Jego wysokość sekundant

Mówi się: dobry barman jest jak ksiądz, lekarz i psycholog w jednym. I rzeczywiście, przez wiele lat wystarczyło usiąść za kontuarem, zamówić kilka kolejek, żeby wygadać się i rozwiązać problemy. Dziś miejsce barmana zajął trener personalny.

Przez oszklone drzwi jednej z warszawskich siłowni do środka wchodzi mężczyzna w towarzystwie trzech ochroniarzy. Szybkim krokiem kieruje się do szatni, po chwili wychodzi w obcisłym, sportowym stroju. Chce skończyć trening zanim, na dobre rozdzwonią się biznesowe telefony. Ćwiczy intensywnie i dokładnie. Nad nim, niczym sekundant, stoi trener personalny, licząc powtórzenia i korygując błędy.

W Polsce kilka lat temu, jak wulkan, wybuchła fit moda. Zamiast, jak kiedyś, do klimatycznych barów na szczerą pogawędkę z obsługą, ludzie tłumnie rzucili się na bieżnie, orbitreki i sale treningowe. Okazało się, że ćwiczyć może każdy, a tężyzna fizyczna z automatu stała się przepustką do świata sukcesu i szczęścia. „Największą siłą wszechświata jest twoja siła woli" – krzyczą hasła na ścianach siłowni. Zamiast barmanów i wyeksploatowanych coachów powiernikami i motywatorami pracującego ludu stali się sportowcy. Na rynku powstała nisza, wyrosła potrzeba dobrych trenerów personalnych – wyrzeźbionych, wyuczonych i empatycznych.

Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie

Zanim Kasia Bigos zaczęła zgarniać kolejne medale w Pole Dance i została wziętą instruktorką sportową, przeszła długą drogę. Do Warszawy przejechała niemal bez niczego, na koncie miała zaledwie tysiąc złotych, a na horyzoncie żadnych perspektyw. Z wykształcenia dziennikarka i specjalista ds. PR, postanowiła szukać pracy w zawodzie. Szybko zaczepiła się w jednej ze stołecznych korporacji. Kariera nabierała tempa, a ona czuła, że coś traci – czas i nerwy. Nadal poszukiwała siebie oraz pracy, z której czerpałaby satysfakcję. Moda na sport i zdrowie powoli zaczęła kiełkować, na rynku pojawił się nowy magazyn o fitnessie. Po godzinach w korpo Kasia zaczęła pisywać do gazety. – Pisałam o tym, co naprawdę mnie pasjonowało, bo od dawna trenowałam i amatorsko tańczyłam – wspomina. Z czasem dodatkowe zajęcie przerodziło się w pasję, a kolejne sukcesy sportowe i zawodowe pobudzały ambicje.– W międzyczasie robiłam kursy instruktorskie i mnóstwo różnych szkoleń, pochłaniałam książki i ściągałam artykuły zagranicznych specjalistów. Wsiąkłam po uszy, bo chciałam pisać i przekazywać wiedzę ekspercką – opowiada. Koło zakręciło się na dobre. Po pracy prowadziła zajęcia fitness i pole dance. Niegdyś mgliste marzenia powoli stawały się rzeczywistością. Niestety, droga na szczyt rzadko bywa prosta. Czasopismo, do którego pisała, upadło i z dnia na dzień straciła pracę w korporacji. Kasia musiała zadać sobie pytanie: co dalej? Odpowiedź pojawiała się sama. – Całą swoją energię przekierowałam na sport. Robiłam to z wielkim zaangażowaniem, nawet nie wiedziałam, kiedy tak szybko się to rozkręciło, a ja zostałam Mistrzynią Polski i Europy w Pole Sport (w kategorii duety) – śmieje się Kasia Bigos.

Nie spoczęła na laurach, w przerwach prowadziła zajęcia crossfit i opracowywała własny program treningowy. Dziś jej Fireworkout ma już 2,5 roku i został uznany za jeden z najlepszych programów tego typu w Polsce. – Prowadzę obozy sportowe i warsztaty w całym kraju, pracuję w dwóch redakcjach i mam swojego bloga. Kiedy wiesz, co chcesz robić w życiu i robisz to na 100 proc., to kolejne furtki otwierają się już same. Trzeba tylko ciężko pracować – zapewnia.

