Kolejna ostatnia krucjata

Bezzałogowe łodzie podwodne, sprzęt do skanowania gleby, wojskowi nurkowie. Poszukiwacze skarbów niewiele mają dziś z romantyków. Prowadzą potężny, dobrze zorganizowany biznes. wybrańcom przynosi on milionowe zyski. Ich guru od lat jest Mel Fisher. Człowiek, który do złota ma nosa.
Największy jak dotąd skarb wydarty morskiej głębinie był wart 400 mln dol.
Potężny sztorm szalał u wybrzeży Ameryki Środkowej. Bezwzględnie obchodził się ze statkami armady Tierra Firme wracającej z Hawany do rodzimej Hiszpanii. Okręty wyładowane drogocennym towarem jeden po drugim przegrywały walkę z żywiołem. W poszyciu najpotężniejszego z galeonów zwanego Nuestra Señora de Atocha ziała wielka dziura, przez którą wlewały się fale. Przeciążony okręt nie miał szans. Szybko poszedł na dno. Razem z nim 47 ton kosztowności: srebra, drogocennych kamieni, biżuterii i 35 skrzyń kościelnego złota, przemycanego w rufie statku. Wszystko to zaległo 20 m pod wodą. Był rok 1622.

Bank na dnie morza

Dokładnie 363 lata później rozrzucony na przestrzeni kilku kilometrów skarb odnalazła nurkująca u wybrzeży Florydy ekipa pod wodzą Mela Fishera. Najsłynniejszy współczesny poszukiwaczskarbów poświęcił 16 lat na odnalezienie wraku hiszpańskiego galeonu. Porzucił farmę drobiu, którą prowadził w Kalifornii i przeprowadził się razem z żoną na Florydę. Założył szkołę nurkowania, ale ostatecznie sprzedał ją, by mieć fundusze na poszukiwanie skarbu. Przez 10 lat wraz z rodziną mieszkał na łodzi, bo nie stać go było na wynajęcie domu. Wydał miliony swoje i wspólników, którzy wierzyli w jego przeczucia. Spłukał się do zera kilka razy. Postawił wszystko na jedną kartę i nie rezygnował, choć szansa na odnalezienie wielkiego skarbu była minimalna. Opłaciło się. Pewnego dnia Mel Fisher zanurkował i zobaczył na dnie dywan ze złota. Tym samym przeszedł do historii jako ten, który wydarł morskim głębinom największy jak do tej pory skarb – kosztowności warte 400 mln dol.
Dzisiaj Mel Fisher’s Treasures (MFT), prowadzone przez dzieci i wnuki Mela, to dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo, obracające milionami dolarów.
Mel Fisher z żoną przeprowadził się na Florydę, potem postawił wszystko na jedną kartę. Wydawał miliony swoje i wspólników...
Dzień w dzień na dno schodzą nurkowie, którzy metodycznie, wykorzystując najnowsze technologie, przeszukują morskie dno w poszukiwaniu reszty skarbu. Wiadomo bowiem, że wciąż spoczywa tu duża część ładunku Atochy – przede wszystkim 35 skrzyń kościelnego złota, które na pokład statku trafiły w ostatniej chwili. Na wodzie non stop pracują załogi trzech łodzi. Mają do dyspozycji wielkie dmuchawy zdzierające wierzchnie warstwy piasku, bezzałogowe batyskafy, radary skanujące dno. W archiwach Sewilli specjalnie wyszkoleni researcherzy przeszukują kolejne dokumenty hiszpańskiej floty, tropiąc ślady, które pozwoliłyby zlokalizować pozostałe fragmenty Atochy oraz kolejne wraki.
Jeden z nich – leżący na głębokości siedmiu km pod wodą, specjaliści badają za pomocą bezzałogowych robotów naszpikowanych elektroniką. W należących do firmy laboratoriach i pracowniach konserwatorskich oczyszcza się wydobywane z dna artefakty. Tylko w tym roku firma dokonała dwóch poważnych znalezisk. Nurkom udało się wydobyć złoty łańcuch długości prawie 1,2 m, składający się z 55 ogniw, ozdobiony dodatkowo złotym krzyżem i medalionem z tego samego kruszcu oraz dwa kg złota w sztabach i 20 srebrnych monet.
Kiedy podzielono odnaleziony przez Fishera ładunek Atochy, jego współpracownicy zawozili złoto do banku taczkami
Współcześni poszukiwacze skarbów wykorzystują najnowocześniejszy sprzęt. Jak choćby ten, ośmiotonowy, zdalnie sterowany pojazd podwodny.
Ta praca to przede wszystkim dużo żmudnych poszukiwań i olbrzymi wysiłek fizyczny.
Wiele z tych skarbów można oglądać w mieszczącym się przy siedzibie firmy w Key West na Florydzie Mel Fisher Maritime Heritage Museum. Obok działa też sklepik z podmorskimi pamiątkami. Do kupienia są naszyjniki, monety, pierścienie – każdy może stać się właścicielem fragmentu legendarnego skarbu. Ceny? Od ośmiu do 14 tys. dol. za oryginalną monetę. Rocznie dochód tylko z tego tytułu wynosi około 20 mln. Każdy też może stać się poszukiwaczem, pośrednio inwestując w działalność firmy. W zamian dostanie procent od znalezionego skarbu, proporcjonalny do swojej inwestycji. Raz do roku organizowany jest podział znalezisk. Wszystko, co zostało wydobyte w ciągu ostatnich 12 miesięcy, jest rozdzielane pomiędzy poszukiwaczy oraz inwestorów. Ta zasada obowiązuje od samego początku. Kiedy po raz pierwszy podzielono odnaleziony przez Fishera ładunek Atochy zwany „bankiem Hiszpanii”, jego współpracownicy swoje „działki” złota i klejnotów wozili do banku taczkami.

