Przedstawienie musi trwać

Ks. Tischner ostrzegał go przed laty: panie Jurku, jak pan będzie zbierał tak, jak tego od pana wymagają, cicho i skromnie, to zbierze pan tyle, co dziad pod kościołem. – I tego się trzymam. Ma być show, kolorowo, głośno – mówi Jurek Owsiak, który wraz z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy już ćwierć wieku mobilizuje Polaków, by pomagali innym. Czego w tym czasie dowiedział się o nas? – 25 lat temu miałem w swoich okularach różowe szkła, świat mn

Diabelski młyn, który kręci się już 25 lat. Tak powiedziałeś o  Orkiestrze. Dlaczego?

Fakt, mogłem powiedzieć karuzela, ale chodziło o coś, co wznosi do nieba. Jednak nie doszukuj się tu jakiegoś ukrytego znaczenia. Pamiętam diabelski młyn z dzieciństwa, podobny przyjeżdżał też na Przystanek Woodstock. Jeden jest w Stanach, kolejny w Wiedniu, a jeden już ćwierć wieku kręci się u nas.

Powiedziałeś kiedyś: Ciągle wracam do momentu, kiedy zaczynaliśmy, przypominam go na wykładach w  różnych korporacjach, które wynajmują mnie, żebym dodawał ich pracownikom energii i ducha. Wygłaszam wtedy takie półtoragodzinne pogadanki, żebyśmy wierzyli w siebie, mieli marzenia, realizowali je.

Nieźle powiedziane, co? A poważnie... Zbieranie doświadczeń jest istotą życia. Można je spędzić w samotności, można wspólnie. Samotność jednych staje się inspiracją dla drugich. Najważniejsze to nie zamykać się na ludzi, obserwować ich, uczyć się od nich. Kiedyś wędrowaliśmy w Nepalu po górach, wzdłuż rzeki Kali Gandaki, która płynie najgłębszą doliną świata wijąc się między himalajskimi ośmiotysięcznikami. Jednak nie te widoki spowodowały, że nie mogłem potem spać przez wiele dni. Daleko, po drugiej stronie tej doliny, w skałach wykute były jaskinie. Przewodnicy mówili: spójrzcie, tam jeszcze niedawno, w latach 50. mieszkali jogini. Niektórzy dożywali w swoich samotniach sędziwego wieku, jedząc to, co wciągnięto im na górę koszami.

I  czego cię nauczyli ci jogini?

Nie tylko oni. Chodzi o wszystkich ludzi, których spotykamy. Mają na mnie olbrzymi wpływ. Zresztą, nie tylko oni. Także filmy, z ich zamysłem reżysera, grą aktorską. Między innymi dlatego na Przystanku Woodstock robimy Akademię Sztuk Przepięknych. 10 lat temu Zbyszek Hołdys, Wojtek Morawski i ja głowiliśmy się, co by jeszcze tym ludziom, którzy przyjeżdżają na festiwal, dać. Tak zrodził się pomysł spotkań z osobami, które mogą zainspirować innych. Zapraszaliśmy więc Andrzeja Wajdę, Lecha Wałęsę, Tadeusza Mazowieckiego, Agnieszkę Holland. Ich wykłady dawały niesamowity efekt. Ludzie słuchali, reagowali, otwierały im się oczy, że tak można. To samo próbuję osiągnąć swoimi wykładami. Trzeba mieć marzenia, realizować je. I jeszcze jedno: sukcesu nigdy nie osiągnie się w pojedynkę. Idea, owszem, rodzi się w jednej głowie. Ale trzeba szybko zarazić nią jak najwięcej ludzi dookoła. To jest również istota Fundacji.

Ci jogini, którzy siedzą w skalnych dziuplach, nie przypominają ci trochę Polaków? Mieszkamy w  domach z betonu i niechętnie opuszczamy swoje bezpieczne „M".

Pytasz, jak udaje mi się wyciągnąć Polaków z domu? No, na szczęście, daję radę. Ale fakt, ostatnie 25 lat bardzo nas wszystkich zmieniło.

Ćwierć wieku temu były krzywe chodniki, połamane szyldy, szare ulice. A ty jeździłeś rozklekotanym maluchem.