Droga na szczyt rzadko bywa przypadkiem. Składową sukcesu jest ciężka praca, konsekwencja i indywidualne predyspozycje. – Od kiedy pamiętam, sport nie był mi obcy. Zawsze mnie nosiło. Pracując jeszcze w korporacjach, odliczałam minuty do wyjścia, by wreszcie trafić na trening – śmieje się Kasia Witkowska, instruktorka fitness i trenerka Nike Trening Club. Większość rozpoznawalnych trenerów personalnych sport kocha od dziecka. – Od podstawówki aż do późnych klas liceum biegałam w zawodach przełajowych i tańczyłam – opowiada Sylwia Szostak, która dziś jest jedną z najpopularniejszych trenerek personalnych w kraju. Zanim jednak pociągnęła za sobą tysiące, próbowała wielu dróg. Przez dziewięć lat pracowała jako fotomodelka, zdobiąc kampanie reklamowe największych światowych marek. Dziś niemal dekadę pracy przed obiektywem najlepszych fotografów określa mianem „zawirowań życiowych", bo – jak tłumaczy – ostatecznie wróciła do tego, co było najbliższe jej sercu, czyli do sportu. Treningi na siłowni powoli przestały jej wystarczać, zapisała się więc na szkolenie trenerskie, które sporo w jej życiu namieszało. Na kursie, oprócz tajników sportu, poznała swojego obecnego męża – Akopa Szostaka.

Na własnym przykładzie

Profile trenerów personalnych na portalach społecznościowych gęsto zdobią metamorfozy ich podopiecznych. Na zdjęciach można zobaczyć kobiety i mężczyzn, którzy w ciągu kilku miesięcy, dzięki odpowiednio dobranym programom treningowym i diecie, zyskali wymarzone sylwetki. Pod fotografiami internauci żywo komentują przemiany, gratulacje topią w wykrzyknikach i emotikonach. To namacalny dowód ich sukcesów w pracy, bo zawód trenera personalnego jest transparentny jak żaden inny. Żeby sprawdzić rezultaty, wystarczą centymetr i waga. Jednak cudzy sukces zawsze poprzedzony jest własnym. Akop, podobnie, jak jego żona, sport uprawiał od dziecka. Jednak nawet wzmożona aktywność fizyczna nie uchroniła go od problemów z otyłością. Pot się lał, a wymarzonych efektów nie było widać. Nie od dziś wiadomo – trening czyni mistrza – Akop nie poddawał się, wybrał jedną drogę i konsekwentnie nią podążał. Opłaciło się, skupił się na kulturystyce i rychło sięgnął po Mistrzostwo Europy w kulturystyce klasycznej i brązowy medal na Mistrzostwach Świata.

„Chcesz zmieniać świat? Zacznij od siebie" – mówi stare powiedzenie, które do dziś przyświeca Tadeuszowi Geuerowi. Sam jednak, zanim zechciał zmienić świat, marzył o... utrzymaniu wiolonczeli. Dziś właściciel Gauer Fitness jest trenerem personalnym modelek i gwiazd show–biznesu, a także aktywnym muzykiem i kompozytorem. Jako młody chłopak niewiele miał wspólnego ze sportem, borykał się z nadwagą, a wydatny brzuch przeszkadzał mu w grze na instrumencie. Otyły chłopak zgłosił się do jednego ze ówcześnie sławnych sportowców. Ten najpierw zapisał mu tabletki na spalanie tłuszczu – nie pomogło, więc poszedł krok dalej – polecił lek na astmę. Efekt, choć natychmiastowy, był daleki od wymarzonego. Tadeusz dostał zawału i trafił do szpitala. Tragiczna przygoda nie pozbawiła go harta ducha, zamiast się poddać, zaczął działać na własną rękę. Eksperymentował z dietami, ćwiczeniami, pochłaniał kolejne artykuły i książki poświęcone treningom, zapisywał się na przeróżne konferencje, kursy i szkolenia, w sumie zrobił ich kilkadziesiąt – internetowe, weekendowe, tygodniowe, roczne – wszystko, co wpadło pod rękę. Gdy już sam osiągnął upragniony efekt, zaczął trenować innych. Dziś prowadzi treningi największych polskich gwiazd, wśród jego podopiecznych są m.in. Michał Szpak, Quebonafide, Dawid Kwiatkowski, Jessica Mercedes, Pani Ekscelencja, Maja Salomon czy Julia Banaś.

