Kolorowy instynkt Inglota

Zbudował najbardziej znaną na świecie polską markę kosmetyczną. 
Jego logo można znaleźć w 45 krajach. Jednak Wojciech Inglot twierdzi, 
że wciąż jest ledwie na początku drogi.

Na wizytówce, zamiast adresu, mógłby napisać podobnie jak bohaterka „Śniadania u Tiffany'ego": „Wojciech Inglot – w podróży". Wyjazdy to konieczność, gdyż przedsiębiorca z Przemyśla robi to, o czym wiele firm tylko mówi – buduje globalną markę. Poza Polską logo Inglota jest dziś na 160 firmowych sklepach w 45 krajach. Prawdopodobnie na 160, bo w czasie przygotowania tego tekstu do druku ich liczba mogła wzrosnąć.

Trudno się dziwić, że Wojciecha Inglota dostrzegły nie tylko krajowe, ale i zagraniczne media. O założycielu przemyskiej firmy pisał niedawno „Financial Times". Jan Cienski, polski korespondent „FT", przyznaje, że i jego samego, i redakcję gazety zaintrygowała globalna skala ekspansji. – To normalne dla przedsiębiorstw niemieckich czy brytyjskich, ale bardzo nietypowe dla firm z tej części Europy – podkreśla Cienski.

Makijaż w Bombaju

Ekspansywną marką interesują się zarówno kolorowe magazyny, na czele z „Vogue'em" czy „Elle", jak i opiniotwórcze gazety, w tym „The New York Times". Nie wspominając o setkach blogerek, opisujących nowinki ze świata urody.

Dziennikarzy biznesowych zadziwia tempo rozwoju firmowych sklepów, klientki zaskakuje zaś wielkość oferty Inglota. Wizyta w jego salonie z setkami cieni do powiek, szminek i lakierów przyprawia laika o zawrót głowy, zaś u wizażysty i fanki makijażu powoduje euforię. – Tak duża oferta to bardzo ważny, bo widoczny na pierwszy rzut oka wyróżnik naszej marki 
– podkreśla Wojciech Inglot, oceniając jej wielkość na prawie 
2 tys. produktów. To jedna z największych kolekcji kosmetyków kolorowych na świecie.

W dodatku kosmetyki Inglota faktycznie za granicą widać. Nie gdzieś na dolnej półce w drogerii, ale na szyldach firmowych sklepów w dobrych centrach handlowych w Las Vegas, Abu Dhabi, Moskwie, Dubaju czy przeszklonym salonie na Times Square w Nowym Jorku, który chętnie fotografują turyści z Polski.

W przeciwieństwie do światowych potentantów, które chętnie korzystają z outsourcingu produkcji, Inglot prawie wszystko robi sam. Jedynie drewniane konturówki do powiek i ust zamawia w Niemczech.

Znana polska wizażystka Gonia Wielocha wspomina, że jakiś czas temu w Bombaju, podczas sesji zdjęciowej dla indyjskiej edycji „Vogue'a" dostała do makijażu kosmetyki Inglota, który teraz w Indiach ma już osiem sklepów.

Polscy dziennikarze, pisząc o Inglocie, nie kryją czasem zdziwienia, jak to możliwe, że w Przemyślu zbudował firmę i markę o światowym zasięgu. – Nie ma Polski A, B, C ani D. To jest w głowie, a nie zależy od geograficznej lokacji – mówił Wojciech Inglot, odbierając w połowie kwietnia nagrodę Polskiej Rady Biznesu w kategorii Sukces.

Co mówi nos

Wojciech Inglot nie ukrywa, że ma już dość wspomnień o początkach firmy, historiach sprzed ponad 20 lat. Wielokrotnie już zresztą opisywanych. Jak to jako absolwent chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim po kilku latach pracy w państwowej Polfie poszedł „na swoje", odkupując od firmy stare urządzenia. Jak to dorobił się pierwszych pieniędzy na płynie do głowic magnetofonowych, a później zainwestował w bardziej dochodową produkcję dezodorantu w sztyfcie.

Jeszcze lepszą inwestycją okazał się udział Inglota w kongresie Amerykańskiego Stowarzyszenia Chemików i Kosmetyków w nowojorskim hotelu Waldorff Astoria. Dla prywaciarza z PRL był to ogromny wydatek, który jednak bardzo się opłacił. Na kongresie poznał amerykańskich specjalistów z branży kosmetycznej, którzy wprowadzili go w tajniki branży.

