Nawrócony

Jako dziecko uciekał z Polski do Tel Awiwu, by na starość wykąpać w Morzu Martwym Donalda Tuska i oprowadzić po Jerozolimie Ewę Kopacz. Walczył o Izrael, by po latach pokochać Arabów. Był komandosem, później kryminalistą. Brał prochy i nimi handlował. Tyle w nim Józia z Wałbrzycha, co Józefa Wilfa z Eljatu. Ale jakiś czas temu zdołał to wszystko złożyć w jedną ca
Sierpniowe popołudnie. Jerozolima. Skwar. Długa kolejka Polaków z kilku różnych grup wije się wokół domniemanego miejsca pochowania Chrystusa w bazylice Grobu Pańskiego. Tłum i upał zarazem sprawiają, że w chłodnej w spokojniejsze dni świątyni jest bardzo duszno. Irytacja narasta.

Nie całkiem pasuje do stereotypu emigranta z Polski do Izraela. Nie pasuje też do izraelskich stereotypów byłego żołnierza i elitarnego ochroniarza
– Co tak lata?! Lata i gada! Język polski kaleczy! – wybucha w końcu stateczny pan. Jego złość koncentruje się na sześćdziesięcioparoletnim mężczyźnie w posthipisowskim stylu, w T-shircie, szortach i raybanach, który rzeczywiście, żywo gestykulując, opowiada coś charakterystycznym językiem przedwojennego Żyda. Stateczny pan chciałby wysłuchać okrągłych zdań swej przewodniczki. A tu mu tamten przeszkadza.
– Pan wybaczy, ale polskiego uczyłem się w więzieniu. To może i kaleczę – pada odpowiedź.
– No i co że w więzieniu? Michnik też siedział, a się tym nie chwali! – grzmi stateczny pan w nawie bazyliki.
Obiekt ataku odwraca się na pięcie i bez słowa odchodzi kilka metrów dalej. Jednak podwójny jerozolimski triumf statecznego pana nad Michnikiem i tym dziwnym Żydem jest tylko chwilowy. Grób Pański wprawdzie stoi jak stał. Ale stateczny pan w ciągu paru sekund słyszy od reszty grupy prośbę o udanie się na papierosa i ochłonięcie. Propozycję nakrycia się „Gazetą Polską” i zamknięcie gęby. Wezwanie, by od Michnika się odczepił, a już tutaj to w ogóle. No i dobijającą informację, że to on zagłusza przewodników. Bo ten, który mu kaleczy język polski, oprowadza inną grupę. I świetnie opowiada. A już na pewno lepiej niż ta jego przewodniczka, co się na pamięć nauczyła prospektu.
Józef Wilf z Eljatu, urodzony w Wałbrzychu, rzeczywiście siedział.Osiem i pół roku w kilku różnych krajach. W dodatku nie za to co Michnik, tylko zupełnie zasłużenie. Międzynarodowy handel narkotykami.
Wilf nie całkiem pasuje do stereotypu emigranta z Polski do Izraela. Nie pasuje też do wewnątrzizraelskich stereotypów byłego żołnierza i elitarnego ochroniarza, przy tym zaś religijnego, praktykującego – choć dalekiego od ortodoksji – Żyda.
Dziś jest wziętym przewodnikiem po Ziemi Świętej. Kiedyś mniej, ale dziś ma już renomę. Jak w lutym przyjechało z Polski pół rządu, to i jego zaprosili. Oprowadzał minister zdrowia Ewę Kopacz. Gościom z całego świata pokazuje Jerozolimę, Betlejem czy Nazaret, prowadząc ich od grobu Pańskiego po bazylikę Narodzenia. Jeździ na obowiązkową kąpiel w Morzu Martwym – wtedy w lutym trafiło mu się pływanie z premierem polskiego rządu. Trudno powiedzieć, czy dotyczy to także Donalda Tuska, ale turyści uwielbiają rozgadanego starszego pana. Udziela im się jego bezpośredniość, na jego wyraźne żądanie mówią doń per „Józiu”, choć często dzieli ich po kilkadziesiąt lat różnicy wieku. Wsłuchują się w jego opowieści.
Zadziwieni milkną dopiero wtedy, kiedy „Józio” popada w dygresje. Jak choćby tę o ostatnim dziecięcym wspomnieniu z jego pierwszej ojczyzny. Z Wałbrzycha lat 50.