Trener, bloger, celebryta

Tadeusz Gauer, choć sam trenuje gwiazdy i chętnie piszą o nim kolorowe magazyny, sam gwiazdą się nie czuje. – Od wielu lat pracuję w zawodzie, a promuję się dopiero od ośmiu miesięcy – przyznaje. Przedtem jego social media praktycznie nie istniały. Dziś wie, że bez tego to on nie będzie istniał. – Są trenerzy, którzy zajmują się wyłącznie promocją, a nie rozwojem osobistym – smutno przyznaje, ale wie, że to właśnie reklama jest dźwignią handlu i nawet najlepsza wiedza stanie się bezużyteczna, jeśli nie będzie komu jej przekazać.

To, co Gauer wie od niespełna roku, inni trenerzy mają opanowane do perfekcji. Ich konta w mediach społecznościowych kipią od followersów, klików, komentarzy i serduszek. Profile Sylwii czy Akopa Szostaka mają ok. 200 tys. fanów, Kasia Bigos mierzy się w dziesiątkach tysięcy. Kasia Witkowska, choć nie bryluje w internecie i mediach, to bez problemu po brzegi zapełnia sale na treningach grupowych. W świecie 2.0 miarą sukcesu stały się internetowe zasięgi – do ilu osób uda się dotrzeć. Ci, którym się uda zaistnieć w sieci, mają krótką drogę do telewizyjnych śniadaniówek i na okładki kolorowych magazynów. Nagle do świata show–biznesu wkroczyli trenerzy personalni. Jednak, jak zgodnie przyznają, to tylko wypadkowa ich działań, sami nie czują się celebrytami. – Celebrytkami są może Ewa Chodakowska czy Ania Lewandowska, ale one mają już naprawdę ogromne zasięgi. Jak w każdej branży, jeśli masz dużą popularność albo jesteś fachowcem w swojej dziedzinie, to ktoś prędzej czy później to zauważy – tłumaczy Kasia Bigos. Medialna popularność rzadko kiedy jest przypadkiem, a zwykle wynikiem ciężkiej pracy. – Celebryta w dzisiejszych czasach to osoba, która kojarzy się z bywaniem „gdzieś" i rozpoznawalnością. My, jeśli jesteśmy gdzieś zapraszani, to zawsze robimy to w zakresie naszej pasji i pracy. Jeżeli dla kogoś szczytem marzeń jest stanie się celebrytą, to bardzo szybko zawiedzie się, wchodząc na ten „szczyt" – dodaje Sylwia Szostak.

Lokowanie produktu

Popularni trenerzy szybko stają się łakomym kąskiem dla reklamodawców. Im więcej sławy ma trener, tym częściej zgłaszają się do niego firmy z propozycją współpracy. – Rozumiem działania marketingowców. Wykorzystywanie znanych twarzy do wspierania wizerunku firmy jest już na porządku dziennym. Kampania z udziałem znanej osoby traktowana jest bowiem jako bardziej prestiżowa i wzmacnia efektywność przekazu – przyznaje Witkowska. Wielu znanym trenerom kurier pod drzwi dostarcza buty, ubrania i czy sprzęt elektroniczny. Pojawiają się propozycje zagranicznych wyjazdów, zaproszenia na imprezy, do restauracji czy codzienny catering dietetyczny z dostawą do domu. I choć za nic nie trzeba płacić, to nie znaczy, że wszystkie benefity to czysta i darmowa przyjemność. Zanim pojawią się lukratywne kontrakty reklamowe trzeba się nieźle napocić. – Mamy sponsorów, mamy zainteresowanie firm, ale nasze wyjazdy, fajne ciuchy, albo inne dobre dodatki do życia to przyjemności, na które zarabiamy ciężką pracą – przyznaje Sylwia Szostak. Prezenty czy podróże nie są kuponami odcinanymi od smukłego ciała i ładnej buzi, to efekt wieloletnich, intensywnych działań często okupiony poświęceniami. – Przez ostatni rok miałam chyba cztery wolne weekendy. Nie miałam czasu dla rodziny i przyjaciół. Wstaję bardzo wcześnie i kładę się bardzo późno. Mam marzenia i konsekwentnie je realizuję. Sukcesy są na deser, a życie stanowi danie główne. Nigdy na odwrót – zapewnia Kasia Bigos.

– Nie ma nic za darmo, a ludzie z reguły widzą to, co chcą widzieć. Odbierają innych tak, jak chcą ich odbierać. Bo przecież życie trenera to nic innego jak tylko treningi, lans, kilka godzin zajęć, podróże, zakupy, blichtr... Czyż nie? Prezenty, sponsorzy – nie pojawiają się znikąd. Najwyraźniej ktoś dostrzegł to, co robisz. Wyłapał cię z tłumu. Zwróciłaś czyjąś