Pod koniec lat 80. wystartował z produkcją lakierów do paznokci, które okazały się rynkowym hitem. Podobne wspomnienia z tamtych lat mają też właściciele kilku innych polskich firm kosmetycznych – towar sprzedawał się sam. Zwrot nastąpił po 1989 r. Wtedy okazało się, że to sprzedaż jest prawdziwą sztuką. Dla wielu prywatnych przedsiębiorców był to szok. Przetrwali ci, którzy mieli marketingowy instynkt. Jak Wojciech Inglot, który powtarzał podobno swym współpracownikom: padniemy, jeśli nie będziemy inni niż konkurenci.

Elżbieta Inglot-Kobylańska, siostra Wojciecha, która w zarządzie spółki odpowiada za produkcję, twierdzi, że brat instynkt ma. On sam też w ten instynkt wierzy. W dyskusjach o biznesie nieraz powtarza, że „ten długi nos mu tak mówi". I zwykle się nie myli.

Tak jak się nie pomylił, gdy – chcąc wyróżnić się od konkurencji – zaczął wprowadzać testery. To była wtedy nowość na polskim rynku, a i to zarezerwowana dla luksusowych kosmetyków. Klientki, które mogły za darmo umalować się szminką czy cieniem do powiek Inglota, kupowały je i polecały innym.

W wywiadach podkreślał, że chce mieć największą na świecie ofertę kosmetyków do makijażu. Wtedy pojawił się problem. Tak wielu produktów Inglota nijak nie dawało się zaprezentować w drogeriach, gdzie upychano je na półce z konkurencją.

Wtedy Inglot wykorzystał potencjał centrów handlowych, które na przełomie wieku przypuściły szturm na polski rynek. Na firmowe sklepy nie było go jeszcze stać, ale zaczął inwestować w wyspy – samodzielne stoiska w pasażach centrów.

Inwestycja w wyspy była przygrywką do kolejnego kroku, którym Inglot zaskoczył kolegów z branży. Zaczął wycofywać swe kosmetyki z drogerii i hurtowni. Prędko pojawiły się pogłoski, że Inglot bankrutuje. Nie wszyscy wierzyli w jego zapewnienia, że to przemyślany ruch firmy, która stawia na własne stoiska i butiki.

Szybko okazało się, że miał rację – firmowe sklepy sprawiły, że uniknął dyktatu „sieciówek", które z czasem zdominowały kosmetyczny handel. Sam określa swoje marże i wielkość kolekcji. Nie bez powodu jednym z jego ulubionych powiedzonek jest: „Zacznij kopać studnię, zanim poczujesz pragnienie".

Wojciech Inglot wspomina jednak, że wtedy, na przełomie wieku, część branży sceptycznie oceniała jego plany. Niektórzy je wyśmiewali. – Ciekawe, że właśnie oni teraz sami nas kopiują, choć zabrali się za to trochę za późno – dodaje.

Henryk Orfinger, prezes Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris, który przez kilka lat blisko współpracował z Wojciechem Inglotem w Polskim Związku Przemysłu Kosmetycznego (obaj kolejno byli prezesami Związku), ceni go za konsekwencję w rozwoju firmy. – Od początku trzymał standard jakości, choć sporo ryzykował, będąc najdroższą polską marką w „kolorówce". Zbudował też wspaniały wizerunek swojej firmy w Polsce i zaistniał za granicą, gdzie w kosmetykach bardzo trudno jest budować markę. To kapryśny biznes – twierdzi Orfinger.

Walizka dokumentacji

Inwestycja we własną sieć sprzedaży miała jeszcze inne, ważne dla rozwoju firmy skutki – pełnym kolorów butikiem Inglota w warszawskim Wola Parku zainteresował się biznesmen z Kanady i zaproponował współpracę w otwarciu sklepu Polaka w swoim kraju.

Sklep ruszył w 2006 r. i stał się początkiem światowej ekspansji przemyskiej firmy. Kanadyjski butik dostrzegli biznesmeni z Dubaju, a na dubajski sklep Inglota zwrócili uwagę kolejni. Później szybko posypały się informacje o otwarciach sklepów Inglota w kolejnych krajach: Australii, Turcji, Indiach, Arabii Saudyjskiej, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Rosji...