– Chodziło o święcenie jajek w kościele. Też szedłem, ale kiedy byłem w III klasie podstawówki, przed drzwiami kościoła stał katecheta: „On nie może wejść, to Żyd”. Zaczęły się jakieś przepychanki, poszturchiwania. A potem już regularne bicie. Z płaczem pobiegłem do domu.
Pytam mamę: „Co to znaczy «Żyd»?”.
Miał dziwne szczęście, bo tuż po wyjściu z więzienia trafił na rakietowy ostrzał Tel Awiwu. Mógł zginąć. Ale może dzięki temu coś kazało mu przestać myśleć o wciągnięciu kreski

Rodzice Wilfa poznali się w Auschwitz. Oboje wcześniej mieli rodziny. Ale tylko oni ocaleli. I spróbowali zacząć od nowa. Po Holocauście nic już nie było takie samo, więc po powojennym ślubie żydostwo schowali głęboko. Może do tej wielkiej, dziwnej szafy, w której trzymali też
dziesiątki kilogramów cukru i setki psujących się puszek z amerykańskich darów. Ale antysemityzmu schować przed Józiem nie zdołali, choć ojciec, zaangażowany komunista, miał nadzieję, że coś się zmieni. Kilka tygodni po tej rozmowie, w 1957 r. cała rodzina wyruszyła do Izraela.
Tam też na początku Józio obrywał od dzieci w szkole. – Byliśmy całą klasą w łaźni. Stoimy jak nas Pan Bóg stworzył. I nagle patrzę – wszystkie oczy zwrócone na mnie. Zawołali nauczyciela, bo myśleli, że to jakaś choroba. A ja po prostu jako jedyny nie byłem obrzezany – opowiada.
Mały Józio znów z płaczem wracał do domu, rodzice znów musieli tłumaczyć dziecku niewytłumaczalne. Bo przecież chodziło o to, żeby żaden esesman ani chłop z kłonicą nie zastosował znanej od wieków metody z zaglądaniem w spodnie.
Dziś Wilf mieszka w Eljacie, jedynym izraelskim mieście nad Morzem Czerwonym. Od Jerozolimy i Tel Awiwu, a tym bardziej od ludnych wybrzeży Morza Śródziemnego, oddziela Eljat kilkusetkilometrowa pustynia Negew. Może dlatego to miasto stanowi dość szczególną enklawę. Nie obowiązuje tam podatek VAT, więc Eljat jest zakupowym rajem dla Izraelczyków. A także rozrywkowym, bo wystarczy na moment przekroczyć granicę, by zakosztować hazardu w zabronionych w Izraelu kasynach. Z tamtejszych plaż nad zatoką Akaba widać wybrzeża Egiptu, Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Wilf kocha to miasto głównie za atmosferę wolności. Za trochę większą otwartość.
Zaraz po maturze poszedł do wojsk spadochronowych. W 1967 r. walczył w wojnie sześciodniowej – uczestniczył m.in. w zajmowaniu Strefy Gazy. Dziś nie podobają mu się nowo budowane komfortowe osiedla tuż przy granicy Autonomii Palestyńskiej. – Kłują w oczy – mówi, kręcąc głową. Nie znosi rządu Beniamina Netanjahu – za stosunek do Palestyny i za „hodowanie pokoleń nierobów” – czyli ortodoksyjnych jeszybotów – cichej koalicji z nimi Netanjahu zawdzięcza fotel.
Ale wcześniej Wilf walczył też w wojnie Jom Kippur, ściągnięty zresztą na nią wraz ze swą jednostką z Monachium, gdzie przygotowywali się do odbicia zakładników po słynnym ataku na olimpiadzie.
Poznał cały świat ówczesnych izraelskich celebrytów. Spróbował artystowskiego życia. Nie chciał „wisieć” na żonie. Kupił więc vana, założył w nim wygodne fotele i zaczął wozić artystów na występy