Tak było. I nawet, jeśli dzisiejszą rzeczywistość ludzie oceniają skrajnie różnie, jedni są nią zachwyceni, inni na nią pomstują, to oznacza, że w nas samych ciągle jest dużo ruchu w myśleniu i postrzeganiu świata. Bo to znaczy, że nie weszliśmy w sztampę, nie prowadzimy oklepanego życia. Choćby takiego, jak na Zachodzie. Bogaci Niemcy, Brytyjczycy jeszcze kilka lat temu wiedli kompletnie bezrefleksyjne życie. Realizowali założenia planu kilkuletniego, którego celem było jedynie podwyższanie standardu życia. Dopiero ostatnie wydarzenia, problem uchodźców, zmusiły ich do zweryfikowania myślenia. W tym czasie Polacy musieli wymyślić siebie kompletnie na nowo, odbudować swój kraj i swoją tożsamość. Dzięki temu mamy w sobie iskrę.

A tobie łatwiej jest dziś tę iskrę w  nas rozpalić?

Zdecydowanie! Internet, ten często hejterski, kryminogenny internet, jest równocześnie wspaniałym wynalazkiem. W sekundę docieram do swoich przyjaciół na drugiej półkuli i rozmawiam z nimi, jakby siedzieli dosłownie za ścianą. Gdy zaczynaliśmy grę z Orkiestrą, telefon komórkowy ważył dwa kilogramy i  bardziej przypominał nieporęczną walizkę. Podczas pierwszego Finału nawet nie myśleliśmy o kartach kredytowych. Dopiero dwa lata później zwróciła się do mnie firma, która zajmował się takimi właśnie płatnościami. Przekonywała: pani Jurku, warto o to zadbać, bo już mamy 100 tys. kart w Polsce! 100 tysięcy! Dziś dzieciaki mają po dwie, trzy takie karty w kieszeni, skitrane gdzieś obok komórki.

Ciągle mówisz o gadżetach, a co z ludźmi, tak od środka?

Gdybym w 2016 r. startował od zera, byłoby mi dużo trudniej trafić do ludzi. Na szczęście nie muszę, doczekaliśmy się już kolejnego pokolenia osób, które z nami grają. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu miałem obawy, że naszym wolontariuszom wyrosną brody, a my osiwiejemy.

Wiesz, że w jakiś stopniu tak się stało.

Jasne, ale dostaję też takie kartki, przeczytam ci fragment: „Cześć, jestem na wakacjach w Norwegii. Zrobiłam dużo serduszek. Mam już 3258. Mam nadzieję, że wszystko u ciebie dobrze i że niedługo spotkamy się. Pozdrawiam. Natalia".

Od kogo to?

Od dziewczynki, która ma 11 lat. Produkuje serduszka, wycina je i wykleja, w ten sposób próbuje nam pomóc. Poznaliśmy się na jednym z poprzednich Finałów. Stanęła przede mną i powiedziała: „Cześć, szefie". Od tamtej pory piszemy do siebie regularnie.

W 2016 r. łatwiej jest prosić ludzi o pomoc niż w latach 90. XX w.?

Dużo łatwiej, bo staliśmy się bardziej świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Obracamy w rękach każdą złotówkę, zanim przekażemy ją na jakiś cel, nie podejmujemy decyzji pochopnie i bez zastanowienia. 25 lat temu było dużo mniej organizacji pozarządowych. Istniało, owszem, PCK i Caritas. Wiedziałem, że pomagają ludziom, ale w jaki sposób, komu? Nie kupowałem tego, bo dla mnie za mało było konkretów. Dlatego, gdy ruszaliśmy, chciałem przede wszystkim opowiedzieć ludziom dokładnie: co, dla kogo, dlaczego, kiedy? Wiesz, myślę, że przyzwyczaiłem ludzi do takiego stylu pomagania. Krzyżówka kupiona na dworcu, kalendarz od kominiarza? To często zwykłe oszustwa, przebierańcy.

A co z ludźmi, którzy mają bardzo grube portfele? Oni pomagają na pokaz?

Nawet jeśli tak robią, to super. Wieki temu Wojciech Cejrowski zaprosił mnie do swojego programu, tego z kubkiem. Pamiętam, że on występował w stroju kowboja. No to przebrałem się za Indianina. Rozmawialiśmy bardzo długo, nawet przewaliliśmy program. Pytał mnie, czy pieniądze od szemranych biznesmenów mogą iść na szczytny cel? Odpowiedziałem, że nawet przez pół minuty nie kombinowałem, żeby założyć system kontroli. Nigdy nie zamierzałem spowiadać ludzi z tego, skąd wzięli pieniądze, które przekazali orkiestrze. Mówiąc grubo: lepiej, żeby te pieniądze trafiły do puszki, niż miałyby posłużyć do kolejnego przestępstwa. Pamiętam, jak pytałem wtedy w programie: co mam powiedzieć więźniom, którzy robią dla nas gadżety i w ten sposób chcą pomóc? Lepią z chleba wielkie okręty, bo tylko taki materiał mają pod ręką? Albo piszą w listach: Jurek, musieliśmy przesłać ci te pieniądze teraz, bo niedługo będzie kontrola, a my kasy w celach trzymać nie możemy. Miałem im odpowiedzieć: odczepcie się, nic od was nie wezmę, bo jesteście przestępcami? W życiu! Kościoły, w takim razie, też powinny mieć napisy na drzwiach: grzesznikom wstęp wzbroniony.

