Jaki ojciec, takie...

W życiu częściej jednak sprawdza się inne przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I nie jest to zbyt optymistyczna konstatacja...
Seattle, rok 1969. Koncert The Doors. Jim Morrison machnięciem ręki ucisza zespół i swym gardłowym głosem mówi powoli do mikrofonu: – Czytałem o problemach, które dzieciaki mają z rodzicami. Właśnie. Jestem tu po to, by wam powiedzieć, że jako dziecko nie dostałem dość miłości...

Nieustannie uciszany w domu przez ojca, w dorosłym życiu Jim Morrison dawał upust swoim emocjom
Nim mały Jimmy skończył cztery lata, jego rodzina przenosiła się z miejsca na miejsce kilka razy. Ojciec – Steve Morrison, wojskowy, późniejszy dobrze znany w USA admirał marynarki wojennej – godził się na kolejne placówki, często oddalone od siebie o setki kilometrów, byle tylko dostać awans. W pracy uchodził za czarującego i inteligentnego. W domu był tylko gościem. A jak już był, to żądał posłuszeństwa. Z prawem do wypowiadania własnego zdania włącznie. Swoim dzieciom – dwóm synom i córce – stale powtarzał: „Nigdy nie mów, dopóki cię nie zapytają”.
W 1948 r. Jimmy Morrison poszedł do szkoły podstawowej. Był nieśmiałym, pulchnym chłopcem. Ku rozpaczy matki miał kłopoty z dyscypliną. W domu tresowany i uciszany przez ojca, w szkole chciał dać upust emocjom. Gdy wkroczył w wiek dojrzewania, ulatniał się już po pierwszych dwóch lekcjach lub w ogóle nie przychodził do szkoły.
Jestem tu po to, by powiedzieć, że jako dziecko nie zaznałem nigdy miłości
Jim Morrison
Stale przygarbiony, unikający kontaktu wzrokowego chłopiec działał ojcu na nerwy. Jim potrafił na ważnych uroczystościach wojskowych rzucać w gości papierowymi kulkami lub dłubać w nosie i demonstracyjnie oblizywać palce. Żony oficerów były zachowaniem chłopca wstrząśnięte, a autorytet i duma Steve’a Morrisona zdawały się przez to cierpieć. Stephen Davis, autor biografii lidera The Doors „Jim Morrison, życie, śmierć, legenda”, pisze, że kary wobec syna miały charakter werbalny – ponoć miało nie dochodzić do rękoczynów. Choć sam Jim wielokrotnie w wywiadach opowiadał, jakoby ojciec biegał za nim po kuchni z kijem baseballowym. Młodszy brat Jima, Andy, wspominał jednak, że Jim najbardziej cierpiał, gdy ojciec udawał, że go nie widzi. Czasem trwało to nawet kilka tygodni. Przy czym ojciec nigdy pierwszy ręki do zgody nie wyciągał, a gdy Jim próbował się z nim pojednać, mówił: – No i widzisz, to ja miałem rację. Najważniejsza jest dyscyplina, bez niej zginiesz.
Kiedy Jim szedł na wagary, zwykle odwiedzał księgarnię Ferlinghetti’s City Light Books. Właśnie zaczynała się era bitników. Chłopca szczególnie przyciągał szyld na wystawie „Zakazane książki”. Jim godzinami przesiadywał w samej księgarni, lub tuż przed nią, w bluzie, sandałach i dżinsach, w nadziei, że spotka któregoś z poetów. Gdy miał 13 lat, jego ulubionym pisarzem został Norman Mailer. Choć książka „Pieśń kata” powstała dopiero w 1979 r., młody Morrison uwielbiał wczytywać się we wszystko, co mówiło o śmierci i sensie życia. Uwielbiał Williama Blake’a i Fryderyka Nietzschego. Sam zaczął pisać poezję dopiero na studiach, które wybrał wbrew woli ojca. Jim postanowił studiować film na Uniwersytecie w Los Angeles (UCLA), podczas gdy Steve Morrison widział syna w marynarce wojennej. Jako pierworodny miał kontynuować wojskową tradycję. Niekwestionowany gdzie indziej autorytet Morrisona seniora w Jimie wzbudzał obrzydzenie. Już jako wokalista The Doors napisał protest song „The Uknown Soldier”, w którym namawiał młodych ludzi do bojkotowania armii i wypowiadał się przeciwko interwencjom zbrojnym.
W 1966 r. napisał do ojca list, w którym poinformował go, że pracy co prawda nie ma, ale też nie ma zamiaru jej szukać. Chce za to wraz z kumplami, m.in. z kolegą ze studiów filmowych Rayem Manzarkiem, założyć zespół. Steve Morrison miał odpisać, że po czterech latach studiów i bez zauważalnych zdolności muzycznych to głupi pomysł na życie. Jim nigdy więcej się do ojca nie odezwał. Gdy Manzarek spytał go pewnego wieczoru o rodziców, odpowiedział, że nie żyją. Zdumiony i współczujący dopytywał o szczegóły. Jim niechętnie przyznał: – Właśnie zrobili ojca admirałem. Był surowy – rządził w domu tak samo, jak na statku. Po prostu nie chcę go widzieć. Nigdy więcej. Steve Morrison o tragicznej śmierci syna w 1971 r. dowiedział się od reportera „Washington Post”.