Dziś jednak większość jego znajomych to Arabowie – poznani chociażby jako kierowcy na którejś z wycieczek po Ziemi Świętej. Wilf jako Izraelczyk teoretycznie nie ma prawa przebywać w Autonomii, a przecież tam jest Betlejem. W razie kłopotów zawsze może jednak udawać jednego z turystów albo przemknąć się przez granicę taksówką. Kierowca nie może sobie na to pozwolić – dlatego zwykle z turystami jeżdżą Arabowie. Po kilkunastu wspólnych jazdach lody między przewodnikiem a kierowcą naturalnie pękają. Choć więc od wojny Jom Kippur minęło już i tak 40 lat, Wilfowi momentami zdaje się, że było to jeszcze dawniej. W jakimś innym życiu. Bo swoją drogą trochę tych żyć miał.
– Po wojsku chciałem znaleźć sobie jakieś miejsce – mówi. Na początku lat 70. dostał propozycję pracy jako ochroniarz izraelskich linii lotniczych w Niemczech. Tam poznał człowieka, który na lotnisku kontrolował bagaże, ale żył na znacznie wyższej stopie, niż pozwalałaby na to jego pensja. Zaczęło się niewinnie, kolega chciał, nie wiedzieć czemu, pożyczyć od Wilfa jego niepozorny samochód i wynagrodził mu to tysiącmarkowym banknotem. Potem Wilf już wiedział czemu i sam kilkakroć wystąpił w roli kuriera. Po jakimś czasie wszedł w to głębiej – i za 40 tysięcy dolarów odkupił od kolegi wyłączność na szlak przerzutowy narkotyków z Indii do Niemiec. Biznes był świetny, ale nie trwał wiecznie. Złapany na lotnisku z ponad 80 kilogramami haszyszu, Wilf dostał trzy lata. A z pieniędzy oskubała go ówczesna ukochana, Niemka. Dobrze, że sam wtedy jeszcze nie brał.
Kiedy wyszedł, znów musiał zaczynać wszystko od nowa. W końcu wrócił do Izraela. Podejmował się różnych prac, uczył tenisa, był ratownikiem, pracował w zielonej szkole. Poznał w końcu Gali Atari – piosenkarkę. Wzięli ślub, a w 1979 r. Atari zajęła pierwsze miejsce w konkursie Eurowizji. Jej piosenkę „Hallelujah” nuciło wtedy pół świata.
Życie Wilfa znów się zmieniło. Poznał cały światek ówczesnych izraelskich celebrytów. Zakosztował artystowskiego życia. Nie chciał „wisieć” na żonie, więc kupił vana, założył w nim wygodne fotele i zaczął wozić artystów na występy. Nie wiedział, dokąd sam zajedzie. To było w dniu, w którym Izrael oddawał Egiptowi Synaj. Wilf zawiózł na wielki koncert, który odbywał się z tej okazji, pięcioro znanych artystów. W środku nocy zażyczyli sobie powrotu do stolicy. To kilkaset kilometrów przez góry i pustynię. Zaczął przysypiać. Po którejś z prób rozbudzenia się, jeden z muzyków zaproponował mu kreskę.

Wciągnął kokainę. – Poczułem się jak Pan Bóg – mówi.
– I dalej chciałem się tak czuć.
Ledwo dojechali do Tel Awiwu, poprosił o namiary na dilera. Został stałym klientem. Wydał wszystko, potem zaczął się wyprzedawać, w końcu sprzedał mieszkanie. To miała być inwestycja – pojechał do Ameryki Południowej, by kupić za to transport narkotyków na handel. Znów wróciły duże pieniądze. I znów szybko się skończyło.

Atari nie czekała pod więzi