Ale odmówić ci się zdarzyło?

Pewien znany w latach 90. biznesmen zadzwonił do mnie oferując potężną sumę. Stawiał jednak warunek: 10 – minutowe spotkanie twarzą w twarz na osobności. Wtedy zapaliła mi się czerwona lampka alarmowa. Nie spotkałem się z nim i suma przez niego sugerowana nigdy nie zasiliła fundacyjnego konta. Bo, owszem, różni sponsorzy stawiają nam warunki. My wam pomożemy, ale nasze logo będzie tu i tu. I, jak w biznesie, wchodzisz w to lub nie. A wracając do tych grubych ryb, to ja bym nie demonizował. Na swoich wykładach pytam słuchaczy: złote serduszko na ostatnim Finale zostało wylicytowane za ponad 1 mln zł. Kolejne – za podobną kwotę. Proszę powiedzieć, kto je wylicytował?

I co?

Cisza.

O czym to świadczy?

O tym, że ci darczyńcy nie szukają na siłę okazji, by się wypromować. Nie pomagają po to, by ktoś napisał potem o nich w gazecie czy opowiedział w programie. Nie chcą grzać się w świetle naszych reflektorów. Ale, żeby było jasne: ja nie wymagam od ludzi anonimowego altruizmu, nie musimy być Judymami. Kiedyś ktoś zarzucił nam, że robimy miłosierdzie w świetle reflektorów. Nie broniłem się, bo tak właśnie jest. Ks. Tischner ostrzegł mnie przed laty: panie Jurku, jak pan będzie zbierał tak, jak tego od pana wymagają, cicho i skromnie, to zbierze pan tyle, co dziad pod kościołem. I tego się trzymam. Ma być show, kolorowo, głośno. A jak ktoś chce się przy okazji pokazać...

...to ty nie będziesz mu tego utrudniał, tak?

Pamiętam jeden z pierwszych Finałów. Studio telewizyjne stało otworem, praktycznie każdy mógł wejść i wyjść, tak jak to jest dzisiaj. Setki twarzy. Nagle zobaczyłem gościa, niezły typ. Wiesz, taki wysoki, z wąsami i bokobrodami, w skórzanym płaszczu do ziemi. Łaził za mną jak cień. W przerwie nagrania podchodzi do mnie i pyta: to ile trzeba wrzucić, żeby zrobić to w świetle kamer? Wrzuć pan, ile możesz – odpowiedziałem myśląc, że to jakiś żart. I pobiegłem do Waltera Chełstowskiego, który rozkręcał wtedy ze mną to show: chłopie, zrób coś z tym typem. I nagle: trzy, dwa, jeden, kamera, akcja. Jesteśmy na żywo, facet w płaszczu stoi naprzeciwko mnie. Wyjmuje równowartość dzisiejszych 400 zł i mówi: chciałbym wręczyć te pieniądze i uważam, że wszyscy elektromechanicy powinni postąpić tak, jak mój zakład (tu padła nazwa, adres, a nawet piętro budynku, w którym mieścił się ów zakład). I wiesz, co ja o tym myślę: to było piękne, szczere.

Dostajesz od ludzi dużo listów?

Masę. Niektóre robią piorunujące wrażenie. Ostatnio otwieram kopertę i wypadają z niej dwie złote obrączki, wygrawerowane, z datą. I nagle przypomniałem sobie zdarzenie sprzed lat. Taki przebłysk, myśl, która człowieka dopada niespodziewanie. 25 lat temu, pierwszy Finał. Podchodzi do mnie kobieta, starsza już pani z takim dziwnym toczkiem na głowie. Prowadzi niepełnosprawną córkę. I wręczają mi obrączkę „po tatusiu", który już nie żyje. Obie uznały, że muszą mi ją przekazać. Dla mnie zdarzenie wręcz szokujące. Człowiek najnormalniej w świecie nie ma żadnego doświadczenia jak się zachować. Co ty byś zrobiła? Nie wziąć, odmówić, cmoknąć w rękę? Ja bardzo mocno je przytuliłem i darłem się na cały głos, że jest to coś wspaniałego. bardzo wzruszającego i że to są te piękne chwile, które w Polsce przeżywamy.

Ja myślę, że przez takich l