W tej ekspansji Wojciech Inglot znów zaufał instynktowi. Nie słuchał ludzi z branży przekonanych, że lepiej skoncentrować się na kilku rynkach i tam zbudować mocniejszą pozycję przed wejściem na kolejne. Wybrał model rozproszonej ekspansji, choć przyznaje, że jest trudniejszy i droższy. Wymaga bardziej skomplikowanej logistyki (np. dostosowania opakowań i dostaw na dziesiątki rynków), nie wspominając o konieczności spełnienia rozmaitych w różnych krajach norm. – Przed otwarciem sklepu w Kuwejcie musieliśmy dostarczyć tam 3 tys. stron dokumentacji. Całą walizkę papierów – wspomina Inglot.

Co zyskuje w zamian? – Perspektywa wzrostu na kilkudziesięciu rynkach jest znacznie większa niż na kilku. Łatwiej jest wtedy podwoić liczbę sklepów – wyjaśnia. – No i na każdy nowy rynek coraz łatwiej jest nam wejść – podkreśla Inglot, który chlubi się jedną z największych na świecie ofert kosmetyków etnicznych dla ciemnej skóry.

Nadal co roku „otwiera nowe kraje". W wywiadach twierdzi, że realizuje marzenia. Teraz jest nim wejście do Japonii i Korei, furtką do japońskiego rynku ma być sklep na Hawajach.

Pełna kontrola

Inglot daleki jest jednak od porywania się z motyką na słońce. Swoje marzenia realizuje, pilnując rachunku wyników, w którym – jak twierdzi – nie ma miejsca na koszty obsługi kredytów. Od 10 lat unika tak popularnej w biznesie tzw. dźwigni finansowej. To dziwi część jego kolegów z branży, bo przecież kredyt daje szanse na szybszy rozwój.

Unikanie kredytów na pewno wypomnieliby mu inwestorzy. Gdyby ich miał. Jednak Wojciech Inglot podkreśla, że nie potrzebuje ani kredytów, ani inwestorów, ani nie zamierza szukać pieniędzy na giełdzie. Chce mieć większą swobodę.

– Wszelkie taktyczne i strategiczne decyzje mogę podejmować błyskawicznie, bez konieczności konsultacji z inwestorami, bankowcami, ludźmi, którzy zwykle nie mają doświadczenia w tej branży ani jej nie czują. To przecież marzenie każdego zarządzającego firmą – argumentuje. Zresztą kiedyś już z kredytów korzystał i nie wspomina tamtego okresu najlepiej.

Jego sposobem na szybki rozwój sieci sprzedaży jest franczyza – tak działa około 75 proc. sklepów Inglota na świecie. W Polsce, gdzie ma 173 firmowe butiki, co czwarty. On sam daje nie tylko szyld i kosmetyki, ale także meble do ekspozycji produktów. – To nie są standardowe meble, ale precyzyjnie dopasowane do sklepu, który czasem ma 40, a czasem 140 m kw.
– wyjaśnia właściciel firmy.

Wszystko jedzie w świat z fabryki w Przemyślu. W przeciwieństwie do kosmetycznych potentatów, które chętnie korzystają z outsourcingu produkcji, Inglot prawie wszystko robi sam. Jedynie drewniane konturówki do powiek i do ust zamawia w Niemczech. – Dbamy o to, by mieć pełną kontrolę nad całym procesem, począwszy od fabryki, a skończywszy na kliencie – wyjaśnia.

Dzięki tej kontroli może znacznie szybciej niż międzynarodowe koncerny reagować na nowe trendy w modzie. A dziś kosmetyki kolorowe, a w tym zwłaszcza sztandarowy produkt Inglota, lakiery do paznokci, są akcesoriami mody.

Gonia Wielocha twierdzi, że wizażyści chwalą bogatą gamę kolorów i różne rodzaje produktów Inglota. Sergiusz Osmański, dyrektor artystyczny Sephory, zwraca uwagę, że Inglotowi udało się dotrzeć do profesjonalnych makijażystów, którzy doceniają jego szybką reakcję na trendy. – Inglot wprowadza do swej kolekcji także produkty, które mają niewielkie szanse na masową sprzedaż, ale budują portfolio firmy, jak np. fluorescencyjne cienie do powiek – dodaje Osmański.

Polecenie profesjonalnego wizażysty albo informacja pod sesją zdjęciową w