Krypty domowe

Gdy Tomasz Beksiński rozstawał się z życiem, miał 41 lat. Był kawalerem, często bolała go głowa, pił dużo coca-coli i prawie nie wychodził z domu. Słońca nienawidził. Miano go za ekscentryka, skandalistę.
Tomasz Beksiński lubił o sobie pisać: wampir, Drakula, Nosferatu
Sam powtarzał, że jedyne, czego chce, to być wolnym. Co oznaczało dla niego możliwość robienia tego, co się chce. Łącznie z możliwością samobójstwa. Próbował trzy razy. Dopiero czwarta próba była udana. W miesięczniku „Tylko Rock” umieszczał felietony pod wspólną nazwą „Opowieści z krypty”. Przedstawiał się jako wampir, Drakula, Nosferatu. Wjeżdżając windą na swe 10. piętro, widywał – nie dlatego, że były, ale bo chciał – latające nietoperze, pełzające węże, biegające szczury.
Zdzisław Beksiński, ojciec Tomasza, artysta malarz i fotograf, którego mroczne dzieła fascynują ludzi na całym świecie, mieszkał zaledwie kilka bloków od syna. Wojciech Tochman w reportażu „Leży we mnie martwy anioł” pisze, że z wyglądu bardziej przypominał lekarza niż artystę. Gdy matka Tomasza czuła niepokój, szedł sprawdzić, czy syn żyje. Trwało to całe lata. Po śmierci syna artysta mówił, że w końcu przestanie się bać, bo przez lata chodził z ogromną gulą w żołądku, wyczekując momentu, który nadejść po prostu musiał.

Zdzisław Beksiński nigdy swojego syna nie dotykał, nie przytulał
W mieszkaniu starszego Beksińskiego wszystko było doskonale zorganizowane. Każdy dzień spędzany według harmonogramu: o siódmej pobudka, wszystkie czynności w ściśle określonych porach. Sam artysta mówił, że czuł w sobie skłonności sadomasochistyczne i dlatego nigdy synowi nie dał nawet klapsa. Bał się, że znajdzie w tym przyjemność, od której nie będzie potrafił się uwolnić. Był chłodny. Nigdy syna nie dotykał ani nie przytulał. Później często obwiniał się o brak ojcowskich uczuć:
– Chciałem mieć kumpla, a on długo był małym śliniącym się pulpetem. Z kolei Tomasz miał powiedzieć przyjaciółce, że ojciec się go brzydził.
Pewnego dnia mały Tomek przyniósł do pracowni ojca książeczkę o skrzydlatym potworze z prośbą, by tatuś go narysował. Długi i gruby dziób, ogromne zęby, potężne pazury i przeszywające spojrzenie. Obrazek namalowany przez ojca nie zawisnął na ścianie. Tomasz postawił go na podłodze, a na noc odwracał, by cienie padające przez okno nie pogłębiały dodatkowo strasznego wrażenia.

