórców jest zarazem najlepiej sprzedającym się artystą. Na szczęście Banksy nie wszedł w buty celebryty. Wciąż, jak za czasów malowania nielegalnych graffi ti, pozostaje w cieniu własnej sztuki. Nikt nie wie, jak wygląda i jak naprawdę się nazywa. A to, że mury, które zamalowuje, stają się cenne, to już tylko znak naszych czasów. Dziś właściciele kamienic, na których Banksy zostawił swój ślad, sprzedają galeriom fragmenty murów z jego graffiti za dziesiątki tysięcy funtów.

W Polsce sztuka ulicy ma, niestety, sporo złych konotacji. Murale na potęgę zamawiały PRL-owskie władze. I tak hasła o przodownikach pracy czy święcie 1 Maja zapełniały ściany szczytowe kamienic w centrach miast. Najciekawszymi twórcami sztuki ulicznej są obecnie artyści z grupy Twożywo. Jako jedni z nielicznych tworzą murale zaangażowane, o silnej wymowie antyglobalistycznej i skierowanej przeciwko konsumpcjonizmowi, jak w ich słynnej pracy „Siataniści", ukazującej ludzi z siatkami na na zakupy – niewolników galerii handlowych, którzy spoglądają na nas ze ściany jednej z krakowskich kamienic. Twórcy Twożywa często korzystają z gry słów i popartowych, syntetycznych form, tworząc dzieła na pograniczu poezji i sztuki wizualnej.

Jednak polska sztuka ulicy ma dość niemrawy charakter, pełni raczej funkcję ozdobnika. Murale są zamawiane przez miasta, jak na przykład Katowice, aby zapełnić puste ściany szczytowe. Malunki mają bawić, czasami zachęcać do refl eksji, ale rzadko prowokować. Zdarza się jednak, że malowidła na murach wykonują najwięksi polscy artyści.

Z okazji OFF Festivalu, który wtedy organizowany był w Mysłowicach, do wykonania muralu udało się namówić cenionych artystów. Edward Dwurnik naprzeciwko więzienia ulokowanego w samym centrum miasta stworzył barwny mural o niezwykle przewrotnej nazwie „Uśmiechnięte twarze". Dzieło Wilhelma Sasnala to chyba ewenement w skali kraju – malarz, którego obrazy zyskują najwyższe ceny na aukcjach, ma swoje dzieło na murze w Mysłowicach, o czym nie wszyscy wiedzą. Czy wkrótce trafi do galerii? Nasz rynek sztuki chyba nie jest jeszcze na tym etapie co ten w USA czy Wielkiej Brytanii.

Sztuka ulicy, wchodząc na salony sztuki, wniosła sporo świeżego powiewu – nowy język formalny, ale także niepokorność buntowników. Jednak prędzej czy później jej pazur zostanie stępiony przez marszandów i menedżerów galerii oraz muzeów. Tak się zawsze kończy niebezpieczny romans progresywnych nurtów z mainstreamem. Kto wie, czy za kilkanaście lat wycieczki szkolne nie będą w Tate Modern przechodzić obok kolejnych prac klasyków nowoczesności, mijając ze znużeniem dzieła Banksy'ego. Ale wtedy pewnie coś innego wyskoczy z worka zwanego „wywrotową sztuką ulicy" i będzie czekać na zawłaszczenie.

Więcej felietonów na www.sukcesmagazyn.pl/szczelina

Marcin Szczelina jest krytykiem architektury i kuratorem licznych wystaw architektonicznych.