Gorączka złota

Wizja takiej nagrody kusi niejednego. W poszukiwaniu skarbów w barwach Mel Fisher’s Treasures nurkują: były żołnierz marines, eksksięgowy z Filadelfii, pracownik platformy wiertniczej.
Złoty łańcuch o długości 1,2 m, składający się z 55 ogniw, ozdobiony dodatkowo medalionem z tego samego kruszcu. To znalezisko z 2011 r.
Wszyscy potężni, ogorzali, wyglądają jak prawdziwe wilki morskie. To właśnie do nich dołączył polski podróżnik i dziennikarz Tomek Michniewicz. Przez półtora roku drążył temat skarbów i poznawał środowisko współczesnych poszukiwaczy. Udało mu się zdobyć ich zaufanie, dzięki czemu przemierzył w ich towarzystwie pustynie Nowego Meksyku, szukając drogocenności ukrytych w dawnych hiszpańskich kopalniach złota. Nurkował też na Florydzie, przeszukując morskie dno w poszukiwaniu klejnotów z Atochy. Swoje przygody opisał w książce „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów”, która niedawno ukazała się na polskim rynku. – Bez względu na to, kim są, wszyscy poszukiwacze skarbów mają ten sam twardzielski błysk w oku – opowiada Michniewicz, który pod czujnym okiem załogi należącego do MFT statku Magruder poznawał codzienność poszukiwań. – To cholernie ciężka fizyczna robota. Praca jak na budowie – tylko pod wodą – trzeba przeciągać liny, kopać doły, mocować boje i uważać, by nie znaleźć się w zasięgu pracujących maszyn – wylicza Michniewicz.
Błysk złota pomiędzy ziarnami piasku rekompensuje jednak wszystkie trudy. Podróżnik nie chce się przyznać, czy sam coś znalazł. Podobnie zresztą jak większość poszukiwaczy, którzy obsesyjnie strzegą informacji o „swoich” skarbach. Trudno się dziwić. Każda plotka o nowym znalezisku powoduje natychmiastową aktywizację konkurencji. A to poważna sprawa i bywa groźnie – cenne skarby przyciągają bowiem wielu typów spod ciemnej gwiazdy. Dlatego wszystkie operacyjne szczegóły Michniewicz trzyma w tajemnicy. – To mili, ale również niebezpieczni ludzie – twierdzi. Gdyby wyczuli, że moja wiedza zagraża bezpieczeństwu ich interesów, byliby zdolni do wszystkiego – zapewnia. Sam dzieli poszukiwaczy na trzy typy. Pierwszy to duże firmy z wielkim budżetem, mające na usługach dziesiątki speców – archeologów, historyków, filologów specjalizujących się w starohiszpańskim, researcherów we wszystkich dawnych portach hiszpańskich, wojskowych nurków, sprzęt na poziomie NASA. Drugi typ to freelancerzy – przeszukują wyspy, pustynie, dżungle, ruiny. Pracują w małych zespołach, mają wspomaganie w postaci dokumentalistów, fachowców z dziedziny geologii albo historyków. Często działają nielegalnie, na własną rękę, za własne pieniądze. Tak jak mieszkający w Nowym Meksyku geolog Tony Tucker, po godzinach zajmujący się szukaniem skarbów, z którym pracował Michniewicz.
Mieszkając na terenie, który od setek lat żyje gorączką złota, nie mógł pozostać obojętny na opowieści o ukrytych przez konkwistadorów skarbach. Zbiera informacje, czujnie słucha legend opowiadanych przez starych Indian, bezbłędnie odczytuje starohiszpańskie znaki, którymi na pustyni konkwistadorzy ­znaczyli miejsca ukrycia skarbów. O tym, czy coś znalazł, nie mówi.

Prawdziwa piracka skrzynia ze skarbami, pełna złotych monet. Została wydobyta z okrętu, który zatonął w XVIII w.

Jest jeszcze, zdaniem Michniewicza, trzecia grupa poszukiwaczy. To fantaści. Ekscentryczni milionerzy, którzy mają pieniądze i nie potrzebują się wzbogacić. Chcą natomiast przeżyć przygodę. Kupują łodzie, sonary, magnetometry, wykrywacze. I ruszają najczęściej śladami tzw. galeonów widm, czyli statków, które nigdy nie istniały, ale jest o nich mnóstwo informacji. – W XVI w. też istniały „tabloidy” i wiele opowieści o statkach kryjących wielkie skarby pochodzi właśnie z nich. Powtarzane przez lata wyssane z palca historie ­zyskały rangę prawdziwych. Źródeł jest na ich temat wiele, a one same nie istnieją – śmieje się Michniewicz. Są też tacy, którzy szukają na chybił trafił – wypływają w morze, ruszają na plażę albo zaorane pole z wykrywaczem metali. Ilu coś znajduje, ciężko powiedzieć. O wielkich odkryciach można usłyszeć raz na kilka lat. Tych, którzy wzbogacili się na poszukiwaniu skarbów, można policzyć na palcach. – Dlatego ta zabawa nazywa się szukaniem, a nie znajdowaniem skarbów – śmieje się Michniewicz.

Biznes z mapą

Skarbów do odnalezienia nie brakuje. Przez setki lat ukrywano je albo tracono w nieoczekiwanych okolicznościach. Garnki z dukatami poukrywane setki lat temu w lasach i piwnicach domostw znajdują raz po raz amatorzy zaopatrzeni w wykrywacz metali i łopatę.
Wszystko, co nurkowie wydobyli z głębin w ciągu ostatnich 12 miesięcy, jest rozdzielane między poszukiwaczy oraz inwe