Po latach na ścianach warszawskiego mieszkania Tomasza wisiało wiele obrazów ojca. Ale nie były to te, które poznał jako dziecko, czyli przedstawiające zdeformowane lub rozczłonkowane ludzkie ciała, w różnych, rzekomo martwych pozach, a czasem oddające się miłości z bliżej nieokreślonym „czymś”. W swej domowej krypcie pozawieszał, jak sam je nazywał, pejzaże – spienione morze i wyrzucony na brzeg martwy czerwony ptak o szeroko otwartych oczach. Albo płynący cmentarz czy lecący po krwistoczerwonym niebie balon z napisem „Never more”. A na ziemi poniżej dwa chude wilki wpatrujące się w ten balon. Poza nimi brak innego życia. – Mój ojciec jest wesoły. Ja jestem bardziej ponury. Może dlatego, że się na tych obrazach wychowałem – mawiał Tomasz.
– Nie sądzę, że moje obrazy mogły mieć wpływ na jego życie – ripostował ojciec.
Po trzeciej próbie samobójczej Tomasza Zdzisław mówił znajomemu profesorowi medycyny: – Samobójstwo nie jest tchórzostwem ani ucieczką. Przeciwnie. Kiedy człowiekowi świat wydaje się piekłem, samobójstwo to akt odwagi i męstwa. Czy musimy Tomka budzić?
Rozmawialiśmy o filmach, o muzyce, ale nigdy o prawdziwym życiu. On zawsze patrzył na mnie jak na gówno w hamburgerze – mówił ojciec po śmierci syna
Lekarz musiał. Przy czwartej próbie syn zapobiegł ewentualnym próbom ratowania go. Pochował opakowania po tabletkach, żeby nikt nie wiedział, co zażył. Zmylił ojca, zakreślając na programie telewizyjnym filmy, które chciał, by mu nagrano. Odszedł w święta Bożego Narodzenia, ale jeszcze w sierpniu pisał w liście do ojca: „Wkrótce to się wydarzy”, dodając jednocześnie, że „zawsze chciał z nim naprawdę porozmawiać, ale ściskało mu gardło”.

– I ja się bałem pytać – mówił po śmierci syna Zdzisław Beksiński. – Rozmawialiśmy o filmach, muzyce, ale nigdy o prawdziwym życiu. On zawsze patrzył na mnie jak na gówno w hamburgerze.
W liście, który artysta znalazł dzień po samobójstwie syna, Tomasz przepraszał go za swój egoizm i brak zrozumienia.
Pięć lat po synu odszedł ojciec. Zamordowano go w mieszkaniu.

Śpiew ulicy

Louis Gassion, ojciec Edith, mawiał do swych knajpianych kolegów: – Ona nie urodziła się jak wszyscy. Louis, artysta uliczny, a wcześniej cyrkowy, stawał na rogu ulicy, rozkładał swój wytarty koc i próbował nabrać przechodniów na sztuczki tajemne.
Z własną matką Edith przebywała tylko kilka miesięcy po narodzinach. Ojciec zajął się nią, ale bardzo interesownie. Była mu potrzebna na ulicy
Mała Edith stała obok niego z dużym kapeluszem i spuszczała ze wstydu swe ogromne niebieskie oczy. Bo człowiek guma z biegiem lat tracił na swej elastyczności, przez co jego występy stawały się żenujące. Nie tylko dla dziewczynki.
Z własną matką Edith przebywała jedynie przez kilka miesięcy po narodzinach. Bo miłość Anity Maillard do alkoholu okazała się większa niż do dziecka. Louis również butelką wina nie gardził, ale losem córki się przejmował – jak się okazało – interesownie. Córka potrzebna była jako sprzątaczka, kucharka. I narzędzie litości. Bo przejść obojętnie obok wychudzonej drobinki z burzą czarnych loków i smutnym spojrzeniem się nie da.
Idąc na wojnę, Louis oddał dziewczynkę pod opiekę swej matc